Zgon na pogrzebie

Jaka uroczystość powoduje, że pojawiają się dawno nie widziani członkowie w jednym pomieszczeniu? Ślub, wesele, Wigilia, Wielkanoc. Ewentualnie pogrzeb. I to spotyka Daniela, który chce pochować swojego ojca. Mężczyzna jest niespełnionym pisarzem, który żyje w cieniu bardziej odnoszącego sukcesy brata, który przyjeżdża. Oprócz niego do domu Daniela przyjeżdża też Martha ze swoim zestresowanym narzeczonym Simonem, pragnący odzyskać ją Justin, zajmujący się dilerką Troy, oraz niepełnosprawny wuj Alfie. Co może pójść nie tak? Simon przez przypadek dostanie halucynogeny, Robert mający opłacić pogrzeb w połowie jest spłukany, do tego krąży jakiś kurduplowaty typek o wyglądzie Tyriona Lannistera, który próbuje szantażować.

zgon1

Muszę się przyznać, że widziałem amerykańską wersję tej komedii (czyli remake) z czarnoskórą obsadą, zrobioną w typowym amerykańskim stylu oraz typowym, amerykańskim poczuciem humoru. Więc znałem przebieg fabuły filmu Franka Oza i to mnie nie zaskoczyło. Ale mimo to byłem w stanie się zaśmiać w scenach, gdy galimatias – wynikający z niewiedzy – robił się coraz większy (zjarany Simon, kwestia szantażu, rodzinna tajemnica), doprowadzając do masy śmiechu tam, gdzie powinno. Nawet jest lekko kloaczna scena, która dla wielu może być barierą nie do przeskoczenia. Przy okazji reżyser przygląda się relacjom rodzinnym, pokazując pewne skrywane żale, pretensje, lęki i pozory. I ten obrazek jest zaskakująco trafny, pokazany bez cienia fałszu oraz klisz.

zgon2

Jeszcze bardziej mnie uderzyło jak to zostało zagrane. Mimo tego, ze jest to komedia, aktorzy grają jak najbardziej serio, co tylko wzmacnia humor. Trudno wymazać z pamięci Petera Dinklage’a (tajemniczy Peter) oraz próbującego robić dobrą minę do złej gry Matthew Macfadyena (Daniel). Ekran potrafi też ukraść ujarany Alan Tudyk (Simon), strasznie wyluzowany Ewan Bremmer (Justin), postrzelony Kris Marshall (Troy) oraz sprawiający wrażenie cool Rupert Graves (Robert). Reszta obsady też utrzymuje poziom, doprowadzając do rozpuku.

zgon3

 

Frank Oz na stołku reżyserskim sprawdza się dobrze, przypominając o tym, iż z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. „Zgon” pozostaje zabawny, miejscami gorzki, ale nadal daje wiele frajdy. Parę osób może odbić się niczym w lustrze.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wonder Woman

DC ma ostatnio sporego pecha do adaptacji swoich dzieł, chociaż mają równie intrygujących bohaterów jak konkurencja w postaci Marvela. Po odświeżonym Supermanie oraz jego konfrontacji z Batmanem, tak naprawdę niewielu czekało na kolejne dzieła od DC. Nawet ogłoszona „Liga Sprawiedliwości” wydawała się zrobioną na szybko próbą stworzenia uniwersum bez tła postaci, więc wieści o solowym filmie „Wonder Woman” traktowałem bardzo sceptycznie. Czy słusznie?

wonder_woman1

Bohaterką jest Diana – najmłodsza z plemienia Amazonek, które mają za zadanie chronić ludzkość przed wojną, a dokładniej Aresem. Razem z resztą pań mieszkają na wyspie daleko od świata. Ale i tutaj pojawia się wojna – I wojna światowa w osobie brytyjskiego szpiega oraz grupy Niemców. Poruszona opowieścią mężczyzny o toczącej się wojnie Diana decyduje się razem z nim wyruszyć do jego świata oraz powstrzymać generała Ludendorffa przed stworzeniem nowej broni.

wonder_woman2

Za ten film odpowiada znana z filmu „Monster” Patty Jenkins i trzeba przyznać, że ze swojego zadania wywiązała się dobrze. Początek, w którym poznajemy początki Amazonek (spowolnione malowidła a’la Snyder) potrafi chwycić i poruszyć, chociaż toczy się dość szybko. Potem całość idzie bardzo spokojnie do Londynu – dzieje się sporo gadania, co jest spowodowane nieobyciem Diany we współczesnym świecie. To zderzenie daje sporo humoru oraz lekkości. Potem jednak zostajemy rzuceni w wir wojny – bury, brudny, mroczny (chociaż pozbawiony krwi) świat, pełen okrucieństwa, podłości, a jednocześnie wielkiego poświęcenia. Sceny akcji wyglądają bardzo porządnie, chociaż efekty specjalnie miejscami są na bardzo średnim poziomie.

wonder_woman3

Ale najbardziej boli finał, który jest ograniczony do starcia Diany z Aresem (jego tożsamość była dla mnie sporą niespodzianką) i ta potyczka była zwyczajnie nudna. Tak jakby tutaj Jenkins została zastąpiona przez Zacka Snydera, który niemal skopiował tutaj finał „Batmana vs Supermana”. Do tego jeszcze zbyt często wykorzystywane slow-motion, przez co starcia są zbyt efekciarskie. Jenkins czasami gubi się w tempie, ale potrafi usatysfakcjonować.

wonder_woman4

Ale sytuację ratuje za to przekonujące aktorstwo. Trudno oderwać wzrok od Gal Gadot, która jest prześliczna, chociaż może wielu zirytować naiwność bohaterki, ale ma w sobie wiele uroku. To pozwala kibicować tej bohaterce. Partneruje jej Chris Pine i ta chemia między nimi jest kołem zamachowym całości. I to czuć od pierwszej sceny. Cała reszta postaci jest jedynie ciekawym tłem, z którego najbardziej się wybija demoniczny Danny Huston (generał Ludendorff) oraz powściągliwy David Thewlis (sir Patrick).

„Wonder Woman” próbuje dogonić konkurencję w postaci Marvela i chociaż pojawia się wiele wad, to całość jest zwyczajnie dobre kino gatunkowe. Nie wiem jak wy, ale ja czekam na kolejne spotkanie z Dianą Prince w „Justice League” i mam nadzieję, że DC w końcu zrozumie jak należy robić uniwersa.

7/10

Radosław Ostrowski