Proud Mary

Mary na pierwszy rzut oka wydaje się być zwykłą kobietą, jakich wiele chodzi po ulicach. Troszkę przy kości, ale nadal apetyczna. Nie dajcie się jednak zwieść – Mary jest mafijnym cynglem, dla której przemoc i spluwy to chleb powszedni. Jednak podczas jednego zlecenia pozwala żyć chłopakowi, wcześniej kasując jego ojca. Rok później znajduje dzieciaka na ulicy, pobitego i pracującego dla Wujka – handlarza narkotyków. I ta decyzja wywróci jej życie do góry nogami.

dumna_mary1

Sam początek filmu jest dość zwodniczy – czołówka w stylu lat 70., w tle „Papa Was a Rolling Stone”. To wszystko zapowiadało całkiem stylowego akcyjniaka. Tylko, że reżyser stawia na bardziej dramatyczne wątki związane z Mary. Kobieta już próbowała zerwać z mafijną przeszłością, lecz się nie udało, zaś relacja z chłopcem daje jej kolejną szansę na ucieczkę. Ale jedna decyzja doprowadza do mafijnej wojny, przez co „wyjście” staje się trudniejsze. Zamiast filmu akcji czy thrillera mamy tutaj do czynienia z dramatem ubarwionym od czasu do czasu jakimiś strzelaninami. Jednak sama intryga jest opowiedziana w sposób bardzo prosty, wręcz po sznureczku. Napięcia tutaj tyle co kot napłakał, bo i tło jest ledwo liźnięte (dwie rodziny mafijne), zaś drugi plan jest wręcz bardzo słabo zarysowany, choć pełen znanych twarzy.

dumna_mary2

To może chociaż sceny akcji są tutaj świetnie wykonane? No niestety, są to bardzo prosto wykonane strzelaniny, pozbawione jakiejkolwiek finezji i stylu. To zwyczajne pif-paf w wąskich korytarzach, gdzie Mary wali każdego strzałem w łeb niczym John Wick. Pewnym wyjątkiem jest finał w magazynie, gdzie jest moment z ruchem pięści, jednak to wszystko za mało, by uznać to za udanego akcyjniaka. Jedynie ta więź z chłopakiem potrafi zaangażować emocjonalnie, chociaż zdarzają się ckliwe fragmenty z pianinkiem w tle.

dumna_mary3

I jeśli jest jakiś powód, że to wszystko ogląda się bez bólu zębów oraz innych części ciała, to jest to kreacja Taraji P. Henson. Jej Mary jest bardzo przekonująca zarówno jako chłodna zabójczyni, zmęczona życiem kobieta, jak i potencjalna matka. I to wszystko jest zaprezentowała bez poczucia fałszu, trzymając to wszystko do kupy. Także partnerujący jej Jahi Di’Allo Winston (Danny), okazuje się dobrym graczem, wiarygodnie pokazującym jego zagubienia zmieszanego z zadziornością. Warto też wspomnieć solidnego Danny’ego Glovera jako ojciec chrzestny, pokazujący troszkę inne emploi.

„Dumna Mary” jest filmem mocno niezdecydowanym. Niby sensacyjniak, ale bardziej skupiony na wątkach dramatycznych, przez co stoi w dużym rozkroku. Nawet sama Henson nie jest w stanie ukryć średniej reżyserii oraz bałaganiarskiego scenariusza.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Aż do kości

Ellen jest młodą dziewczyną, która cierpi na anoreksję. Próbowała wiele razy wyjść z tej matni, ale za każdym razem kończyło się to porażką. Matka mieszka z inną kobietą, ojciec jest ciągle nieobecny, a jedyną osobą, na której zależy Ellen jest jej przyrodnia siostra. W końcu dziewczyna (artystka rysunku), nie do końca ze swojej woli, decyduje się na niekonwencjonalną terapię u dr Beckhama w jego ośrodku.

az_do_kosci1

Kolejna fabularna (czyli nie serial) produkcja Netflixa, która jest utrzymana w duchu kina niezależnego. Czyli jest on bardzo delikatnie poprowadzony, w tle gra oszczędna muzyka z fajnymi piosenkami, zdjęcia są bardzo przezroczyste, a całość – choć dotyka poważnych problemów – jest lekka w odbiorze. Z jednej strony to zaleta, bo łatwo się to wchłania, twórcy unikają jak ognia emocjonalnego szantażu, byśmy musieli polubić Ellen. Z drugiej jednak nie mogłem pozbyć się wrażenia płytkości dotyczącego jej problemu z chorobą. Jasne, to jest bardzo złożony problem i jedna fabuła nie wyczerpie tego w całości. Strasznie mi przeszkadzały dwie rzeczy: po pierwsze skrótowość i pourywane pewne wątki związane z terapią. Kiedy Ellen trafia do ośrodka, mieszka jeszcze sześć osób i każda ma inne problemy (złamana noga, nieplanowana ciąża, pokątne rzyganie), ale tylko dwie postacie zostają głębiej zarysowane: to tancerz Luke oraz ciężarna Megan.

az_do_kosci2

Sama terapia (podobno niekonwencjonalna) ogranicza się do rozmów (mocna rozmowa lekarza z rodziną, pełna kłótni i ataków), gdzie doktorek próbuje wejść i zrozumieć swojego pacjenta, wspólnego jedzenia mieszkańców i ewentualnego wspólnego wyjścia poza budynek – ładna scena z deszczem w muzeum sztuki. Ale daje im wybór i nie zmusza do leczenia. Wiem, że chciano uniknąć „mechanicznego” sympatyzowania z bohaterką, jednak ktoś poszedł za daleko w tym kierunku, bo czasami brakuje scen mający większy ciężar dramatyczny. Sam mechanizm anoreksji jest ledwo liźnięty, by być wyłącznie zapalnikiem do historii o mierzeniu się z własnymi demonami. A gdy całość się rozpędza, już jesteśmy w zakończeniu, dającym otwartą furtkę dla dalszych losów.

az_do_kosci3

Gdybym miał wskazać jeden mocny punkt filmu to jest to rola Lily Collins jako Ellen – młoda, inteligentna, złośliwa i trzymająca wszystkich na dystans. A jednocześnie widać pewne zagubienie, bezsilność, próbując zrozumieć ją i skąd się wzięła jej choroba. Fascynuje ta postać i z czasem zacząłem jej współczuć. Drugi plan kradnie Luke, czyli Alex Sharp – pełen pozytywnej energii facet, starający się być takim wsparcie dla otoczenia, nawet mimo własnych problemów. A jak Keanu Reeves jako terapeuta? Jest on w porządku, choć trudno uwierzyć w tą niekonwencjonalność jego metod. Jest to taki doktor, jakiego wiele osób chciałoby mieć – cierpliwy, empatyczny i próbujący wejść do umysłu pacjentów.

az_do_kosci4

„Aż do kości” nie pogłębia wiedzy na temat anoreksji, jej mechanizmów i przyczyn, ale tak naprawdę jest to opowieść o dojrzewaniu do walki ze swoimi słabościami. Jako taki jest porządny, choć mocno uproszczony. Aż chciałoby się bardziej poznać tych bohaterów, choć seans daje nadzieję. Że można z tego wyjść, ale trzeba tego chcieć. Niby banał, ale tu działa.

6,5/10

Radosław Ostrowski