Rozważna i romantyczna

Wydaje się, że nie da się zrobić złej adaptacji książki Jane Austin. Jej skromny dorobek (6 opublikowanych za życia powieści i 3 pośmiertnie) co jakiś czas wraca – dzięki brytyjskiej telewizji i filmowcom – na duży oraz mały ekranie, czyniąc ją ciągle żywą. Więc nie powinno być niespodzianką, że dostajemy „Rozważną i romantyczną” od młodej reżyserki Georgii Oakley.

Sama historia – choćby znana z ekranizacji Anga Lee z 1995 roku – skupia się wokół rodziny Dashwood. Po śmierci głowy rodziny, jego żona (Caitriona Balfe) oraz trzy siostry: Elinor (Daisy Edgar-Jones), Marianne (Esme Creed-Miles) i Margaret (Bohdi Rae Breathnatch) nie są w stanie same żyć, o utrzymaniu sporego dworu nie mówiąc. Wprowadza się tam brat zmarłego ze swoją jędzowatą żoną Fioną (Stacy Martin), która ewidentnie nie jest zadowolona z towarzystwa. Kobiety decydują się – za namową dalekiej krewnej, pani Jennings (Fiona Shaw) – przenieść się do Devonshire, które może i jest mniejsze, ale za to własne. Po drodze dwie starsze siostry trafiają na potencjalnych partnerów: bardzo nieśmiałego brata Fanny, Edwarda Ferrarsa (George MacKay), czarującego i pełnego wdzięku pana Willoughby (Frank Dillane) oraz tajemniczego, bardzo wycofanego pułkownika Brandona (Herbert Nordrum). A to wywoła spore zawirowania, komplikacje i burze.

Reżyserka niby trzyma się książkowego pierwowzoru, ale inaczej kładzie akcenty. Nadal jest to melodramat, jednak większy jest tutaj nacisk na relację dwójki sióstr, będących niejako awersem i rewersem tej samej monety. Elinor jest bardziej wyciszona, wiele swoich emocji tłumi w sobie, czyniąc ją pozornie przezroczystą postacią, zaś Marianne jest bardziej pełna pasji i namiętności. Ich dynamika oraz wspólne sceny są bijącym sercem i najlepszymi momentami filmu. Co nie oznacza, że wątki romansowe są kompletnie do wyrzucenia oraz pozbawione ciężaru – wręcz przeciwnie. Oakley przedstawia te relacja w bardzo delikatny sposób, jednocześnie pokazując wszystko w bardzo przyziemny, wręcz realistyczną formą. Nie oznacza to, że nie ma tu pięknych krajobrazów, ale nie wyglądają „pocztówkowo”, lecz bardziej w formie obrazów impresjonistycznych. I to dotyczy także dwóch scen balów (w tym jeden dziejący się w Londynie), ze sporą ilością statystów oraz cudnymi scenami tańca. Jednak nie brakuje tu momentów humorystycznych, dodających odrobinkę lekkości dla zbalansowania tonu. A wszystko brzmi bardzo przyjemnie dla ucha. I nie chodzi tylko o dialogi, mieszające humor, elegancję oraz sznyt, gdzie między wierszami pojawiają się kwestie obowiązków, miłości, relacji i szczęścia. Swoje też robi równie piękna muzyka, utrzymana w tradycji brytyjskich filmów kostiumowych (jak przypomnę te solówki skrzypiec – mniam!!!).

Ale jak wiele jeszcze robi tutaj obsada, o której nie jestem w stanie powiedzieć złego słowa. Nawet jakbym chciał, a nie chcę. W centrum znajdują się absolutnie fenomenalne Daisy Edgar-Jones oraz Esme Creed-Miles. Pierwsza jako Elinor pozornie wydaje się najmniej interesująca, niejako w cieniu bardziej wyrazistych i barwnych postaci, niemniej nie byłem w stanie oderwać od niej oczu. Gdzie każde (nie)wypowiedziane słowo i spojrzenie ma ciężar opadającego kamienia (w tych oczach chce się zanurzyć oraz zatonąć), ale też ma świetną chemię zarówno z Creed-Miles, jak też świetnym Georgem MacKayem. Sceny z tym drugim są pełne krępującej ciszy, nuty niezręczności, ale też elektryzującego napięcia. Aż chce się im kibicować. Z kolei Marianne jest tą bardziej żywiołową i przekonaną, że miłość musi być pełna pasji oraz energii. Dziewczyna jest trochę naiwna, ale też bardzo szczera w swoich przekonaniach, za co może zapłacić cenę (trzeci akt jest wręcz zdominowany przez nią). Ale pozostali też mają tutaj co robić: Frank Dillane jest odpowiedni czarujący, ale też bardzo śliski w roli Willoughby’ego, Herbert Nordrum w roli Brandona miesza społeczne wycofanie, honoru (scena pojedynku z Willoughbym) oraz mroczną tajemnicę, zaś pewne humorystyczne akcenty dają Fiona Shaw, Stacy Martin i pewna optymizmu Caitriona Balfe (pani Dashwood).

Nie będę aż tak odważny w twierdzeniu, że „Rozważna i romantyczna” AD 2026 jest lepsza czy gorsza od uważanej za klasykę wersję z 1995 (tą widziałem dawno i nie odświeżałem jej). Niemniej muszę powiedzieć, że ta mieszanka romantyzmu w realistycznej estetyce nadal jest pełna uroku i serca, czyniąc historię ponadczasową oraz ciągle żywotną. Dla mnie to jedna z największych niespodzianek tego roku.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Fleabag – seria 2

Pamiętacie na pewno Fleabag? Bohaterka grana przez Phoebe Waller-Bridge sprawia wrażenie lekko samolubnej, świadomej swojego sex appealu kobiety, która ma pecha do mężczyzn, prowadzić nie zbyt dochodową kawiarnię oraz trudne relacja z rodziną. Od wydarzeń z poprzedniej serii mija nieco ponad rok, zaś życie naszej dziewczyny wydaje się wychodzić na prostą, zaś punktem wyjścia jest zbliżający się ślub ojca Fealbag (i Claire) z matką chrzestną. Widać, że małżeństwo jej siostry znajduje się na zakręcie, zaś naszej bohaterce udaje się znaleźć kogoś, kto mógłby być dla niej idealnym partnerem. Jest tylko jeden mały szkopuł, bo ten ideał mężczyzny jest już w związku… z Panem Bogiem. A to jest bardzo trudny konkurent, z którym ciężko walczyć.

fleabag2-1

Druga seria wydaje się kontynuować ścieżkę oryginału, gdzie humor (bardzo ostry i miejscami bardzo nieprzyzwoity) miesza się z dramatem. Ale moim skromnym zdaniem tutaj ten balans zostaje o wiele lepiej zachowany, z większym skrętem ku dramatowi. I już w pierwszym odcinku, gdzie mamy rodzinną kolację z całą rodziną + księdzem. Nie ma aż takich przeskoków w czasie jak poprzednio, ale ma wiele mocnych momentów (scena na pogrzebie matki, gdzie protagonistka próbuje się „oszpecić”, bo za pięknie wygląda czy rozmowa z ojcem w trakcie tego dnia). Tutaj też miałem wrażenie, że historia staje się spójniejsza oraz bardziej sensowna, zaś wiele wydarzeń staje się coraz bardziej ze sobą powiązanych. Jak choćby w wątku Claire, z którą chce się spotykać współpracownik z Finlandii o imieniu… Klare, jej toksycznemu małżeństwu czy bardzo zmieniającej się relacji protagonistki z księdzem – młodym, pociągającym i takim bardzo przyziemnym, równie zagubionym człowiekiem.

fleabag2-4

Tak jak poprzednio, przenosimy się do wielu miejsc: oprócz domu Fleabag oraz jej ojca odwiedzamy biuro Claire (impreza biurowa oraz wybór nagrody dla Kobiety Biznesu Roku), kancelarię prawniczą, terapeutkę oraz parafię. Scenografia wygląda intrygująco, w tle gra muzyka bardziej sakralna (chóry!!!), zaś dialogi nadal mają wiele błyskotliwości oraz pokazującego troszkę szersze spojrzenie na feminizm (poruszający monolog Belindy) czy miłość (przemowa księdza przed ślubem), co zmusza do głębszych przemyśleń. Kto by się tego spodziewał? Humor tutaj się wylewa, nawet w gagach (wybór stroju dla księdza, montażowa zbitka na początku pierwszego odcinka), łamanie czwartej ściany obowiązuje (a jedyną osobą „widzącą” to jest ksiądz). Ale więcej jest tutaj momentów poruszających. Rozmowa Fleabag z ojcem, kiedy jeszcze wiedział jak z nią rozmawiać (robi jeszcze to tuż przed ślubem i po), cięte dialogi z księdzem (w tym historia z lisem), wizyta u terapeutki czy moment „wybuchu” Claire przed swoim mężem. No i jeszcze słodko-gorzki finał, który (dla mnie) jest po prostu idealny. Mam nadzieję, że nie powstanie ciąg dalszy.

fleabag2-2

Nadal aktorsko błyszczy Phoebe Waller-Bridge, która pokazuje troszkę poważniejsze oblicze, mimo ciętego humoru oraz bardzo brutalnej szczerości. Jedynym aktorem, który dorównuje jej poziomem jest Andrew Scott w roli księdza. Co samo w sobie jest dość przewrotnym castingiem, pokazujące troszkę inne oblicze aktora – oprócz Moriarty’ego z „Sherlocka”. Tutaj jest bardziej przyziemny, wyluzowany, ludzki. Też ma swoje demony (ten alkohol oraz paranoja na punkcie lisów), nie próbuje na siłę nawracać ani rzucać wizjami z Apokalipsy czy innego koszmaru. Czuć tą więź jaka zaczyna się wytwarzać między tą dwójką, przez co nie do końca byłem pewny finału tej relacji. Reszta obsady też jest fantastyczna (Olivia Colman błyszczy tak jak Sian Clifford), a swoje pięć minut zawłaszczają drobne epizody Fiony Shaw (terapeutka, pozbawiona poczucia humoru) oraz Kristin Scott Thomas (Belinda). Takie wisienki na tym smakowitym torcie.

fleabag2-3

Jestem absolutnie porażony „Fleabag”, zaś druga seria (i chyba ostatnia) bije poprzednika na łeb. Konsekwentnie rozwija całą opowieść, a jednocześnie wydaje się absolutnie bezbłędnie rozpisany, zagrany oraz zrealizowany. Jeśli jeszcze nie oglądaliście, to zobaczcie koniecznie. Nie wymaga zbyt wiele czasu.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Maigret zastawia sidła

W paryskiej dzielnicy Montmartre szaleje seryjny morderca. Zabija kobiety, zawsze robi to nocą, jest precyzyjny i nigdy nie ma świadków, ale prasa jak i wysocy przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości naciskają. Jednak doświadczony nadinspektor Maigret nadal próbuje. Przełom paradoksalnie nastąpił po piątym morderstwie oraz rozmowie z przyjacielem, psychologiem. Śledczy wpada na pomysł zorganizowania zasadzki, angażując policjantki w cywilu, by sprowokować mordercę.

maigret1

Cykl Georgesa Simenona o nadinspektorze Julesie Maigrecie był we Francji równie popularny jak serie Agathy Christie o Poirocie, więc filmowa adaptacja książek była tylko kwestią czasu i na przestrzeni lat powstało wiele adaptacji, w których tą postać grali m.in. Charles Laughton, Jean Gabin i Michael Gambon. Ale w tym roku zadania podjęła się brytyjska telewizja ITV, tworząc film będący niejako pilotem telewizyjnej serii. Łączyć będzie postać Maigreta oraz scenarzysta Stewart Harcourt. I trzeba przyznać, że jest to stylowa produkcja, która ma wszelkie atrybuty kryminału: śledztwo, nieuchwytny morderca, brudne i mrocznie miasto oraz ciężki klimat. Twórcy nie stawiają na zawody strzeleckie, pogonie czy krwawe jatki tylko psychologiczną grę, analizę dowodów (w końcu to powojenny Paryż). Wielu może przeszkadzać wolne tempo dochodzenia, ale jak wiadomo – coś za coś. Intryga nie jest może skomplikowana, ale konsekwentnie poprowadzona i sprawnie opowiedziana, tropy są mylone, dziennikarze wredni oraz żądni krwi (jak zawsze), a w tle gra stylowy jazz.

maigret2

Jedyna rzecz, która strasznie mi przeszkadzała to scena pogoni za mordercą. Nie chodzi o to, że jest wolna czy nie pasująca do całości, ale fakt, że została nakręcona kamera cyfrową, przez co wygląda po prostu brzydko. Już we „Wrogach publicznych” było widać, że stylizacja retro i kamera cyfrowa nie pasują do siebie. W innym miejscach zarówno praca kamery, jak i warstwa scenograficzna jest porządnie zrobiona.

maigret3

Także aktorstwo jest tutaj na przyzwoitym poziomie – w końcu to brytyjska telewizja. Zarówno detektywi (Shaun Dingwall, Colin Mace, Leo McStar), jak i sędzia śledczy Comeleau (Aidan McArdle) są z jednej strony stereotypowi jak to tylko możliwe, a z drugiej na tyle wyraziści, by ich zapamiętać. jednak najważniejsza jest tutaj trójka postaci, czyli Maigret, podejrzany oraz… jego matka. Zacznę od podejrzanego, czyli Marcela Moncina. Świetny David Dawson bardzo przekonująco pokazuje opanowanego, ale nie potrafiącego uwolnić się spod wpływu kobiet mężczyznę, mordującego bezbronne kobiety. Równie wyborna jest Fiona Shaw jako toksyczna, despotyczna i trzymająca pełną kontrolę nad dorosłym dzieckiem matkę.

maigret4

Ale i tak największym asem jest sam Maigret, grany przez… Rowana Atkinsona. Tak, to nie jest pomyłka. Przyznaję, że miałem pewne wątpliwości, co do wyboru tej postaci, ale ryzyko się opłaciło. Atkinson na poważnie jest po prostu znakomity – powściągliwy, pewny siebie, inteligentny i opanowany (te drobne spojrzenia oraz spokojny głos), bazujący na swojej wiedzy, doświadczeniu oraz wsparciu kolegów. Jednak kilka tropów (jak się potem okazało mylnych) kazało mi zwątpić w umiejętności Maigreta, ale okazało się to zmyłką i aktor bardzo pozytywnie zaskakuje.

maigret5

Następny film o nadinspektorze z Paryża będzie dopiero w grudniu, ale warto czekać. To eleganckie, stylowe kino z widocznym telewizyjnym budżetem, jednak tutaj taka forsa nie jest potrzebna. Jest klimat, mrok, interesująca rozgrywka oraz bardzo ciekawe aktorstwo. To wystarczy.

7/10

Radosław Ostrowski