Fleabag – seria 2

Pamiętacie na pewno Fleabag? Bohaterka grana przez Phoebe Waller-Bridge sprawia wrażenie lekko samolubnej, świadomej swojego sex appealu kobiety, która ma pecha do mężczyzn, prowadzić nie zbyt dochodową kawiarnię oraz trudne relacja z rodziną. Od wydarzeń z poprzedniej serii mija nieco ponad rok, zaś życie naszej dziewczyny wydaje się wychodzić na prostą, zaś punktem wyjścia jest zbliżający się ślub ojca Fealbag (i Claire) z matką chrzestną. Widać, że małżeństwo jej siostry znajduje się na zakręcie, zaś naszej bohaterce udaje się znaleźć kogoś, kto mógłby być dla niej idealnym partnerem. Jest tylko jeden mały szkopuł, bo ten ideał mężczyzny jest już w związku… z Panem Bogiem. A to jest bardzo trudny konkurent, z którym ciężko walczyć.

fleabag2-1

Druga seria wydaje się kontynuować ścieżkę oryginału, gdzie humor (bardzo ostry i miejscami bardzo nieprzyzwoity) miesza się z dramatem. Ale moim skromnym zdaniem tutaj ten balans zostaje o wiele lepiej zachowany, z większym skrętem ku dramatowi. I już w pierwszym odcinku, gdzie mamy rodzinną kolację z całą rodziną + księdzem. Nie ma aż takich przeskoków w czasie jak poprzednio, ale ma wiele mocnych momentów (scena na pogrzebie matki, gdzie protagonistka próbuje się „oszpecić”, bo za pięknie wygląda czy rozmowa z ojcem w trakcie tego dnia). Tutaj też miałem wrażenie, że historia staje się spójniejsza oraz bardziej sensowna, zaś wiele wydarzeń staje się coraz bardziej ze sobą powiązanych. Jak choćby w wątku Claire, z którą chce się spotykać współpracownik z Finlandii o imieniu… Klare, jej toksycznemu małżeństwu czy bardzo zmieniającej się relacji protagonistki z księdzem – młodym, pociągającym i takim bardzo przyziemnym, równie zagubionym człowiekiem.

fleabag2-4

Tak jak poprzednio, przenosimy się do wielu miejsc: oprócz domu Fleabag oraz jej ojca odwiedzamy biuro Claire (impreza biurowa oraz wybór nagrody dla Kobiety Biznesu Roku), kancelarię prawniczą, terapeutkę oraz parafię. Scenografia wygląda intrygująco, w tle gra muzyka bardziej sakralna (chóry!!!), zaś dialogi nadal mają wiele błyskotliwości oraz pokazującego troszkę szersze spojrzenie na feminizm (poruszający monolog Belindy) czy miłość (przemowa księdza przed ślubem), co zmusza do głębszych przemyśleń. Kto by się tego spodziewał? Humor tutaj się wylewa, nawet w gagach (wybór stroju dla księdza, montażowa zbitka na początku pierwszego odcinka), łamanie czwartej ściany obowiązuje (a jedyną osobą „widzącą” to jest ksiądz). Ale więcej jest tutaj momentów poruszających. Rozmowa Fleabag z ojcem, kiedy jeszcze wiedział jak z nią rozmawiać (robi jeszcze to tuż przed ślubem i po), cięte dialogi z księdzem (w tym historia z lisem), wizyta u terapeutki czy moment „wybuchu” Claire przed swoim mężem. No i jeszcze słodko-gorzki finał, który (dla mnie) jest po prostu idealny. Mam nadzieję, że nie powstanie ciąg dalszy.

fleabag2-2

Nadal aktorsko błyszczy Phoebe Waller-Bridge, która pokazuje troszkę poważniejsze oblicze, mimo ciętego humoru oraz bardzo brutalnej szczerości. Jedynym aktorem, który dorównuje jej poziomem jest Andrew Scott w roli księdza. Co samo w sobie jest dość przewrotnym castingiem, pokazujące troszkę inne oblicze aktora – oprócz Moriarty’ego z „Sherlocka”. Tutaj jest bardziej przyziemny, wyluzowany, ludzki. Też ma swoje demony (ten alkohol oraz paranoja na punkcie lisów), nie próbuje na siłę nawracać ani rzucać wizjami z Apokalipsy czy innego koszmaru. Czuć tą więź jaka zaczyna się wytwarzać między tą dwójką, przez co nie do końca byłem pewny finału tej relacji. Reszta obsady też jest fantastyczna (Olivia Colman błyszczy tak jak Sian Clifford), a swoje pięć minut zawłaszczają drobne epizody Fiony Shaw (terapeutka, pozbawiona poczucia humoru) oraz Kristin Scott Thomas (Belinda). Takie wisienki na tym smakowitym torcie.

fleabag2-3

Jestem absolutnie porażony „Fleabag”, zaś druga seria (i chyba ostatnia) bije poprzednika na łeb. Konsekwentnie rozwija całą opowieść, a jednocześnie wydaje się absolutnie bezbłędnie rozpisany, zagrany oraz zrealizowany. Jeśli jeszcze nie oglądaliście, to zobaczcie koniecznie. Nie wymaga zbyt wiele czasu.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Maigret zastawia sidła

W paryskiej dzielnicy Montmartre szaleje seryjny morderca. Zabija kobiety, zawsze robi to nocą, jest precyzyjny i nigdy nie ma świadków, ale prasa jak i wysocy przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości naciskają. Jednak doświadczony nadinspektor Maigret nadal próbuje. Przełom paradoksalnie nastąpił po piątym morderstwie oraz rozmowie z przyjacielem, psychologiem. Śledczy wpada na pomysł zorganizowania zasadzki, angażując policjantki w cywilu, by sprowokować mordercę.

maigret1

Cykl Georgesa Simenona o nadinspektorze Julesie Maigrecie był we Francji równie popularny jak serie Agathy Christie o Poirocie, więc filmowa adaptacja książek była tylko kwestią czasu i na przestrzeni lat powstało wiele adaptacji, w których tą postać grali m.in. Charles Laughton, Jean Gabin i Michael Gambon. Ale w tym roku zadania podjęła się brytyjska telewizja ITV, tworząc film będący niejako pilotem telewizyjnej serii. Łączyć będzie postać Maigreta oraz scenarzysta Stewart Harcourt. I trzeba przyznać, że jest to stylowa produkcja, która ma wszelkie atrybuty kryminału: śledztwo, nieuchwytny morderca, brudne i mrocznie miasto oraz ciężki klimat. Twórcy nie stawiają na zawody strzeleckie, pogonie czy krwawe jatki tylko psychologiczną grę, analizę dowodów (w końcu to powojenny Paryż). Wielu może przeszkadzać wolne tempo dochodzenia, ale jak wiadomo – coś za coś. Intryga nie jest może skomplikowana, ale konsekwentnie poprowadzona i sprawnie opowiedziana, tropy są mylone, dziennikarze wredni oraz żądni krwi (jak zawsze), a w tle gra stylowy jazz.

maigret2

Jedyna rzecz, która strasznie mi przeszkadzała to scena pogoni za mordercą. Nie chodzi o to, że jest wolna czy nie pasująca do całości, ale fakt, że została nakręcona kamera cyfrową, przez co wygląda po prostu brzydko. Już we „Wrogach publicznych” było widać, że stylizacja retro i kamera cyfrowa nie pasują do siebie. W innym miejscach zarówno praca kamery, jak i warstwa scenograficzna jest porządnie zrobiona.

maigret3

Także aktorstwo jest tutaj na przyzwoitym poziomie – w końcu to brytyjska telewizja. Zarówno detektywi (Shaun Dingwall, Colin Mace, Leo McStar), jak i sędzia śledczy Comeleau (Aidan McArdle) są z jednej strony stereotypowi jak to tylko możliwe, a z drugiej na tyle wyraziści, by ich zapamiętać. jednak najważniejsza jest tutaj trójka postaci, czyli Maigret, podejrzany oraz… jego matka. Zacznę od podejrzanego, czyli Marcela Moncina. Świetny David Dawson bardzo przekonująco pokazuje opanowanego, ale nie potrafiącego uwolnić się spod wpływu kobiet mężczyznę, mordującego bezbronne kobiety. Równie wyborna jest Fiona Shaw jako toksyczna, despotyczna i trzymająca pełną kontrolę nad dorosłym dzieckiem matkę.

maigret4

Ale i tak największym asem jest sam Maigret, grany przez… Rowana Atkinsona. Tak, to nie jest pomyłka. Przyznaję, że miałem pewne wątpliwości, co do wyboru tej postaci, ale ryzyko się opłaciło. Atkinson na poważnie jest po prostu znakomity – powściągliwy, pewny siebie, inteligentny i opanowany (te drobne spojrzenia oraz spokojny głos), bazujący na swojej wiedzy, doświadczeniu oraz wsparciu kolegów. Jednak kilka tropów (jak się potem okazało mylnych) kazało mi zwątpić w umiejętności Maigreta, ale okazało się to zmyłką i aktor bardzo pozytywnie zaskakuje.

maigret5

Następny film o nadinspektorze z Paryża będzie dopiero w grudniu, ale warto czekać. To eleganckie, stylowe kino z widocznym telewizyjnym budżetem, jednak tutaj taka forsa nie jest potrzebna. Jest klimat, mrok, interesująca rozgrywka oraz bardzo ciekawe aktorstwo. To wystarczy.

7/10

Radosław Ostrowski