Kongo

Michael Crichton był jednym z najbardziej popularnych pisarzy thrillerów i SF lat od lat 70. i 90. Także próbował (całkiem udanie) swoich sił jako reżyser, jednak kojarzony jest z takimi dziełami jak „Park Jurajski”, „Andromeda znaczy śmierć” oraz jako twórca serialu „Ostry dyżur”. Jednak filmowe adaptacje dzieł Crichtona są niczym pudełko czekoladek – nie wiadomo, na co się trafi. A jak wyszło w przypadku „Konga”?

Nakręcony w 1995 roku film cenionego producenta Franka Marshalla w założeniu jest kinem przygodowym w starym stylu. Historia skupia się na ekspedycji wyruszającej do afrykańskiego Konga, gdzie mamy dwie strony z własnymi motywacjami. Pierwszą stroną jest Peter Elliot (Dylan Walsh), profesor zoologii w towarzystwie gorylicy Amy. Ta małpa nie tylko posługuje się językiem migowym, lecz za pomocą specjalnie zaprojektowanej rękawicy przez ten język może… mówić. Tak, nie zmyślam. Jednak samicę coraz bardziej nawiedzają koszmary (choćby po części rysowane przez nią obrazy z okiem Opatrzności), co składnia Petera, by zabrać ją z powrotem do domu. Wyprawę chce sfinansować tajemniczy rumuński filantrop Herkuler Homolka (Tim Curry z taki akcentem, że aż groteskowym). Do grupy dołącza jeszcze Karen Ross (Laura Linney) – była agentka CIA, obecnie związana z korporacją TravisCom, której ekspedycja odkryła w Afryce diament. Minerał tak mocny, że dałoby się stworzyć nowy laser dla satelity. Problem w tym, że kontakt z grupą się urwał i Ross ma ustalić, co się stało. Przy okazji też zdobyć diament.

Wybaczcie mi aż tak przydługi opis fabuły, ale w przypadku „Konga” chyba się inaczej nie da. Reżyser chciał zrobić coś w stylu współczesnych „Kopalni króla Salomona”, ocierając się o horror. I niby wszystko się tu zgadza: od ładnych krajobrazów przez odpowiednio epicką muzykę Jerry’ego Goldsmitha. Także punkt wyjścia brzmi obiecująco, nawet jeśli są pewne dziwactwa. Problem jednak w tym, że ta przygoda jest mocno dezorientująca oraz… niezbyt angażująca. Zaskoczyło mnie dość ospałe tempo, wręcz śladowe i krótkie momenty akcji (próba zestrzelania samolotu i ucieczka, atak hipopotamów), pozbawione atmosfery oraz napięcia. A kiedy do jednej ze scen akcji zostaje użyty zwolniony montaż, ciężko się to ogląda. Do tego główna para jest całkowicie pozbawiona jakiegokolwiek śladu charakteru. Są odpowiednikami domyślnego trybu postaci w grze i mogliby być zagrani przez kogokolwiek. Nawet w dialogach brakuje jakiegoś błysku czy inteligentnego, gdzie nie do końca mogłem rozgryźć na ile jest to żart, a na ile powaga. Zbyt lekki ton wydaje się nie pasować za bardzo, czyniąc całość pozbawioną stawki i pazura.

Co tu się broni? Cóż, aktorsko całość kradnie niezawodny Tim Curry z dużym przerysowaniem oraz bardzo pewny siebie Ernie Hudson w roli przewodnika Monroe Kelly’ego. Oni czynią ten film żywszym i energicznym. Jest tu jeszcze parę drobnych i zaskakujących epizodów w postaci Joe Pantolianego (Eddie Ventro), Delroya Lindo (kapitan Wanda) czy niezawodnego Bruce’a Campbella (Charles Travis). Swoje robi też niezła scenografia – szczególnie wygląd świątyni – oraz sam wygląd małp znosi próbę czasu. Ale w ogólnym rozrachunku „Kongo” jest dla mnie niewykorzystanym potencjałem do czegoś mocnego kina przygodowego, lecz brakuje tu poczucia stawki, całość jest zbyt lekka oraz zadziwiająco… nudna. Słusznie zapomniana produkcja z lat 90. i jedna ze słabszych adaptacji Crichtona.

5/10

Radosław Ostrowski

Arachnofobia

Doświadczony producent filmowy Frank Marshall z Amblin Entertinment doszedł do wniosku, że po współpracy ze Stevenem Spielbergiem sam weźmie za kamerę i spróbuje sił jako reżyser. I tak w roku 1990 pojawiła się „Arachnofobia” – pierwsza produkcja nowego studia pod Disneyem zwanego Hollywood Pictures. Wsparty przez Spielberga oraz Kathleen Kennedy Marshall zmieszał horror z komedią, inspirując się monster movies oraz „Ptakami” Hitchcocka.

Sama historia zaczyna się w Wenezueli, gdzie zorganizowano ekspedycję naukową dr Athertona. Tam zostaje odkryty nowy gatunek pająka. W trakcie wyprawy ofiarą ośmionoga zostaje fotograf, ale sprawca nie zostaje wykryty. Winą za śmierć miała ponieść gorączka, na którą mężczyzna chorował. Następnie przenosimy się do małego miasteczka w Kalifornii, skąd pochodził nieboszczyk. Tam też trafia dr Ross Jennings razem z żoną i dziećmi. Przenieśli się z San Francisco, by odetchnąć od miejskiego zgiełku, a Jennings miał przejąć praktykę po miejscowym lekarzu. Ten jednak nie zamierza przejść na emeryturę, więc sprawy się komplikują. Jakby tego było mało, w okolicy dochodzi do niewyjaśnionych zgonów.

arachnofobia1

Sam film mocno inspiruje się dziełem Spielberga, z klimatem pozornego spokoju, gdzie wszystko płynie swoim rytmem. Ale pojawienie się morderczego pająka zmienia atmosferę, nie idąc ku makabrze. Reżyser balansuje między strachem a komedią, płynnie zmieniając ton, nawet w ciągu jednej sceny. Co mnie zaskoczyło, to fakt, że dałem się złapać i parę razy podskoczyłem. Czy to wynika z samej obecności pająka w kadrze? Pewnie tak, zwłaszcza w sposobie filmowania. Napięcie idzie gwałtownie zwłaszcza w finale, gdzie nasz protagonista – lekarz z arachnofobią – musi zmierzyć się ze swoim największym lękiem. Kapitalnie zrobiona scena z armią zwierząt nadal potrafi zadziałać jako horror.

arachnofobia2

Pomaga w tym wszystkim świetne aktorstwo. Przede wszystkim to popis Jeffa Danielsa jako dr Jenningsa – lekarza z arachnofobią, racjonalisty, pozwalającego sobie na odrobinę sarkazmu i skonfrontowanego z mentalnością małego miasteczka (symbolem jego jest dr Metcalf). Całość jednak kradnie rozbrajający John Goodman w roli eksterminatora Delberta. Jest jedyną osobą z odpowiednim sprzętem, serwującego najlepsze teksty oraz dodającego sporo lekkości (i ta muzyka, gdy się pojawia – cudo). A i drugi plan z wieloma charakterystycznymi twarzami (m.in. Juliana Sandsa oraz Petera Jasona) też się sprawdza więcej niż solidnie.

arachnofobia3

Nie jest to najstraszniejszy film grozy ever, ale jeśli chcecie swojemu młodszemu rodzeństwu trochę strachu, można od niego spokojnie zacząć. Czysto rozrywkowe kino, dostarczające frajdy. A o to chodzi. Jeden z lepszych filmów Spielberga, który nie jest przez niego nakręcony.

7/10

Radosław Ostrowski