System

Rok 1953, Moskwa. Jeszcze rządzi wujek Józef Stalin, co kochał dzieci i w ogóle był super przywódcą, a Związek Radziecki był rajem na Ziemi. I to właśnie tutaj pracuje oficer śledczy milicji politycznej MGB, zajmującej się likwidowaniem szpiegów – Lew Demidow. Otrzymuje proste zadanie: schwytanie niejakiego Anatolija Brodskiego oraz wyciągnięcie od niego listy współpracowników. Jednym z nich okazuje się być żona oficera, Raisa. Mężczyzna nie wydaje jej, za co oboje zostają zesłani na prowincję do Wołska. W tym samym czasie w niejasnych okolicznościach zaczynają ginąć dzieci, co jest tuszowane przez władze. Demidow na własną rękę podejmuje śledztwo.

system_1

Szwedzki reżyser Daniel Espinoza tym razem przenosi na ekran bestsellerowa powieść Toma Roba Smitha. Nie da się ukryć, że to rasowy thriller ubabrany brudem, nędzą oraz powszechną degrengoladą. Śledztwo jest o tyle trudne, że toczy się ono w raju, gdzie przecież nie ma morderstw, prawda? Władza nie może sobie pozwolić na jakąkolwiek pomyłkę, a morderstwo to produkt zgniłego kapitalizmu. Mimo to twórcom udaje się stworzyć klimat niepokoju, bezradności i osaczenia. Tutaj władza wie o tobie więcej niż ty sam wiesz, zna twoje potrzeby i by nie zwariować, nie możesz sobie pozwolić na mówienie prawdy. Poza prywatnym – bo inne nie może być – dochodzeniem, Espinoza próbuje też pokazać różnego rodzaju rozgrywki na linii władzy, gdzie wywiad woli stosować przemoc i tuszować, a także jak kłamstwo ma wpływ na ludzi ich używających. Każdy chce tutaj przetrwać i każde kłamstwo jest dobre (fałszywa ciąża Raisy), nawet jeśli trzeba ukryć morderstwo.

system_2

Dobre wrażenie robi scenografia – podniszczone domy, brud, umeblowanie, alkohol (nie lejący się dużym strumieniem), papierosy. Od momentu przeniesienia na prowincję, jeszcze bardziej czuć poczucie beznadziei oraz kompletnego zobojętnienia na zło. Klimat też buduje stonowana muzyka oraz utrzymane w tonacji sepii, naturalistyczne zdjęcia.

system_3

Problemem dla mnie było dość wolne tempo oraz nadmiar ambicji, który nie daje pełnej satysfakcji podczas seansu. Śledztwo prowadzone jest przy okazji, co jest w pełni zrozumiałe, jednak tożsamość oraz motywację zbrodniarza poznajemy w połowie filmu. Nie wiem czy to troszkę nie za szybko, ale gęsta atmosfera i brudny klimat pozwalał wybaczyć te grzechy. Natomiast nie wybaczę chaotycznego montażu podczas scen bójek – finałowa konfrontacja czy próba morderstwa w pociągu wyglądają po prostu brzydko oraz nieczytelnie, jakby w stylu Borune’a. To nie jest potrzebne.

system_4

Ale za to jak to jest zagrane – moi drodzy. Kolejny raz wspaniale prezentuje się Tom Hardy jako bohater troszkę przeniesiony z kina noir. Ostatni sprawiedliwy stojący po stronie prawdy, porządku i walczący o swoje małżeństwo, do tego sprawne wykorzystanie rosyjskiego akcentu (brzmi on bardzo naturalnie), znający bezwzględność terroru. Równie złożona postać odgrywa Noomi Rapace (Raisa) – urocza, lojalna, ale powoli mecząca się w związku. Poza nimi warto docenić także zaskakującego Joela Kinnemana (odpychający Wasilij), Paddy’ego Considine’a (morderca) oraz Vincente’a Cassella (major Kuźmin).

system_5

I a propos akcentu jeszcze – nie wszyscy aktorzy grający w tym filmie mówią z rosyjskim akcentem (głównie postacie trzecioplanowe), co czasami psuje efekt realizmu. Przypomina się troszkę „Park Gorkiego” Michaela Apteda, czyli mroczny, brudny dreszczowiec w świecie pełnym kłamstwa, oszustwa i tajemnic. Tak się właśnie żyło w tych czasach.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Hannibal

Pamiętacie pewnego psychiatrę, co zabijał i zjadał swoje ofiary? Kiedyś Hannibala Lectera prosiła o pomoc agentka Clarice Starling, ale 10 lat temu uciekł z więzienia. Agentka wykonuje swoją robotę w FBI, ale jej ostatnia akcja zakończyła się krwawą jatką. Wtedy zgłasza się niejaki Mason Verger – bogaty miliarder i jedyna ofiara Lectera, która przeżyła. Oszpecony mężczyzna planuje zemstę na Lecterze i wyznaczył ogromną nagrodę za jego głowę (2 miliony dolarów). W tym samym czasie Lecter przebywa we Florencji i stara się o posadę kustosza. Na jego trop wpada inspektor Pazzi, który chce go sprzedać Vergerowi.

hannibal_2001_1

„Milczenie owiec” to był jeden z najlepszych thrillerów wszech czasów, a siłą nie była tylko intryga kryminalna czy wyrazisty czarny charakter, czyli doktor Lecter. Wszyscy pamiętamy psychologiczną rozgrywkę między prowadzącą śledztwo agentką Starling a kanibalem-psychiatrą. Ktoś jednak wpadł na pomysł, by zrealizować ciąg dalszy (a dokładniej Thomas Harris) i nakręcić sequel. Niestety, nie podjął się tego Jonathan Demme, a w roli Clarice nie wróciła Jodie Foster. Zamiast tego mieliśmy Ridleya Scotta pilotującego to przedsięwzięcie, zaś niestrudzona agentkę zagrała Julianne Moore. Efekt wydawał się prosty do przewidzenia i z góry skazany na niepowodzenie.

hannibal_2001_2

O dziwo „Hannibala” ogląda się nieźle i to z kilku powodów. Po pierwsze, interesująco się zaczyna i nie brakuje tutaj suspensu (obława na przestępczynię zakończona strzelaniną czy zdobycie odcisków palców Lectera przez Pazziego). Scott wie, jak opowiedzieć i trzymać w napięciu, w czym pomaga mu świetny montaż oraz znakomita muzyka Hansa Zimmera. Schody zaczynają się jednak w momencie, gdy nasz bohater przenosi się z Florencji do USA i wtedy wszystko szlag jasny trafia. Pięknie sfotografowane włoskie miasto ma swój uroczy klimat i tajemnicę, ale reżyser za bardzo zaczyna gustować w makabrycznych i (moim skromnym zdaniem) niepotrzebnie krwawych, brutalnych scenach takich jak powieszenie Pazziego i wyjęcie wnętrzności na zewnątrz czy zjedzenie mózgu wyjętego z głowy jednej z postaci. To zbyteczne i czyni z Lectera lubującego się w wyrafinowanym mordowaniu sadystę.

hannibal_2001_3

Także chemia między Lecterem i Starling zawodzi. Anthony Hopkins nie schodzi poniżej swojego pułapu powtarzając postać inteligentnego mordercy-erudyty. Za to Julianne Moore stara się jak może, by godnie zastąpić Jodie Foster, ale materiał nie pozwala jej na wiele. Tutaj jest twardą służbistką, a jej psychologiczna motywacja bywa nieczytelna. Za to wszystkim ekran skradł Gary Oldman, kompletnie nie do poznania w roli Vergera. To równie sadystyczny i perwersyjny zbrodniarz (bardziej zarysowano jego postać w książce oraz serialu), dla którego zemsta na Lecterze jest jedynym sensem istnienia.

hannibal_2001_4

Nie będę oryginalny mówiąc, że „Hannibal” to słaby sequel i jeden z gorszych filmów Scotta. Solidnie zrealizowany, z kilkoma prostymi trickami (rozmazane kadry w retrospekcjach oraz co brutalniejszych scenach) oraz piękną oprawą audio-wizualną. Sama historia mocno kuleje i to największy mankament, za co sam zainteresowany zaprosiłby ekipę na obiad. 😉

6/10

Radosław Ostrowski

Ukryta prawda

Od trzech tygodni jest wakat na stanowisku wiceprezydenta USA. Urzędujący prezydent Jackson Evans waha się między dwójką kandydatów – bohaterem wojennym gubernatorem Jackiem Hathawayem i senator Elaine Hansen. Prezydent faworyzuje panią senator, mimo iż konkurent został bohaterem po tym jak próbował uratować kobietę uwięzioną w tonącym samochodzie. Jednak przed zatwierdzeniem, trzeba prześwietlić przeszłość pani senator. Przewodniczący komisji, która ma zbadać kompetencje senator, Shelly Runyon odkrywa kompromitujący fakt – udział w orgii podczas studiów.

ukryta_prawda1

Film Roda Lurie z 2000 roku chciałem obejrzeć dużo później, jednak czas wyborczy skusił mnie do sięgnięcia po ten tytuł. Pozornie wydaje się jednym z wielu politycznych opowieści, których było tysiące zarówno jeśli chodzi o akcję, jak też i portret elit politycznych (gnidy, intryganci i szubrawcy, a także idealiści i pragmatycy). Różnica miedzy nami a Jankesami jest istotna – tam pewne afery i skandale mocno decydują o być albo nie być danego polityka. Wszelkie podchody, dziwne koalicje i nieczyste zagrywki – to wszystko znamy i dzisiaj.

ukryta_prawda4

Ale przy okazji, reżyser pokazuje jak traktowana jest kobieta w świecie skądinąd zdominowanym przez mężczyzn, jak głęboka jest dyskryminacja w przecież bardzo politycznie poprawnym kraju jakim jest U Es A. I tu nawet nie chodzi o podejrzana aferę erotyczną, ale też jak instrumentalnie traktowana jest kobieta, szybko podlega osądowi wskutek stosunku do seksu. Jak mężczyzna bierze udział w orgii – to jest powód do domu, jak kobieta uczestniczy – to jest kurwą. Od tego osądu nie są w stanie uwolnić się nawet osoby politycznie wspierające Hansen. Wystarczy popatrzeć na sceny, w których nie unikają kąśliwych wypowiedzi czy w jej obecności oglądają zdjęcia z orgietki. I jeszcze jedno pytanie tutaj pada – gdzie jest granica miedzy życiem prywatnym osób na piedestale władzy? To daje bardzo do myślenia. I sami sobie odpowiedzcie.

ukryta_prawda2

Mimo braku oryginalności, „Ukrytą prawdę” ogląda się po prostu dobrze, bo reżyser nie przynudza i powoli odkrywa sznurki całej intrygi, ale za to pewnie prowadzi aktorów. Świetnie sobie radzi Joan Allen w roli senator Hansen. Może wynika to z faktu, ze postać ta została napisana specjalnie dla niej. Ma ona bardzo wyraziste poglądy w wielu sprawach (liberalna), a cała aferę komentuje w jeden sposób: „to moja prywatna sprawa”. Nie podejmuje się ani atakować swoich przeciwników wyciągając na nich haki, nie broni się też – postawa dość dla mnie zaskakująca i rzadka wśród polityków. I przyznaję, że zyskała pani senator mój szacunek. Na przeciwnym końcu jest znakomity Gary Oldman. Senator Runyon to podły intrygant, który sięga po naprawdę niskie chwyty (wysłanie materiałów do Internetu, atak na przesłuchaniu w sprawie aborcji), uzasadniając je swoimi uprzedzeniami oraz przekonaniami. Dodatkowym szokiem jest fryzura Runyona, przez którą trudno rozpoznać aktora. Trzecim istotnym bohaterem jest prezydent Evans, zagrany dość lekko przez Jeffa Bridgesa. Wydaje się postacią nie do końca poważną, serwującą zabawne dialogi i sytuacje (gra w kręgle, gadanie o kanapkach), ale jest opanowanym i sprytnym politykiem (rozmowa z Runyonem i sytuacja na bankiecie).

ukryta_prawda3

„Ukryta prawda” nie zmieni zdania o klasie politycznej w ogóle, jednak nie wywołuje on ani znużenia ani zobojętnienia. A to już sporo. Dobre aktorstwo, solidna realizacja – na plus. Patos, podniosłe monologi i dydaktyzm – to na minus.

7/10

Radosław Ostrowski

JFK

22 listopada 1963 roku był jednym z najważniejszych wydarzeń w historii Stanów Zjednoczonych. Wtedy dokonano zamachu na prezydenta tego kraju, Johna Fitzgeralda Kennedy’ego, który zmarł wskutek odniesionych ran, zaś za sprawcę uznano Lee Harveya Oswalda. Jednak w 1966 roku, prokurator z Nowego Orleanu Jim Garrison podjął się na własną rękę poprowadzić śledztwo w sprawie zamachu, podejrzewając spisek i zamach stanu.

jfk1

W oparciu o książkę Garrisona swój film nakręcił Oliver Stone – facet, który uważany był za speca od kina niewygodnego, trudnego i skrajnie subiektywnego. W „JFK” tym razem poszedł na całość i stworzył najbardziej porażający spisek od czasów „Wszystkich ludzi prezydenta” Alana J. Pakuli. Samo śledztwo Garrisone jest oparte bardziej na pogłoskach, zeznaniach osób, które nie mogą stanąć przed sądem („skoro oni zabili prezydenta, co może ich powstrzymać przed zabicie striptizerki?”) oraz materiałach, które zostały utajnione i ujrzą światło dzienne (prawdopodobnie, chyba że znów coś zmajstrują) w 2029 roku. Akt oskarżenia, który pokazuje w tym 3-godzinnym thrillerze jest więcej niż mocny: obrywa się administracji prezydenta, tajnym służbom, federalnym i mafii. Masa nazwisk, poszlak i pokazano wszelkie próby zatarcia śladów, nie pokazując sprawców. Stone pokazuje tyle znaków zapytania, że nie ma żadnych wątpliwości, co do istnienia spisku.

Czy my będziemy w stanie w to uwierzyć? To już zostawiam waszej ocenie, ale jedno nie ulega wątpliwości – reżyser opowiada to, w tak fascynujący sposób, że nie byłem w stanie oderwać oczu od tego, co się dzieje. Zdjęcia, w których zgrabnie wpleciono inscenizowane momenty (czarno-biała taśma) z materiałami archiwalnymi oraz świetny montaż w połączeniu z intrygującym scenariuszem tworzą koktajl Mołotowa. I choć sam proces zajmuje jakieś ostatnie 45 minut filmu, to jest on wisienką na torcie i czymś, co powinno dać nam satysfakcję. Ale jest jedna rzecz, która nie daje mi tu spokoju i przeszkadzała mi w seansie: wybielenie i zmitologizowanie prezydenta Kennedy’ego jako męża stanu. Jednak wynika to z faktu, że ten aspekt życia prezydenta nie interesował reżysera.

Ale i nawet to wszystko, nie byłoby takie pociągające, gdyby nie świetna obsada, w której nie zabrakło bardzo znanych i uznanych aktorów. Najważniejszy jest tutaj Jim Garrison, czyli jak zwykle dzielny i prawy Kevin Costner. Może i nie jest to specjalnie zaskakujący wybór, ale tutaj aktor naprawdę zaskoczył i wypadł bardzo dobrze. Silny charakter, choć pełen wątpliwości, zaś jego mowa w procesie to jeden z najważniejszych monologów w historii kina. Poza nim pierwsze skrzypce tutaj grają nadpobudliwy Joe Pesci (paranoiczny David Ferrie) i bardzo oszczędny Tommy Lee Jones (Clay Shaw, nie ukrywający swojego homoseksualizmu, ale to tylko pozory). Jest jeszcze Gary Oldman, czyli Lee Harvery Oswald – tutaj pokazany jako agent wywiadu, który zostaje wystawiony do wiatru czy grający współpracowników Garrisona Michael Rooker (Bill Broussard) i Jay O. Sanders (Lou Ivon). Ale jest tutaj masa epizodycznych ról świadków, którzy odgrywani są, m.in. przez Jacka Lemmona (Jack Martin) czy Kevina Bacona (Willie O’Keefe), jednak na mnie największe wrażenie zrobił Donald Sutherland jako tajemniczy X – były szef wywiadu wojskowego.

Mógłbym napisać więcej, ale „JFK” to naprawdę mocny film polityczny, który przykuwa uwagę do samego końca. Pytanie czy kiedykolwiek zostanie ujawniona prawda o Kennedym pozostaje otwarte, ale reżyser wierzy, że w końcu ludzie przejrzą na oczy. Może brzmi to naiwnie, ale jest to bardzo sugestywne.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sid i Nancy

Muzyka punkowa odmieniła świat. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości, a za najważniejszą kapelę uznawany jest brytyjski Sex Pistols, zaś obok Johnny’ego Rottena ikoną tego stylu stał się basista Sid Vicious. Ten kontrowersyjny muzyka pamiętany był też dzięki związkowi z Nancy Spungen, który skończył się w dość tragicznych okolicznościach. O tym opowiada film Alexa Coxa z 1986 roku.

sid_i_nancy1

To dość luźna biografia basisty, który nie umiał grać, śpiewać też nie za bardzo, jednak stał się ikoną epoki buntowników, co nie oferowali nic w zamian poza chaosem. Sam film jest jak bohaterowie – brudny, ohydny, ale też bardzo realistyczny i brutalny. Można ten film podzielić na dwie części: pierwsza to czas Sida z zespołem Sex Pistols, pełen koncertów, dzikiej energii i szaleństwa. Druga to relacja z Nancy – Amerykanką, która jest zapatrzona w Sida. I tak powstaje miłosny trójkąt – on, ona i narkotyki, które pociągają ich dwoje na dno, niszczą ich związek, wprowadzając nienawiść, wrogość, przemoc i całą tą resztę. Ale od razu uprzedzam – nie jest to film mitologizujący czy pokazujący w przychylnym świetle to środowisko. Sid w brawurowej interpretacji Gary’ego Oldmana jest zapatrzonym w siebie narcyzem, przekonanym o swojej wyższości i nie liczącym się z niczyim zdaniem. Dalej widzimy jego rozstanie z zespołem, uzależnienie i destrukcyjna siłę toksycznej miłości – no hope, no future. Choć głębiej temat uzależnienia pokazano, m.in. w „Requiem dla snu”, o jednak Cox potrafi poruszyć i zmusić do myślenia. W dodatku całość okraszona jest naprawdę fajną muzyką.

sid_i_nancy2

O Oldmanie już wspomniałem, za to partnerująca mu Chloe Webb radzi sobie naprawdę nieźle, oddając zagubienie, uzależnienie i jej beznadziejne położenie. To ona wpędza bohatera w nałóg – jest jak bluszcz, który niszczy wszystko dookoła.

Mimo wszystkich wad, zrobiło mi się żal tych ludzi. I dlatego trzeba zobaczyć ten trochę zapomniany tytuł.

7/10

Radosław Ostrowski