Przepis na morderstwo

Czy są tutaj fani Glena Powella? Aktor przebił się do szerszej widowni drugoplanową rolą w drugim „Top Gun” i od tamtej pory pojawia się częściej na ekranach, także w głównych rolach. Aczkolwiek ostatnio coś chyba Amerykanin nie ma szczęścia (gdzieś od czasu chłodno odebranego „Uciekiniera” – jeszcze nie widziałem), zaś produkcje z jego udziałem ponoszą komercyjną oraz artystyczną porażkę. Czy to mnie zniechęciło do sprawdzenia „Przepisu na morderstwo”? Nie, ale trochę żałuję zmarnowanego czasu.

W najnowszym filmie Johna Pattona Forda Powella gra Becketa Redfellowa – młodego faceta z bardzo zamożnej rodziny. Tylko, że jego matka spłodziła go z jakimś gołodupcem jak miała 18 lat i miała dwa wyjścia – aborcja z dostatnim, wygodnym życiem albo urodzić, będąc wykluczoną z rodu. Co wybrała, możecie się domyślić. Tak z bogatego pałacu trafiła do skromnego mieszkania w Belleville i pracowała jako urzędniczka. Mimo to jednak starała się dać chłopakowi odpowiednie wykształcenie oraz ogładę godną dżentelmena z wysokich sfer. Dając też nadzieję, że wkrótce odziedziczy ogromny majątek. Jednak kobieta umiera, gdy Becket jeszcze jest dzieciakiem i początkowo nie radzi sobie za dobrze. Już jako dorosły mężczyzna Becket planuje odzyskać, co swoje i musi zrobić tylko jedno: pozbyć się pozostałych siedmioro członków rodziny.

Całość brzmi jak czarna komedia z satyrycznym zacięciem na elitę najbogatszych. Reżyser pozwala Becketowi samemu opowiedzieć historię… księdzu na kilka godzin przed egzekucją. Pozornie może wydawać się pozbawieniem napięcia, bo wiemy, że plan się nie udał. Niemniej byłem zaciekawiony. Ale mam dość mieszane uczucia. Z jednej strony humor opiera się na mocno przerysowanych postaciach „rodziny” jak ekscentrycznego artystę (znany z „Doliny Krzemowej” Zach Woods), pastora lubiącego nadużywać ulg podatkowych (Topher Grace) czy planującego lot w kosmos wuja (Alexander Hanson). Z drugiej brakuje tutaj napięcia, zaś słodko-gorzkie zakończenie niby daje satysfakcję, lecz jest przewidywalne.

Drugim mocnym problemem była dla mnie postać dawnej przyjaciółki Julie granej przez Margaret Qualley. Bardzo chaotyczna, wyrazista i żywiołowa, ewidentnie kreowana na femme fatale, od początku wydawała mi się strasznie śliska i odruchowo czułem, że te „przypadkowe” spotkania z naszym protagonistą miały pewien ukryty motyw. Co mi strasznie zgrzytało, bo między tą dwójką nie czuć było żadnej chemii. Sytuację częściowo ratuje sam Powell, będący czarującym i sympatycznym facetem, próbującym stać się hitmanem. Choć jest bardzo stonowany oraz grający bardzo oszczędnie, trzymałem i kibicowałem mu całkowicie. Z dość barwnego drugiego planu, gdzie raczej aktorzy nie mają zbyt wiele czasu ekranowego najbardziej wybija się niezawodny Bill Camp w roli Warrena Redfellow, szefa firmy inwestycyjnej. I jako jedyny z całej rodziny wydaje się najbardziej ludzki, przyziemny, co jest sporą niespodzianką.

Więc czy warto wybrać się na „Przepis na morderstwo”? Szczerze mówiąc nie, bo nie sprawdza się zarówno jako ostra satyra na nowobogackich elit, ani jako trzymający w napięciu thriller, ani czarna komedia. Jest to film okej, który niby ogląda się dobrze, ale bardzo szybko wypada z głowy. Produkcja bardziej nadająca się na streaming niż na duży ekran.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Top Gun: Maverick

36 lat minęło jak jeden dzień, a Tom Cruise wygląda jakby czas kompletnie go nie tknął. Prawda jest taka, że raczej nikt nie spodziewał się powrotu do „Top Gun”. Zwłaszcza po tylu latach – trochę nie za późno na taką lotniczą eskapadę? Czy to tylko bezczelny skok na kasę wobec fanów oryginału, zakonserwowany w dawnych czasach? Bo powrót do starych marek to nowa żyła złota? Oczekiwałem, że sceny w powietrzu będą lepsze od oryginału i… w sumie tyle. Bo co jeszcze można ciekawego wymyślić? Dodatkowo zatrudnienie Josepha Kosinskiego, który ma oko wizualne, lecz z fabułami bywało… różnie nie nastrajało optymizmem. Ale z Cruise’m już pracował przy „Niepamięci”, a za scenariusz do „Mavericka” odpowiadał m.in. Christopher McQuarrie. Więc jestem zdumiony, że z tak schematycznego scenariusza oryginału (czepiać mi się nie chcę, bo lista jest za długa), powstał… zaskakująco emocjonalny film, choć też oparty na znajomych kliszach. Jak to się stało i co za czary tu zastosowano?

top gun2-3

Pete „Maverick” Martell dalej służy jako pilot marynarki, jednak nadal pozostaje trochę ryzykantem i buntownikiem. Co wyjaśnia, czemu nigdy nie awansował, bo swoim nastawieniem wkurzał swoich przełożonych oraz przenoszenie z miejsca na miejsce. To ostatnie dzięki swojemu kumplowi „Icemanowi” – admirałowi Flory Pacyfiku. Jednak w czasach, gdy Ju Es Armi bardziej korzysta z nowoczesnych technologii w stylu dronów, Maverick jest równie potrzebny jak łysemu grzebień. Ale dostaje szansę – prawdopodobnie ostatnią w swojej karierze. Wraca do szkoły lotniczej Top Gun, gdzie ma wyszkolić młodych pilotów do wykonania diablo niebezpiecznego zadania: zniszczenie znajdującego się w podziemnym bunkrze tajnym magazynie wzbogaconego uranu. Równie łatwe jak rozwalenie najsłabszego punktu Gwiazdy Śmierci, a czasu jest niewiele. Fakt, że wśród młodej krwi mamy syna Goose’a, czyli Roostera nie ułatwia sprawy.

top gun2-4

Historia w zasadzie ma o wiele więcej rąk i nóg niż w oryginale, choć sporo czerpie z oryginału. Nadal mamy jako pilotów młodych, bardzo pewnych siebie kolesi (a nawet jest koleżanka), zbyt mocno trzymających się przepisów służbistów, bardzo drogie samoloty. Jest też nawet scenka grania na plaży z gołymi klatami. Ale to wszystko wydaje się mieć więcej sensu niż w chaotycznym (choć nadal dającym sporo frajdy) poprzedniku. I co najważniejsze, twórcy czynią z Mavericka… człowieka z krwi i kości, a nie tylko pewnego siebie aroganta. Tutaj zaczyna dojrzewać do roli lidera, zaczyna czuć odpowiedzialność za swoich podwładnych. Chociaż trenuje ich, wyciskając z nich siódme poty oraz ciągle udowadniając, że jeszcze nie stracił formy (pierwszy trening).

top gun2-1

Muszę przyznać, że Kosinski nadal porywa wizualnie. Sceny lotnicze (głównie dzięki mikrokamerom) wyglądają niesamowicie i są kapitalnie zmontowane, co podnosi napięcie oraz adrenalinę do ściany. Nie chcę nawet wspominać o scenie, gdy Maverick – chcąc udowodnić sobie i przełożonym – że mission jest possible sam wsiada za samolot. Tą scenę oglądałem na krawędzi fotela, zaś finałowa misja – nawet jeśli miejscami wydaje się jakby z innej bajki – jest fantastycznie wykonana, z niesamowitą choreografią oraz namacalnym poczuciem bycia w samolocie.

top gun2-2

Jednocześnie czuć hołd oraz miłość do filmu Tony’ego Scotta (zresztą jest mu dedykowany) jest namacalna. Czerpie garściami, ale nie popada w przesadę i fan service jest w punkt: od muzyki przez wręcz niemal kopiowanie scen z oryginału (sam początek zrobił mi mętlik w głowie i przez chwilę zastanawiałem się, czy przypadkiem nie pokazali pierwszego „Top Gun”). Młodzi aktorzy też dają radę – zwłaszcza Miles Teller – i czuć, że to zgrana ekipa, Tom Cruise także wypada więcej niż dobrze, zaś użycie praktycznych efektów specjalnych jest wręcz odświeżające w czasach blockbusterów przeładowanych komputerowymi trickami. Drugi plan też ma przebłyski w postaci Jona Hamma jako przełożonego Mavericka

Choć jest parę drobnych niedociągnięć (wątek romansowy troszkę wydaje się wciśnięty na siłę), to nie spodziewałem się tak silnego ładunku emocjonalnego. To jest przykład świetnego sequela, zrobionego z pasji, zaangażowania, a nie chłodnej kalkulacji i bezmyślnego powtarzania się. Taka sztuka zdarza się tak często jak zestrzelenie trzech samolotów w jednej akcji.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sand Castle

O wojnie w Iraku opowiadało wiele, wiele filmów, ale tym razem z tym tematem postanowił się zmierzyć Netflix. Bohaterem opowieści jest szeregowiec Ocre, który nie chciał walczyć za kraj. Poszedł do wojska, bo jak sam mówi, nie stać go było na studia. Gdy go poznajemy łamie sobie rękę, waląc drzwiami od samochodu. Ale to nic nie daje i razem z oddziałem ruszają do boju. Po zajęciu kraju jego oddział pod wodzą sierżanta Harpera dostaje zadanie dostarczenia wody. Problem w tym, ze pompa jest zniszczona, a poza wojakami nikt nie chce podjąć się naprawy.

sand_castle1

Film Fernando Coimbry nie skupia się tylko i wyłącznie na pokazaniu amerykańskich chłopaków jako kolesi nie do zdarcia, nie do zabicia, potrafiących wyjść z każdej opresji bez szwanku. To nie jest propagandowa agitka, tylko pokazanie bardziej złożonego spojrzenia na wojnę w Iraku. Państwo to już wcześniej miało swoje problemy i wewnętrzne wojny, są też strasznie nieufni wobec Amerykanów. Cywile może by i pomogli, ale po prostu boją się. Bo karą za współpracę jest śmierć, co dobitnie pokazuje scena, gdy w szkole widzimy spalone zwłoki przybite na palu czy rozmowa z szejkiem. Klimat troszkę tutaj przypomina „Hurt Locker”, a sceny strzelanin dają prawdziwego kopa i budują poczucie osaczenia. A co gorsza, nigdy nie wiadomo, kiedy zaatakuje przeciwnik. Może to zrobić podczas jazdy konwoju czy rozdawaniu wody. A czy możliwe jest takie porozumienie ponad podziałami i lękami? I na jak długo ono potrwa? Te pytania pozostają bez odpowiedzi. Równie brak patosu oraz podniosłych dialogów typu „Bóg, honor, ojczyzna” działa na plus tego filmu.

sand_castle2

Zdarzają się pewne momenty zastoju, a wiele postaci nie jest zbyt mocno zarysowanych, ale aktorzy dają z siebie wszystko, by uczynić je ludźmi. Najbardziej w pamięć zapadają postacie Ocre (Nicholas Hoult kolejny raz pozytywnie zaskakuje) oraz sierżanta Harpera (Logan Marshall-Green). Jest też jeszcze bardzo ostry  w walce sierżant Burton (Beau Knapp) oraz najbardziej rozważny z grupy, czyli nowy dowódca ekipy – kapitan Syverson (Henry Cavill jest tu nie do poznania).

sand_castle3

„Sand Castle” może nie tworzy jakiegoś nowego obrazu wojny w Iraku, ale przypomina jak skomplikowana sytuacja tam panuje. Nie jest tylko filmem skupionym na strzelaniu i zabijaniu (to plus), ale skupia się na tym, jak poradzić sobie w nietypowej sytuacji. Bardzo porządna robota.

7/10

Radosław Ostrowski