Ukryty motyw

Ile już razy byliśmy w więzieniu na ekranie. Zarówno z perspektywy więźnia, jak i strażników, gdzie warunki przetrwania są trudne, szorstkie oraz brutalne. Po części tak samo jest w przypadku nowego dzieła ze Skandynawii, czyli „Ukrytego motywu”.

Historia skupia się wokół Evy Hansen (Sidse Babett Knudsen) – strażniczki więziennej w tej części więzienia o złagodzonym rygorze. Można odnieść wrażenie, że jest o wiele bardziej empatyczna, pełna współczucia i próbująca pomagać więźniom. Inaczej nie działałaby w szkole ani nie prowadziła zajęć z medytacji. Jednak jej spokojne, pełne rutyny zostaje wywrócone do góry nogami. Wszystko z powodu pojawienia się nowego więźnia, którego widok wywołuje u niej zgrozę. Mikkel (Sebastian Bull) to byczek, pełen tatuaży koleś oraz agresywniejszy niż wszyscy bokserzy razem wzięci. Sla Evy sprawa jest na tyle poważna, że chce się przenieść do oddziału o zaostrzonym rygorze, gdzie przebywa nowy więzień. I tutaj zaczyna się gra.

Reżyser – jak w przypadku „Winnych” – bardzo powoli buduje atmosferę i chłodny klimat. Jest sporo skupienia na twarzy bohaterki, której intencje początkowo wydają się jasne. Przynajmniej przez pierwsze 20-30 minut, ALE potem zaczynają się poważne kwestie. Manipulacja, nadużywanie władzy, szantaż, wręcz obsesja wobec nowego więźnia – Moller bardzo powoli podkręca atmosferę. Eva od początku niemal idzie na konfrontację z Mikkelem: od odmowy wręczenia papierosów przez wrobienie go w narkotyki aż do fizycznego ataku. Jednak w tym momencie ich relacja zaczyna się komplikować i nie wiadomo, kto tu jest ofiarą, a kto katem oraz kto tak naprawdę manipuluje. Eva coraz bardziej zaczyna pokazywać swoje ciemniejsze, nieznane sobie wcześniej oblicze. Te momenty była dla mnie najciekawsze w całym filmie.

Problem w tym, że napięcie działało jak sinusoida. Raz potrafiło mocno przytrzymać na skraju fotela (przeprowadzenie rewizji osobistej, odmowa wręczenia więźniowi papierosów czy wizyta w domu matki), ale potem potrafiło nagle osłabnąć. Sama historia oscylowała na granicy prawdopodobieństwa (podrzucenie narkotyków i noża, załatwienie przepustki), niemniej pozostawia z mocnym zakończeniem, pokazującym jak łatwo można zarazić się złem i jak łatwo można znieczulić się przez nie.

Niemniej „Ukryty motyw” potrafi działać dzięki mocnej oraz wyciszonej roli Sidse Babett Knudsen. Jej Eva początkowo sprawia wrażenie bardzo sympatycznej, choć zdystansowanej od innych strażniczki. Ale z pojawieniem się Mikkela coś zaczyna się dziać – widać nerwowość w spojrzeniu, mówi mniej pewnie, a wzrok pozornie wydaje się skupiony. Ta sprzeczność daje emocjonalną reakcję i aktorka dźwiga na swoich barkach całość aż do ostatniej sceny. Równie mocny jest Sebastian Bull jako twardy, brutalny, szorstki Mikkel. Czy naprawdę jest takim bezwzględnym osiłkiem, ale potem znowu pokazuje się z innej strony – manipulanta, cwaniaka oraz (przy scenach z matką) o wiele delikatniejszego, choć może to była maska. Warto też wyróżnić mocnego Dara Salima jako naczelnika oddziału o zaostrzonym rygorze, Ramiego.

„Ukryty motyw” nie jest aż tak gęsty i intensywny jak poprzedni film Mollera „Winni”. Niemniej pozostaje ciekawym thrillerem psychologicznym o tym, jak łatwo można zarazić się złem. Zdarzają się pewne drobne niewiarygodności i naciągane momenty, ale broni się mocnym aktorstwem oraz bardzo chłodną atmosferą.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Winni

Ile razy zdarza się wam widzieć na ekranie tytuł, gdzie w zasadzie mamy tylko jednego (no może dwóch bohaterów) w jakiejś ograniczonej przestrzeni? Ostatnio takich filmów było wiele: „127 godzin”, „Pogrzebany”, „Locke”. Do tego grona wpisuje się także duński thriller debiutującego na ekranie Gustava Mollera „Winni”.

Poznajcie Asgera – to już niemłody policjant, który pracuje jako dyspozytor linii 112. Wiadomo, telefon goni telefon, choć czasami zdarzają się wezwania troszkę nieadekwatne do sytuacji. I tak w zasadzie po kilka godzin dziennie. I właśnie powoli kończy się ostatni dyżur, bo już wkrótce nasz gliniarz ma wrócić do patrolowania ulic. Wtedy dostaje dość niepokojący telefon, zaś między słowami bohater dochodzi do wniosku, że kobieta została porwana. Połączenie jednak zostaje zerwane.

winni2

Reżyser postawił sobie za cel skupienie się na Asgerze oraz jego podejściu do całej sprawy. Ale jak utrzymać widza w napięciu przez niemal półtorej godziny, jeśli cały czas jesteśmy w dyspozytorni? Żadnych przebitek, żadnych retrospekcji, żadnych zmian lokacji, do tego kamera niemal jest przyklejona do twarzy naszego gliniarza. I ku mojemu zdumieniu to działa. Udźwiękowienie jest tak dokładne i precyzyjne, że niemal „widziałem” to, o czym się tu mówi. Jeżdżące samochody, otwierane drzwi, jakieś sapanie, dyszenie, jęki i to pomaga w budowaniu napięcia. Powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy układanki, a poczucie dyskomfortu wywołuje tutaj cisza. Albo inny telefon, który wybija z rytmu i równowagi. To jest tylko jeden haczyk, bo drugim jest tajemnica związana z Asgerem. Bo nasz gliniarz ma coś za uszami i odkrywamy, że został tutaj przeniesiony niejako karnie, zaś w tle jest jakiś proces. Te dwa haczyki działają, serwując po drodze kolejne wolty, zmuszające do weryfikacji wszystkiego, co wiemy. I to powoduje, że ten niemal ekstremalny minimalizm funkcjonuje bez poważnych spięć. Aż chce się wsiąkać ten klimat jak gąbkę.

winni1

Wszystko to jednak nie zadziałoby, gdyby nie dwa istotne detale: udźwiękowienie oraz kreacja Jacoba Cerdregena. Aktor miał bardzo trudne zadanie jako Asger, by z jednej strony wszelkie emocje utrzymać na wodzy, ale z drugiej intryguje, zastanawia i parę razy puszczają nerwy. Na twarzy malują mu się wszelkie emocje, niemal czuć spore brzemię, jakie na sobie dźwiga i coraz bardziej zaczyna „wariować” na punkcie tej sprawy. Reszta postaci (poza kolegami z pracy) tak naprawdę jest tylko obecna głosowo, ale i tak mocno zapadają w pamięć, co jest sporą sztuką.

Jak widać koncepcja filmowego one man show (dosłownie i w przenośni) nadal potrafi zaintrygować i wciągnąć. „Winni” są konsekwentnie wyreżyserowani, trzymają mocno za gardło, niejako dostarczając dużo rozrywki. Dawno nie widziałem tak mocnego dreszczowca wykorzystującego tak niewiele środków.

7,5/10 

Radosław Ostrowski