
Zespół Hey to jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek na polskim rynku. Zaczęło się od mocnego rocka w stylu grunge, by przez ostatnie lata poflirtować z elektroniką. I w zasadzie wiadomo, że każdy album to będzie wydarzenie, powalające wszystko inne dookoła. Czy naprawdę tak jest?
„Błysk” wyprodukowany przez Marcina Borsa kontynuuje ścieżkę rozpoczętą przez „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!”, czyli flirtu gitary z elektroniką. Jednak całość jest bardziej zwarta, bardziej melodyjna i przystępniejsza w odbiorze niż poprzednicy. Otwierający całość utwór tytułowy jest pozornie spokojniejszy, delikatnie uderza perkusja, w tle gra bas z klawiszami, a Nosowska bardziej melorecytuje niż śpiewa, opowiadając o… końcu świata, spowodowanym błyskiem. „Szum” już bardziej przypomina znajome podwórko – „klaskana” perkusja, szumiąca elektronika i śpiewająca Nosowska. A im dalej, tym spokojniej i – wydawałoby się – potencjalnie przebojowo. Powoli zmienia się to przy singlowym „Prędko, prędzej”, gdzie wszystko zaczyna pulsować już od pierwszej sekundy, a w środku dostajemy ostrzejszy riff. Niepokojący bas w „2015”, przypomina troszkę „Polskę” Kultu, by potem zmienić aurę i rytm w bardziej marszowy, z rock’n’rollową gitarą. Podobnie zagadkowe jest „Dalej”, które zaczyna się od krótkich, ale mocnych wejść fortepianu, by skręcić w odrobinę dyskotekowe bity z lat 80, zmieszane z szybkimi riffami.
Można odnieść wrażenie, że dostajemy powtórkę z rozrywki, jednak zespół gra troszkę inaczej. Nie znaczy, że zabrakło odrobiny szaleństwa („Hej hej hej”, gdzie w tle dzieją się kosmiczne dźwięki elektroniki), ale niczego nowego tutaj nie dostajemy. Zabrakło mi tutaj jakiegoś mocnego kopniaka, a teksty Nosowskiej jak zawsze dają do myślenia i po którym odsłuchu sensy oraz frazy stają się zrozumiałe.
„Błysk” to po prostu kolejny album Hey. Jeśli jesteście fanami, kupicie w ciemno, a jeśli nie, wątpię, żebyście się już do niego przekonali. Dla mnie to intrygujące dzieło, ale czegoś mi tu zabrakło. Sam nie wiem czego.
7/10
Radosław Ostrowski

