Sukcesja – seria 1

Historia ta znana jest od czasów Williama Szekspira. Stary władca wielkiego imperium nie chce, ale musi wyznaczyć następcę. Ewentualnie podzielić swoje królestwo między liczne potomstwo. Zaczynają się intrygi, różne podchody oraz koalicje, bo ojciec nie podejmuje decyzji. Zupełnie jakby nie wierzył w ich talent i sam chciałby rządzić jak najdłużej. Brzmi jak przerobiona wersja “Króla Leara”? Poniekąd czymś takim jest “Sukcesja”, czyli kolejny, interesujący serial stacji HBO.

Lear nazywa się Logan Roy, zaś jego imperium to sieć mediów Waystar, będącą potężną korporacją. Tylko kto ma ją przejąć? Bardzo ambitny Kendall, trzymający się z daleka od miasta Connor, bardzo imprezowy i niedojrzały Roman czy skupiona na polityce Siobhan? Wybór wydaje się być oczywisty, a jest nim Kendall. Ale podczas urodzin Logan zmienia zdanie i chce dalej kierować firmą, mało tego chce dać decydujący głos w zarządzie swojej trzeciej żonie. To nie bardzo podoba się rodzeństwu, doprowadzając do walki.

Za “Sukcesję” odpowiada scenarzysta Jesse Armstrong, który w bardzo krzywym (choć czy na pewno?) zwierciadle pokazuje walkę o władzę zamożnego rodu. Familii, gdzie niemal od początku każde z dzieci było “tresowane” do walki. Dzieci otoczone w świecie, gdzie by wygrać, trzeba grać ostro, nieczysto oraz mieć bardzo twardy kręgosłup. I silną wolę walki, a każda sytuacja (podpisanie dokumentu, przeprowadzenie zakupu czy rozmowa o awansie) może być częścią poważnego sprawdzianu. Dlatego bohaterowie tak rzadko sobie pozwalają na pokazanie swoich prawdziwych emocji, bo może to zostać wykorzystane przeciwko nim. Rodzina – coś, co powinno cementować i budować silne więzy – tak naprawdę to potencjalni wrogowie, którzy mogą wykorzystać każdą szansę na poprawę swojej pozycji. A jeśli są jakieś próby załagodzenia sytuacji (terapia rodzinna), okazuje się tylko pozorem, grą dla poprawy medialnego wizerunku. Dlatego prawdziwych intencji trzeba szukać między wierszami, w mowie ciała, co zmusza do uważniejszego oglądania. Nawet jak pojawia się humor, jest on bardzo smolisty, złośliwy oraz pełen bluzgów.

“Sukcesja” może wydawać się czymś abstrakcyjnym, jakimś zmyślonym światem wyższych sfer. Problem jednak w tym, że są to ludzie odpowiedzialni za tworzenie wizji naszej rzeczywistości. Jak ktoś zalezie im za skórę, zostanie zgnojony i obsmarowany w mediach. Chociaż ten wątek wydaje się tylko zaznaczony i obecny gdzieś w tle (senator pragnący zniszczyć Roya), a władzę sprawują ludzie niekompetentni, z wybujałym ego oraz małostkowi. Dlatego czasem ten śmiech potrafi stanąć w gardle, pokazując ludzi zdegenerowanych, cynicznych, świetnie maskujących swoje prawdziwe ja. To potrafi czasem zaboleć, zaś finał brutalnie pokazuje, że w tej walce nie ma żadnych granic. Wszystko to podparte świetną realizacją, pozornie wyglądającą jak dokument. Kamera w ciągłym ruchu, gwałtowne zbliżenia czy mieszająca muzykę klasyczną z rapem ścieżka dźwiękowa.

No i jak to jest absolutnie fantastycznie zagrane. Po prostu palce lizać. Każdy z aktorów wchodzi na wyższy poziom, tworząc bardzo złożone postacie. Nie ważne, czy jest to bardzo bezwzględny oraz ostry ojciec (cudownie “brudny” Brian Cox), będący dużym dzieckiem Roman (kradnący każdą scenę Kieran Culkin) czy pozornie będącą w cieniu Shiv (zjawiskowa Sarah Snook). Są tutaj dwie postacie, które potrafiły we mnie wzbudzić pozytywne emocje, co kompletnie mnie zaskoczyło. Pierwszą jest Kendall grany przez Jeremy’ego Stronga. Facet chce być jak ojciec i chce mu zaimponować, próbując grać ostro, korzystając także ze sprytu, jednak tak naprawdę skrywa się zakompleksiony, słaby mężczyzna. Każda próba rozmowy z ojcem zmienia go w osobę niepewną, przerażoną jakby pozbawioną troszkę jaj. Było mi go żal, a jednocześnie bardzo mu kibicowałem. Drugą postacią jest wrzuconą do tego świata kuzyn Greg, czyli Nicholas Braun. I jest to postać trudna do rozgryzienia: taki leniwy idiota, który przez wszystkich robi za popychadło. Jednocześnie chyba zaczyna stopniowo odkrywać reguły gry tego świata, mogąc w przyszłości odegrać jeszcze istotną rolę.

Jeśli lubicie “House of Cards” czy “Grę o tron”, skupiając się na odkrywaniu intryg oraz relacji między postaciami, to serial Jesse’ego Armstronga jest propozycją dla Was. Komediodramat z czarnym humorem, ciętymi dialogami, ostrym spojrzeniem na świat współczesnej arystokracji oraz rzadkimi chwilami poruszenia. Nie mogę się doczekać ciągu dalszego tej wojny.

8/10

Radosław Ostrowski

Spotkanie

Walter Vale od wielu lat mieszka w Connecticut, gdzie pracuje jako wykładowca akademicki. Mieszka sam, próbuje nauczyć się gry na fortepianie (umiała to jego zmarła żona) – taki zwykły szaraczek, znużony i zmęczony życiem. Więc niechętnie zgadza się na przyjazd do Nowego Jorku na konferencję naukową. Tym większe jest jego zdumienie, gdy odkrywa, iż jego nowojorskie mieszkanie zostało już zamieszkane. Lokatorami jest młode małżeństwo nielegalnych imigrantów – Tarek i Zainab. Pozwala im zamieszkać, co ma mocny wpływ na jego życie.

spotkanie1

Thomas McCarthy jest jednym z uważnych obserwatorów codziennego życia ludzkiego. Potwierdził to debiutanckim „Dróżnikiem” i kolejnymi tytułami, gdzie pozorny brak tempa pozwala uważniej przyglądać się ludziom oraz ich życiu. Tu mamy powtórkę schematu z debiutu – skryty i nieufny człowiek poznaje obcych sobie ludzi, którzy wnoszą kolor do swojego życia i zmuszają do przewartościowania pewnych rzeczy. Nie inaczej jest tutaj, tylko ze tutaj tymi innymi są imigranci, marzący o stabilizacji oraz spokojnym bytowaniu w USA. W czasach, gdy ciągle mówi się o terroryzmie, a inność wywołuje strach, przerażenie, nienawiść. Czy w takiej sytuacji jest szansa na przeskoczenie tych barier? Tutaj reżyser pokazuje dwie ścieżki – empatia oraz muzyka. Życzliwość nie kosztuje byt wiele, chociaż dla wielu osób może być ciężkim wysiłkiem, a muzyka jest językiem międzynarodowym, zrozumiałym dla całej ludzkości, nawet jeśli jest to afrykański bębenek. To pozwala wejść w kompletnie inny, ale tak bardzo znany świat. Ta interakcja ubarwia i wnosi sporo ciepła do filmu, aż do punktu krytycznego – aresztowania Tareka.

spotkanie2

Wtedy następuje brutalna konfrontacja z zimnym światem urzędnika, dla którego człowiek jest kartką papieru, numer w ewidencji, nikim. Chłodne pomieszczenia, niemal mechaniczne odpowiedzi człowieka za okienkiem, to budzi poczucie strachu i bezsilności. Mimo tych zdarzeń, reżyser nie porzuca bohaterów, sympatyzuje z nimi i daje nadzieję. Na nowy początek, może na nową miłość, nowe życie. A od czego to zależy? Przesłanie jest proste, ale brzmi wiarygodnie, bez fałszu.

spotkanie3

Pewna ręka McCarthy’ego jest bardo widoczna w grze aktorskiej. I po raz pierwszy w główniej roli ma szansę wykazania się Richard Jenkins – aktor charakterystyczny, chociaż niepozorny. I taki jest jego Vale – skromny, cichy, wycofany, bardzo powściągliwy. Trudno nazwać to, co robi życiem, raczej jest to wegetacja, zamknięcie w kokonie, a wszystko to pokazuje swoją mową ciała oraz oczami. Wszystko tam widać, tylko trzeba skupić się. Jeszcze warto docenić wcielających się w parę Haaa Sleimana (Tarek) oraz debiutującą Danal Gurirę (Zainab), którzy sprawili wielką przyjemność.

„Spotkanie” to kolejny przykład pozornego, ale pełnego emocji kina, pełnego sympatii i ciepła, chociaż nie unikających trudnych tematów. Każdy z nas musi podjąć walkę o swoje szczęście, chociaż nie ZAWSZE jest to łatwe.

7,5/10

Radosław Ostrowski