Pamiętacie jeszcze te czasy, kiedy czarny kryminał był popularny? Eleganccy detektywi w prochowcach i kapeluszach, którzy odkrywali brudne tajemnice pięknych ludzi z wyższych sfer. Ci panowie swój czas triumfu już mają dawno za sobą, choć przeżywali pewien renesans w latach 70. czy 90. Ale to już nie jest to, nie mniej reżyserzy nie rezygnują z konwencji kina (neo)noir, jak choćby „Osierocony Brooklyn” Edwarda Nortona. Teraz po tą konwencję postanowił sięgnąć irlandzki weteran Neil Jordan, niejako wskrzeszając postać słynnego detektywa, Philipa Marlowe’a.

Tym razem nasz szpicel ma twarz Liama „Napierdalacza” Neesona i żyje w Los Angeles roku 1939. Jak każdy taki cyniczny twardziel prowadzi swoje biuro, czekając na kolejną robotę oraz możliwy zarobek. No i pojawia się kobieta. Zawsze musi być jakaś kobieta w potrzebie, a tym razem jest nią niejaka Clare Cavendish (Diane Kruger). Blondwłosa piękność prosi Marlowe’a o znalezienie jej… kochanka, niejakiego Nico Petersona (Francois Arnaud). Sprawa jest o tyle dziwna, że mężczyzna został… potrącony i przejechany autem przed bramą pewnego elitarnego klubu. Czyli sprawa załatwiona, dając detektywowi najszybciej zarobioną forsę? No niestety, nie. Bo zleceniodawczyni jest absolutnie przekonana, że nieboszczyka widziała. I jak się okaże nie tylko ona będzie chciała go znaleźć.

Dziwny to film, bo na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się być na miejscu. Historia jest odpowiednio skomplikowana, pełna zwrotów akcji oraz wszelkich nieprawdopodobieństw. Są nieźle napisane dialogi, niepozbawione ciętego humoru, samochody, kostiumy oraz scenografia adekwatna do epoki. A jednak coś mi tu nie grało. I to nawet nie chodzi o niespieszne tempo, ale reżyser sam zaczyna gubić się w tym labiryncie. Bo mamy tu i skandal, przemyt towarów, narkotyki, będący na widoku dom publiczny, szołbiznes. Oraz walkę o władzę, haki, koneksje, gdzie liczy się ten sprytniejszy albo silniejszy. Ale nie byłem w stanie się całkowicie zaangażować, jakby było tu za dużo składników w tej zupie. No i zakończenie nie satysfakcjonuje za bardzo.

A nie pomaga w tym wszystkim fakt, że „Detektyw Marlowe” wygląda jak produkcja telewizyjna. Niby Jordan próbuje stylizować na kino z epoki (sceny w biurze z cieniami od zasłon czy konfrontacja w klubie podczas trzeciego aktu), pojawiają się nawet ładne krajobrazy czy otwierający całość widok na Los Angeles, ale efekt jest nieprzekonujący oraz strasznie tani. Zupełnie jakby próbowano maskować niezbyt wysoki budżet. Kamera wydaje się przezroczysta i niemal nieobecna, choć prosiło się o odrobinę ognia.

Sytuację próbują ratować aktorzy i efekt jest różny. Sam Neeson dobrze wygląda ze spluwą (choć prawie jej nie używa) oraz w prochowcu, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że był troszkę za stary do roli Marlowe’a. O wiele lepsze są Diane Kruger (Clare Cavendish) oraz kradnąca scenę Jessica Lange (jej matka), obie będące femme fatale w tej historii, choć ta druga jest o wiele bardziej złośliwa i cyniczna. Równie świetny jest Alan Cumming jako elegancki i elokwentny gangster Lou Hendricks oraz – niemal skrojony do konwencji – Colm Meaney wcielający się w śledczego Berniego Ohlsa. Za to Danny Huston znowu gra Danny’ego Hustona, czyli szemranego typa stojącego za wieloma tajemnicami.

„Detektyw Marlowe” potwierdza tylko, że Neil Jordan jako reżyser swoje najlepsze lata ma już za sobą. Niby wszystko wydaje się być na miejscu i był tu potencjał na naprawdę dobry kawałek kina, ale wszystko zmarnowane zostało przez bardzo średnią realizację, która bardziej pasowałaby na streaming. Zamiast diamentu drobna błyskotka.
5/10
Radosław Ostrowski




