Smolik Grosiak Mioush – Historie

0005NT57H1QLS6GU-C122

Dziś przypada kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego – heroicznej walki o wolność, wbrew wszystkiemu. Obyśmy nigdy więcej nie musieli dokonywać takiego poświęcenia. I jak co roku Muzeum Powstania Warszawskiego z tej okazji wydaje płyty o tej tematyce. Zanim przejdę do tegorocznego wydawnictwa, opowiem o projekcie z zeszłego roku, w którym maczały palce aż trzy osoby.

Andrzej Smolik – kompozytor, producent muzyczny współpracujący m.in. z Wilkami, Krzysztofem Krawczykiem, Noviką. Natalia Grosik – wokalistka zespołu Mikromusic i autorka tekstów obdarzona bardzo delikatnym, ale silnym emocjonalnie wokalem. Miłosz Brocycki – raper z Katowic, nie bojący się eksperymentów z gatunkami. Razem ta trójka stworzyła concept-album “Historie”, opowiadający losy czwórki bohaterów: Ireny, Alunii, Henryka I Danusi. Każda z postaci dostaje po trzy utwory: instrumentalną kompozycję Smolika z wplecionymi wypowiedziami powstańców (te utwory są nazywane “Archiwum”) i piosenek wykonywanych na przemian przez Natalię Grosiak oraz Miousha (wyjątkiem jest “Henryk”, gdzie pod koniec wchodzi raper). Wszystko zaczyna się od “Ireny” z poruszającymi smyczkami w tle, kapitalnie zgranym z bardzo chwytającym za serce wokalem pani Natalii. Dopiero pod koniec pojawiają się trąbki, klaskanie, kompletnie rozsadzając wszelkimi emocjami. Pozostałe piosenki Grosiak są utrzymane w podobnej stylistyce, choć nie zabrakło mieszanki elektroniki z żywymi instrumentami (poruszająca “Alunia” w połowie niemal eksplodują dźwięki, opisująca rozstanie z ukochanym, co “wojnie oświadczył się”), a nawet psychodeliczno-melancholijny “Henryk” z chropowatą perkusją, wręcz “orientalnymi” smyczkami oraz mocno podniszczonym, nieprzyjemnym wokalem I atakującymi smyczkami jazzową “Danusią”.

W przypadku Miousha jest to bardziej surowa mieszanka rytmicznego bitu, elektronicznych sampli, smyczków, fortepianu, dęciaków oraz gitary. Tak jest w niemal agresywnej “Irenie”, perkusyjno-gitarowej “Alunii” (drugie spojrzenie, tym razem mężczyzny), opartym tylko na smyczkach “Henryk” oraz bardziej bazującej na żywych instrumentach “Danusi”.

Siłą są teksty opowiadające o rozstaniu, wygnaniu, samotności, ukrywaniu się oraz zniszczeniu miasta. Nie mówią o tym wprost, ale szyfrowanie jest zrobione w tak czytelny sposób, że nie da się w tym pogubić. Do tego bardzo szeroko wykorzystywana muzyka tworzy prawdziwą petardę. Wobec “Historii” trudno przejść obojętnie, ale nie czuć tutaj pójścia na łatwiznę czy koniunkturalizmu. Spójna opowieść, chwytająca za gardło, szczera i uczciwa.

Radosław Ostrowski

Bovska – Pysk

pysk-b-iext48587067

Sam pseudonim nic mi nie mówił, ale Bovska nie jest debiutantką. Naprawdę nazywa się Magda Grabowska-Wacławek – wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów, grająca na klawiszach. W zeszłym roku namieszała debiutanckim „Kaktusem”, zdobywając nawet nominacje do Fryderyka. Teraz pojawia się następca w postaci „Pysku”, gdzie Bovska znowu odpowiadała za wszystko, wsparta przez Jana Smoczyńskiego.

I znowu jest to szeroko muzyka alternatywna, naszpikowana elektroniką. I to czuć już w kosmicznie brzmiącym „Kosmodronie”, pełnym bardzo przestrzennych dźwięków, echa, przerobionego wokalu w tle. Ale perkusja, delkatnie naznaczająca swoją obecność, rozpędza się w połowie, dając prawdziwego kopa. Tak samo jak nawarstwiający się, pozornie minimalistyczny „Smog, Lastriko” z tak pulsującym bitem, jakbyśmy cofnęli się prawie 30 lat wstecz. Nawet cykające i płynące niczym fale „Ciemno”, gdzie znowu zaskakuje zmienna perkusja oraz w bardziej oszczędnym wcieleniu „Pysk”, w refrenie z intensywniejszą elektroniką oraz mocniejszą perkusją pod koniec. Nawet jeśli całość skręca w stronę 8-bitowych dźwięków (mroczna „Firanka” z przeplatanymi wokalizami), a nawet idzie w konszachty z rapem (psychodeliczny „Wek”), to ciągle przypomina to odwiedzanie Krainy Czarów.

Surrealistyczne dźwięki (przerobiony ksylofon i imitacja mantralnego głosu w „Cyrku”, „tykające” tło w „Nie dzielę na dwa”, agresywniejszy puls w „Autoresecie”), współgra z warstwą tekstową, pełną wieloznaczności, groteski. Więc jeśli za pierwszym razem, nie załapiecie o co chodzi, to jest to stan normalny. Z każdym kolejnym odsłuchem „Pysk” zyskuje na sile, wywracając wszystko do góry nogami. Głosem Bovska uwodzi, czasem melorecytuje, rapuje, a nawet krzyczy. Trudno przejść obojętnie, ale całość jest strawna i „Pysk” poraża. Choć nie wszystko mi się podoba („Autorestart”, „Lubię” i „Haj”), to jednak jest to potężna dawka energetycznego grania popu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kari – I Am Fine

skscykdxwpw4

Ta mieszkająca od lat na Wyspach Brytyjskich wokalistka I producentka ciągle zaskakuje. Już od debiutanckiego “Daddy Says I’m Special” Kari Amirian stała się nowym głosem na polskiej scenie muzyki alternatywnej. Od tego czasu zamieszkała w Leeds i nagrała jeszcze jeden album. Teraz wychodzi trzeci twór, który ma uspokoić wszystkich fanów: „Mam się dobrze”, ale czy na pewno?

I tutaj coraz mocniej czuć mieszankę tego, co było poprzednio – przebojowego popu w wersji alternatywnej, gdzie ciągle czuć skandynawski las. Ale coraz mocniej odzywa się elektronika I skręca to wszystko w kierunku muzyki tanecznej, co zapowiada “Runaway” z zapętlonym wstępem oraz rożnymi przeszkadzajkami, dodającymi dzikiego rytmu. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że słucham odgrzebany album Bjork sprzed lat, tylko bardziej przystępny, pełen brzmień z elektro-popu lat 80.. Nie brakuje i inspiracji Orientem (klawisze oraz imitacja sitaru w “Talk To Me” czy “Sirens”, gdzie weszły niby-flety), perkusyjnych strzałów przeplatanych nakładającymi się wokalami (“Jungle Boy”), dźwiękowymi zabarwieniami trudnymi do opisania, ale tworzącymi ciekawą mozaikę (“Birds of Paradise”).

Fani poprzedniego wcielenie Kari też znajdą coś dla siebie. Jest bardzo rozmarzona, minimalistyczna “Tammy” z cudnym fortepianem oraz rozkręcającą się perkusją, a także finałowa, mieszająca style “Unanswered”. I nawet takie skoczne, szybkie numery jak “War” czy troszkę przypominający OMD “Reason” potrafią zaskoczyć. Więcej wam nie zdradzę, gdyż każdy powinien zapoznać się z “I Am Fine”.

Kari nadal czaruje swoim delikatnym, niemal eterycznym głosem, sklejając wszystko w jedną, spójną całość. I to ma w sobie siłę, nawet jeśli tylko lekko go podnosi. Ta delikatność bardzo silnie łączy się z cała resztą dzieła. Wokalistka zrobiła powolny, ale konsekwentnie poprowadzony krok do przodu. Osobiście wolę Kari z poprzednich płyt, jednak to nowe, bardziej taneczne oblicze nie wywołuje szoku czy konsternacji i parkiety będą szalały.

8/10

Radosław Ostrowski

London Grammar – If You Wait

London_Grammar_-_If_You_Wait

O tym triu – jak w większości sytuacji – usłyszałem przypadkowo, lecz nie miałem wtedy czasu ani możliwości przyjrzeniu się bliżej tej grupie z Brytanii. Tworzą ją znajomi ze studiów: wokalistka Hannah Reid, gitarzysta Dan Rotherman i klawiszowiec Dominic Major, a nazwa London Grammar istnieje od 2009 roku. A swój pierwszy album wydali 4 lata temu, podbijając świat. Czy zasłużenie?

Brzmienie to bardzo delikatny, bardzo wymarzony pop pełen zgrabnej elektroniki. Zaczyna całość powoli rozkręcający się “Hey Now” z odbijającą się niczym echo perkusją oraz duchem elektropopu z lat 80. (nawet gitara brzmi jakby z tamtego okresu pochodziła). Równie wyciszony jest “Stay Awake” z bardzo rozmarzoną elektroniką, a wszystko zmienia przyspieszająca perkusja, rozpędzając cale towarzystwo I gwałtownie się kończąc. Ładniej się robi przy gitarowo-pianistycznym “Shyer” oraz bardziej tanecznym “Wasting My Young Years”, choć można odnieść wrażenie, iż piosenki zlewają się ze sobą, tworząc spójny klimat, znany choćby z dokonań The xx (cudny cover “Nightcall”).

Jednak pojawiają się utwory wybijające się z tego monotonnego (ale ładnego) świata. Taki jest przestrzenny “Strong” z pulsującą elektroniką, idący w stronę trip-hopu “Metal & Dust”, przebojowy “Darling Are You Gonna Live Me” z barwnymi perkusjonaliami w tle czy nagrany z Disclosure taneczny “Help Me Lose My Mind”. Nie wywołuje to zgrzytu z resztą wydawnictwa, przez co odbiór jest naprawdę przyjemny.

Panowie grają bardzo delikatnie i ciepło, ale uwagę skupia niesamowity wokal pani Reid, który troszkę przypomina Florence Welsh, tylko młodszy oraz mniej ekspresyjny. Wykorzystuje go w taki sposób, że każdy utwór (dzięki niej) jest w stanie zapaść w pamięć, chwyta za serce, zostając na dłużej. Wersja deluxe debiutu zawiera aż 17 piosenek, co dla wielu może być ciężką barierą. Jednak warto się skusić i dać się zanurzyć w tym klimatycznym dziele, po warunkiem, że poczekacie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Paula i Karol – Our Town

0006LNARNLY2G47M-C122

Czy w Polsce można grać muzykę folkową? Odpowiedź jest bardzo prosta: tak, jeśli się chce. Tak od kilku lat się chce duetowi Paula i Karol, który tworzą – co chyba nie będzie żadnym zaskoczeniem – Paula Bialski i Karol Strzemieczny. I po dość krótkiej (bo dwuletniej) przerwie powracają, by zaprosić do swojego miasta. Bo tak też się nazywa nowe wydawnictwo – „Our Town”.

I jest to wędrówka pełna bogatych dźwięków, co nie chcą się wcisnąć w żadną szufladkę. Otwierający całość singlowy „Rocky” daje pozytywnego kopniaka, który działa szybko. Ta płynąca gitara i niemal „tańcząca” perkusja z klawiszami wzięty z jakiegoś starego komputera z lat 80. (nie jestem w stanie powiedzieć jakiego) daje bardzo uzależniającą mieszankę. Ale już „Heart Is A Force” uderza swoim spokojem, przynajmniej na początku, bo głosy odbijają się niczym echo, wsparte jedynie przez fortepian. To jednak tylko zasłona dymna, bo tempo przyspiesza i atakuje bardzo „ciepłą” elektroniką, by na finał wyciszyć się z gitarą. Nie mogło zabraknąć folkowej gitary akustycznej (westernowe „My Friends” i przyjemne „Lost But Not Forgotten” z cymbałkami w tle), bardzo lekkiej elektrycznej („Calling Sun”) czy zahaczeń o nowofalowe dźwięki punka (utwór tytułowy, gdzie metaliczny bas i elektroniczna perkusja robi robotę), a nawet bardzo subtelnego rock’n’rolla („Check Me Out”).

Do tego uderzyło mnie, jak mocno są zgrane głosy duetu. Tak naprawdę jakby to była jedna osoba wykonywała, a to w duetach nie zawsze się zdarza. Nawet jeśli słychać pewne różnice w głosach, to czuć bardzo silną chemię między tą dwójką.

Każdy utwór wydaje się dźwiękową miniaturą, która zaczyna powoli sklejać się w jedną historię, wciągającą i angażującą do ostatniego dźwięku. Dawno nie czerpałem frajdy z takiego oszczędnego i pogodnego brzmienia. Jeżeli macie doła, czujecie się przygnębieni i wszystko wydaje się do bani, wycieczka do „Our Town” pozwoli doładować baterie oraz da takiej dawki energii, ze będziecie chcieli zrobić wszystko.

8/10

Radosław Ostrowski

Future Islands – The Far Field

Future_islands_the_far_field

Brytyjska wytwórnia 4AD coraz lepiej rozwija swoją działalność w tworzeniu muzyki elektronicznej, ale też mieszanki dźwięków syntezatorowych z gitarami. Tym razem pod swoje skrzydła wzięła amerykańskie trio Future Islands, grające synthpopowe dźwięki. Na swoim piątym albumie, grupa pod wodzą wokalisty Samuela Herringa, nie zmienia kierunku swojego grania. Ale czy na pewno?

Lata 80. czuć garściami, ale mają tutaj różne oblicza jak w niemal sennym „Aladdinie” z ciepłymi klawiszami oraz wybijającym się basem, a całość troszkę przypomina dźwięki OMD. Równie rozmarzony (i z tamburynem) wybrzmiewa niemal taneczny „Time On Her Side”, który w refrenie się rozkręca, bujając po całości (i zgrabnie wplecione dęciaki). Nawet jeśli początek brzmi jak spuszczanie powietrza z balonu („Ran”), nadrabia to dobrym rytmem oraz zgraniem sekcji rytmicznej w dynamicznym refrenie. Tak też jest w przypadku „Beauty of the Road” – równie czarującego elektroniką zmieszaną z nietypowo odjechaną perkusją czy mrocznym „Cave” z „atomowymi” klawiszami i niepokojącymi dźwiękami tła. Nie boją się także skręcić w stronę new romantic (śliczne „Through the Roses” czy płynąca ballada „Candles”), ale i tak całość ma spory potencjał przebojowy (lekki „North Star” czy „Shadows” z gościnnym udziałem Debbie Harry).

Wszystko to brzmi płynnie, lekko, wręcz radiowo, ale jednocześnie jest spójne i klimatyczne. Gitara spina się z elektroniką w jeden, skoczny taniec trwający do samego końca. Problemem dla wielu może być wokal Herringa – bardzo niski, niemal niezauważalny, ale czasami drażniący swoją manierą (troszkę taki młodszy i „chudszy” Cugowski). Na szczęście można się do tego głosu przyzwyczaić, co nie jest zbyt problematyczne.

„The Far Field” jest przyjemnym i bardzo chłonnym dziełem Future Islands, czerpiącym garściami ze stylistyki lat 80., ale nie jest tylko imitacją. Zgrabne, stylowe, lekkie w odbiorze, ale zostaje na dłużej.

7/10

Radosław Ostrowski

Slowdive – Slowdive

Slowdive_Album_2017

Brytyjska formacja Slowdive była strasznie popularna w latach 90., ale potem doszło do rozpadu. I dopiero trzy lata temu kwintet pod wodzą Neila Halsteada zszedł się znowu. Więc trzeba było czekać ponad 20 lat na nowe wydawnictwo. Pytanie: gra na sentymentach i skok na kasę od fanów czy coś absolutnie ciekawego? Trzeba poznać odpowiedź.

Piosenek jest tylko osiem, ale jak wiadomo, liczy się jakość. I długość, bo są tu ponad 5-minutowe kompozycje. Niby rozmarzone, lekko psychodeliczne, ale potrafiące zarazić swoim pięknem. Taki jest „Slomo”, pełen odrobinę ambientowego tła oraz zapętlonej gitary (skojarzenia z Explosions in The Sky uzasadnione), wspartej przez sekcję rytmiczną, budującej kojącą aurę. A gdy dochodzą jeszcze skrzypce, magia trwa i trwa mać. Dopiero po dwóch minutach wchodzi wokal Halsteada – jakby nieobecny, odbijający się niczym echo i niewyraźny, wspierany przez Rachel Goswell. Jest delikatnie, wręcz kraina łagodności. Bardziej nieprzyjemnie jest przy „Star Roving” z nakładającymi gitarami, przynajmniej na początku, gdyż w połowie mocniej odzywa się przyjemne tło (ładna wokaliza, delikatniejsze dźwięki instrumentów, powoli rozkręcające się). Przyspieszenie następuje w „Don’t Know Why”, jednak klimat się nie zmienia, dając spore pole do popisu dla elektroniki oraz cofniętej do roli tła gitary.

Spokój przychodzi dopiero przy „Sugar for the Pill”, gdzie konsekwentnie budowany jest klimat ocierający się troszkę o bardziej gitarowe new romantic. Podobnie jest z niemal akustycznym „Everyone Knows” (gitara elektryczna odzywała się tylko w zwrotkach) oraz „No Longer Making Time” (piękny dwugłos oraz bardzo dynamiczny finał). Czasami pojawiają się pewne drobne detale (metaliczny i gruby bas w „Go Get It”, mocniejsza perkusja w „No Longer Making Time”, fortepian w „Falling Ashes”), które pozwalają wyróżnić poszczególne utwory od siebie, jednak tak naprawdę nie jest to potrzebne. Wszystko trzyma bardzo spójny klimat, tylko trzeba znaleźć chwilę na rozluźnienie. A na finał dostajemy mocnego kopniaka w postaci „Falling Ashes”, który zaczyna się bardzo spokojnym mariażem fortepianu (tykającego niczym zegar) z gitarą, gdzie obydwa wokale zespalają się ze sobą. Niby to oszczędne, minimalistyczne, ale czuć moc.

„Slowdive” intryguje, konsekwentnie buduje klimat i dalej robi swoje. Dla wielu może to być zbyt spokojna i monotonna muzyka, ale ja ją absolutnie kupuje. Wszystko jest tu ze sobą powiązane, spójne i robiące dobrą robotę. Może zabrakło jakiegoś mocnego kopa, jednak jest to zbyt dobrze zrobione, by przejść obojętnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Andrea Schroeder – Void

Void

Rzadko pojawia się tutaj muzyka z Niemiec, jakby była ona czymś zakazanym, niebezpiecznym i niewskazanym. Ale od każdej reguły jest wyjątek w postaci coraz bardziej wybijającą się gwiazdą jaką jest Andrea Schroeder, którą porównuje się do samej Marleny Dietrich. Druga płyta „Where The Wild Oceans End” sprzed trzech lat zmiotła i wprawiła mnie w zakłopotanie, a w zeszłym roku pojawił się album numer 3 pod bardzo wprawiającym w zakłopotanie tytułem „Void” (pustka).

Tym razem od strony produkcji (poza samą Schoreder) włączył się szwedzki muzyk Ulf Ivarsson, bardziej znany jako Thåström i Sivert Höyem. Tym razem jest bardziej mrocznie i niepokojąco, co czuć w tytułowym openerze. Pozornie delikatny rytm perkusyjny jest skontrastowany z mechaniczną gitarą oraz ciężką, niemal organową elektroniką tak przesterowaną, że mógł to zagrać Nick Cave na początku swojej ścieżki muzycznej. I nawet wplecione delikatne cymbałki nie były w stanie zmienić niepokojącej aury. A im dalej w las, tym intensywniej przebija się mrok, przyprawiony melancholią jak w lekko knajpiarskim „Black Sky” (tutaj fortepian z akustycznymi gitarami robi furorę), szorstko-psychodelicznym „Burden” z nieprzyjemnym smyczkiem czy powoli budujące klimat niemal marynarskie (to przez coś, co brzmi jak akordeon w tle) „My Skin Is Like Fire”, gdzie pod koniec dobijają się smyczki.

Ale to nie znaczy, że jest to nudne brzmienie, gdyż parę razy dochodzi do nietypowych połączeń. Ciężka, wręcz metalowa gitara z perkusją połączona w jednym tańcu z płynącym fortepianem („Kingdom”), nagle łagodnieje, pokazując swoje bardziej liryczne oblicze („Little Girl”), nie pozbawiając się szorstkości, mocnych uderzeń perkusji i delikatnego pianina (psychodeliczne „Creatures”), tworząc niepokój oszczędnym aranżem (cave’owe „Was Poe Afraid” czy wręcz depresyjne „Drive Me Home”, zmieniające dynamikę wraz z wejściem perkusji).

I nie można przejść obojętnie wobec głosu samej Andrei – bardzo delikatny, z mocno obecnym akcentem niemieckim, będącym tak naprawdę bardzo atrakcyjną przyprawą podaną do dania głównego. Intryguje, czaruje, ale jest w tym moc oraz głębia, nawet ograniczając się do melorecytacji („Endless Sea”). Znowu to zrobiła – coraz uważniej należy się tej Niemce przyglądać, gdyż chyba spotkałem żeńską wersję Cave’a (równie mroczną).

8,5/10

Radosław Ostrowski

Feist – Pleasure

Pleasure_-_Feist

Ta pochodząca z Kanady dziewczyna z gitarą kazała sześć lat czekać na nowe wydawnictwo. Dałem się zwieść okładce, która zapowiadała bardzo skoczną i barwną muzykę. Jeszcze nigdy tak się nie pomyliłem jak w tym przypadku.

Początek jednak okazał się dla mnie zwodniczy, gdyż tytułowa piosenka wprowadza w bardzo błogi nastrój (ta troszkę niedostrojona gitara i elektroniczne tło), podtrzymywany przez czarujące i zwiewne flety. To jednak tylko kamuflaż, gdyż dalej będzie błogo, niemal spokojnie (może za spokojnie) z brzmieniem jakby ze starej płyty wyciągniętej po latach ze strychu. Tak jest z „I Wish I Didn’t Miss You” (w połowie dochodzi do dziwnego „szumu” głosowego) czy „I’m Not Running Away”, jednak artystka próbuje robić wszystko, by utrzymać nasza uwagę. Dlatego pojawia się tamburyn z perkusją (zmienny „Get Not High, Get Not Low” z coraz głośniejszą perkusją), podnoszący atmosferę bas („Lost Dreams”), mocniejsze wejście gitary (energetyczny „Any Party”, kończący się wspólnym śpiewem oraz… odjeżdżającym samochodem, z radia którego leci „Pleasure”) czy… cykanie świerszczy i potężnie brzmiącego chórku (cudny „A Man Is Not His Song”, gdzie końcówka idzie w stronę cięższego rocka). Dochodzi czasami do głosu delikatna elektronika (półfolkowe „The Wind” z pianistycznym finałem) czy niemal strzelająca perkusja („Century” z gościnnym udziałem Jarvisa Cockera, melorecytującego pod koniec utwory).

To jednak tak naprawdę tylko drobne wyrwy ze spokojnego, wręcz sielskiego klimatu jaki przebija się do samego końca. „Baby Be Simple” może wielu znudzić swoim tempem (sześć minut akustycznej gitary). „I’m Not Running Away” jest troszkę żywsze (gitara elektryczna), ale bez jakiejś ostrej zadymy – taki lżejszy blues. By na sam koniec dodać cudne „Young Up”.

„Pleasure” potrafi dać wiele przyjemności i sporo frajdy z odsłuchu, ale jest jeden warunek: wyciszenie i skupienie. W biegu nie wychwycicie ani jednej melodii. Sama Feist swoim czarująco-eterycznym głosem robi świetną robotę, dopełniając całej reszty. Na rześkie dni w sam raz.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Alexandra Savior – Belladonna of Sadness

Belladonna_of_Sadness

Kolejny debiut, ale tym razem nie z Wysp Brytyjskich, lecz zza wielkiej wody. Ma 22 lata, mieszka w słonecznym Los Angeles (bo tam przecież zawsze świeci słońce), a pierwszy raz o niej usłyszałem, gdy jedna z piosenek „Risk” została wykorzystana w serialu „Detektyw”. Ale dopiero teraz wychodzi jej album pod wiele mówiącym tytułem „Belladonna of Sadness”.

Za produkcję odpowiada James Ford (Haim, Florence + The Machine), a kompozycje są wspólnym dziełem Amerykanki oraz Alexa Turnera (Arctic Monkeys, The Last Shadow Puppets). I czuć tutaj silną inspirację retro popem, ze szczególnym wskazaniem na Russian Red czy Bat for Lashes, ale jednocześnie widać próby mówienia swoim własnym językiem. I czuć to w otwierającym „Mirage”, gdzie mamy delikatną gitarę skontrastowaną z mroczną, choć delikatnie naznaczającą swoją obecnością elektroniką. Jednocześnie czuć tutaj mocno obecnego ducha lat 80. (synth popowe klawisze w „Bones” z szorstkimi gitarami czy minimalistyczna perkusja z chropowatym basem w sennym „Shades”) trzymającego ręka w rękę ze współczesną produkcją, jak w orientalno-perkusyjnym „M.T.M.E.”. Efektem tego jest wiele kojących dźwięków przypominających bardzo piękne sny („Girlie” z cymbałkami, tylko ta gitara pod koniec jakaś dziwna), czasami wywołującymi zmysłowe doznania („Frankie” ze zgraną sekcją rytmiczną i psychodelicznymi klawiszami) czy niemal onirycznego poczucia niepokoju (klawisze w „Audeline”), by znowu ukoić (stylowy „Cupid”)

Całość wyróżnia się bardzo spójnym, mrocznym klimatem, ciągle balansującym między poruszającym snem a koszmarem. Potęgowane jest przez bardzo eteryczny, ale i zmysłowy wokal. Savior magnetyzuje swoją barwę – troszkę dziewczęcą, ale też i dojrzałą. Brzmi to paradoksalnie, ale warto skupić się na dwóch ostatnich utworach – „Vanishing Point” i „Mystery Girl”, by zrozumieć o co chodzi. To tylko dopełnia niesamowitego brzmienia „Belladonna of Sadness” i oczekiwania wobec kolejnej płyty będą jeszcze większe.

8,5/10

Radosław Ostrowski