Daria Zawiałow – A kysz!

0006BHK8EIDEU4YL-C122

Debiut, który miał skupić uwagę słuchaczy w tym roku. Tą dziewczynę do śpiewania ciągłego od małego (a dokładnie „Od przedszkola do Opola”), by przejść do popularnego talent show i konsekwentnie przyłożyć debiutanckim albumem. Wreszcie (po dwóch intrygujących singlach) pojawia się to wydawnictwo, czyli „A kysz!”. Czy to znaczy, ze musimy uciekać?

Producencko Darię wsparł Michał Kush (członek zespołu Cush In Head), a całość napisała Daria oraz gitarzysta Piotr „Rubens” Rubik (nie mylić z tym kompozytorem od klaskania). I na dzień dobry dostajemy dwa, już znane utwory, czyli pobudzający „Malinowy chruśniak”, gdzie dochodzi do mariażu elektroniki z gitarą elektryczną (a jak zobaczycie teledysk, to wam już zostanie w głowie), doprowadzając niemal do implozji oraz „Kundel bury” z kotłami na początku oraz bardzo energetycznym refrenem. Na szczęście, to nie jedyne pociski w arsenale. Nie brakuje fragmentów rozmarzenia („Skupienie” z niemal eterycznym głosem w refrenie), lirycznej intymności (fortepianowe „Miłostki” z niemal dyskotekową perkusją), radiowego potencjału (oparte na harfie „Lwy” z zadziornym refrenem), a nawet folkowego zacięcia (mroczny „Chameleon”).

O dziwo, ta różnorodność robi gigantyczne wrażenie. Nawet pojawia się bardzo klasyczny walczyk („Nie wiem gdzie jestem”) rozpisany na smyczki i fortepian. A im dalej, tym coraz bardziej zaskakuje (trąbki, wokale w refrenie) czy wystrzałowym „Królem lulem”. Daria konsekwentnie opisuje najstarszy temat świata, ale robi to z niezwykłym wyczuciem. Nie brakuje zauroczenia, determinacji, ale i rozczarowania, niepewności, strachu. To wszystko brzmi po prostu wspaniale, a wokal może troszkę przypomina Melę Koteluk czy nawet Brodkę („Król Lul”), ale jest bardziej wyrazista i energiczna.

Ta mieszanka popu, rocka i elektroniki po prostu rozsadza. Pytanie, czy następne dokonania będą tak intensywne, przebojowe i inteligentnie zrobione? Czas pokaże, ale tutaj jest gigantyczny potencjał w tej dziewczynie. O takim debiucie wiele marzy, ale Daria to zrealizowała. Nie uciekać, tylko przytulić.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sarah Blasko – Eternal Return

Sarah_Blasko_Eternal_Return_album_cover

Kolejny ciekawy narybek z Australii. Wokalistka ta do tej pory wydała pięć płyt, a w ręce trafiła ostatnia z nich, wydana dwa lata temu. O Sarze usłyszałem parę lat temu, ale nigdy nie miałem okazji zmierzenia się z jej dorobkiem. Ale czemu by nie zacząć od końca?

Za produkcję „Eternal Return” odpowiada Burke Reid, balansującego między Australią i Kanadą. I jest to bardzo mieszająca to, co niezależne z tym, co mainstreamowe (chociaż granica między jednym a drugim dawno się zatarła). „I’m Ready” to popis perkusyjnych strzałów zmieszanych z odrobinę ambientowym tłem, zaś w refrenie jeszcze dostajemy nasilającą się elektronikę. I te syntezatory są tutaj wykorzystane z głową, troszkę przypominającą lata 80. (rozmarzone „I Wanna Be Your Man” czy tajemnicze „Better With You”), co jest zdecydowanie na plus.

Co nie znaczy, ze reszta instrumentarium to tylko zbędny dodatek. Funkowy bas („I’d Be Lost”) i delikatna perkusja („Maybe This Time”), nawet gitara elektryczna („Luxurious”) też mają co robić, jednak dominuje tutaj syntezator oraz bardzo eteryczny głos Sary, tworzący bardzo mocny i ostry duet. Wystarczy posłuchać czarującego spokojnym rytmem oraz magią „Beyond” czy najbardziej nostalgiczny z tego zestawu „Only One”.

Sięganie po retro elektronikę stało się strasznie modnym zjawiskiem ostatnio, a „Eternal Return” to spójne, niepozbawione odrobiny mroku dzieło, konsekwentnie stawiające na klimat oraz cudownym głosem wsparte. Fani muzyki z lat 80. znajdą tu wiele dla siebie. To czasami wystarczy.

7/10

Radosław Ostrowski

Miss Montreal – Don’t Wake Me Up

miss-montreal-dont-wake-me-up

To moje drugie spotkanie z holenderską wokalistką Roos-Anne Hans, ukrywającą się pod pseudonimem Miss Montreal. Wydany w 2014 roku „Irrational” był dla mnie czymś świeżym oraz ciekawym doświadczeniem. Liczyłem, że „Don’t Wake Me Up” będzie czymś podobnym.

Początek jest tajemniczy – tykanie zegara i budująca mroczny klimat elektronika, do której dołączają odbijające się niczym echo dźwięki smyczka oraz nakładającymi się wokalami w refrenie. I zgodnie z tytułem tego utworu, nie mam nic więcej do powiedzenia. „Nothing Left to Say” chwyta do końca, by dalej zaskoczyć kolejnymi instrumentami wchodzącymi do gry. Jednak tytułowy utwór rozdrażnił mnie swoją popową perkusją oraz dziwacznie przerobioną gitarą na samym początku, ale na dodatek mamy jeszcze mamy irytujące chórki. Koszmarek. Kiedy wydawało się, że gorzej nie będzie pojawia się „What If”, czyli nudna balladka z paskudnym fortepianem i kompletnie pozbawiona jakiegokolwiek pomysłu (gitara brzmi ok, ale to tyle). Dyskotekowy flirt z elektroniką w postaci „One Last Drink” mówiąc wprost nie pasował mi tu w ogóle – głośny, nachalny plastik.

Dlatego tak wielką ulgą dla mnie było folkowe „House Upon the Hill” oraz „Sail”. Od tego momentu zaczyna się lepsza połowa wydawnictwa. Nawet zbyt krzykliwe chórki („Tic Toc”) nie były w stanie mnie wywrócić z równowagi, a na pierwszy plan zaczął się wysuwać fortepian („This Is What It Means”). Wtedy przypomina o sobie początek wydawnictwa w postaci „Love You Now”, które brzmi całkiem nieźle.

„Don’t Wake Me Up” zwyczajnie rozczarowało zbyt plastikowym podejściem do całości. Nawet te folkowe (przyjemne) piosenki dają radę, jednak przez sporą część męczyłem się podczas odsłuchu. Przesłuchać i zapomnieć.

5/10

Radosław Ostrowski

Keren Ann – You’re Gonna Get Love

You're Gonna Get Love

Pochodząca z Izraela Keren Ann Ziegler to mało popularna w naszym kraju wokalistka i autorka piosenek. Do tej pory wydała sześć albumów, a na następne wydawnictwo trzeba było czekać pięć lat. Już sama okładka na tyle mnie zainteresowała, że nie mógłbym odpuścić „You’re Gonna Get Love”. Sami powiedzcie, czy nie wygląda ślicznie?

Od strony producenckiej wsparł artystkę Renaud Letang, współpracujący m.in. z Feist, Lianne La Havas czy Bjork. I jest to mieszanka popu z folkiem, którą wyczuwamy od otwierającego całość tytułowego utworu. Czego tu nie ma? Przyjemnie pulsujący bas, krótkie wejścia gitary oraz płynące smyczki zmieszane z elektroniką. Odrobinę melancholijnie robi się w „Bring Back”, przypominającym troszkę pop z lat 70. (chórki, smyczki, rozbujany bas i zgrana sekcja rytmiczna) oraz w „The Separated Twin”, gdzie cudownie przygrywa gitara akustyczna. Równie ładne jest „Insensible World” z dziwnymi szumami w tle oraz staroświeckimi Hammondami w refrenie. Bas, flet oraz staroświecka elektronika buduje też magiczny klimat w „Where Did You Go?” oraz bardziej przebojowym, pełnym gitar „Easy Money”.  Bardziej niepokojąco jest w pełnym nieprzyjemnej elektroniki „My Man Is Wanted But I Ain’t Gonna Turn Him In”, a „You Knew Me Then” wraca do gitarowej przestrzeni spod znaku Carly Simon.

Ta retro otoczka nie jest tylko i wyłącznie stylizacją. Wokalistka bardzo pasuje do niej ze swoim delikatnym, ale poruszającym wokalem (eteryczne „Again and Again”), aranżacje ciągle zaskakują (smyczek i klawisze w „The River That Swallows All the Rivers”), a teksty nie są tylko banalnymi opowiastkami.  Bardzo przyjemna płyta dająca wiele satysfakcji.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Flo Morrissey & Matthew E. White – Gentlewoman, Ruby Man

Gentlewoman_Ruby_Man

Zdarzają się różnego rodzaju duety, które dzielą czasami tysiące kilometry, ale jak wiadomo, muzyka nie zna granic. I tak jest tutaj: brytyjska wokalistka folkowa Flo Morrissey oraz amerykański muzyk Matthew E. White – każde ze skromnym własnym dorobkiem, postanowili połączyć swoje siły, nagrywając własny album.

Fajny tytuł rzuca się w oczy „Gentlewoman, Ruby Man” i jest to zestaw  z coverami. Ale żeby było ciekawiej, brzmi to niemal jakby te utwory powstały w latach 70., chociaż są tutaj tacy wykonawcy (przerobieni) jak Frank Ocean, James Blake czy Charlotte Gainsbourgh, czyli twórcy bardziej współcześni. Z drugiej strony jest Bee Gees, Leonard Cohen i The Velvet Underground. Zaczyna się bardzo przyjemnym “Look At What The Light Did Now”, gdzie najważniejsza jest tutaj gitara pachnąca troszkę soulem i ciepły fortepian., a w refrenie jak łączą się te głosy ze sobą, to czułem się jak hippis. W podobnym stylu jest liryczne, wręcz intymne „Thinking Bout You” czy bardziej podniosłym „Looking for You”, gdzie wybijają się kotły oraz Moog.

Trudno odmówić rozmarzenia oraz rozbudowanych aranżacji z chórkami w tle („The Colour Is Anything”), wprowadzane są smyczki i staroświecko brzmiący fortepian („Everybody Loves the Sunshine”), pięknie przygrywające klawisze („Grease”) czy elektryczna gitara czasami kojąca („Suzanne”), ale też i grająca z pazurem („Sunday Morning”) czy wręcz surowo (organowe „Heaven Can Wait”). Także finałowy „Govindam” zachwyca nie tylko aranżacją, lecz także zapętleniem melodii i jej przyspieszeniu.

Obydwa głosy brzmią po prostu znakomicie. Zarówno delikatny, wręcz ciepły głos Flo w połączeniu z surowym White’m daje interesujące połączenie. A retro stylistyka dodaje tylko smaczku. Będę jeszcze wracał do „Gentlewoman, Ruby Man”, bo takiej energii oraz ciepła nie słyszałem od bardzo dawna.

8,5/10

Radosław Ostrowski

The xx – I See You

i see you

Pamiętacie takie trio elektroniczne The xx? Grupa kierowana przez Jamiego Smitha coraz bardziej przykuwała fanów elektronicznego, lecz niepozbawionej przebojowości grania. Nie inaczej jest na najnowszy wydawnictwie „I See You”.

Całość otwiera „Dangerous” niczym jakiś retro kawałek. Takie miałem wrażenie, gdy usłyszałem trąbki. Ale zamilkły i na ich miejsce wszedł mechaniczna perkusja oraz dość grubo brzmiący bas, do którego wracają trąbeczki z początku. Wchodzą w refrenie jak w masło, stanowiąc spójny fragment. Raz odsłuchane nie odczepi się od was nigdy. Podobne dźwiękowe wariactwa mamy w „Say Something Loving”, gdzie zostaje zapętlony dźwięk fortepianu przerobiony na gitarę. Wtedy pojawiają się w tle przyjemne pasaże, ładne smyczki oraz oszczędna perkusja. Buja to przyjemnie, niczym piosenka r’n’b, tylko lepsza. Przestrzeń roznosząca dźwięk jest tutaj spora, ale to nic w porównaniu z niesamowitym „Lips”, gdzie wokale Romy Croft, Jamiego Smitha i Olivera Sim na początku są wręcz sakralne, by potem wejść w pięknie przerobione cymbałki, klaskanie oraz lżejszą gitarę.

„A Violente Noise” troszkę skręca pod współczesne house’owe rytmy, jednak jest mniej agresywny niż wskazuje na to tytuł. Nie brakuje też klimatycznych eksperymentów jak w „Performance” (szumiące niczym smyki wejścia gitary z basem) czy skrętów w bardziej taneczne klimaty („Brave for You” czy singlowe „On Hold” z zapętlonym refrenem).

Dziesięć piosenek mija szybko, troszkę za szybko, ale kompozycje zachwycają spójnym, romantycznym klimatem oraz świetnie zgranymi wokalami członków zespołu. I jest to podobny styl jak u poprzednika, chociaż bardziej rozbudowany. Jak tak świetnie zaczyna się rok 2017, to co będzie dalej?

8/10

Radosław Ostrowski

Olafur Arnalds – Island Songs

island-songs-b-iext43305399-500x500

Islandię muzycznie kojarzymy z dziwacznością i melancholią, co jest zasługą takich wykonawców jak Bjork czy Sigur Ros. Do tego grona niejako wpisuje się producent oraz multiinstrumentalista Olafur Arnalds, znany mi jako autor ścieżki dźwiękowej do serialu „Broadchurch”. Tym razem jednak serwuje bardziej stonowany materiał nagrany w siedem tygodni, z siedmioma wykonawcami wspierającymi go (i wszyscy śpiewają po islandzku). I tak narodziło się „Island Songs”.

Muzyka jest tutaj bardzo minimalistyczna, przynajmniej w otwierającym całość „Arbakkinn”. Powoli, w tle przebija się fortepian, towarzyszący recytującemu Einarowi Greggowi Einerssonowi, do którego dołączają potem „łkające” smyczki. Zupełnie inaczej brzmi „1995”, gdzie dominuje… akordeon i jest to kompozycja instrumentalna czy chóralne „Raddir” – tak majestatycznie, jakby się obcowało z tajemnicą. Bardziej elektronikę czuć w stonowanym, lecz pulsującym „Oldurot” współtworzonym przez Atli Olvarssona – chóralno-symfoniczny, z pięknym solo skrzypiec. Zapętlony fortepian z nisko grającymi dęciakami w cichym „Dalurze” czy wreszcie śpiewająca Nanna Bryndis Hilmarsdottir (wokalistka Of Monsters nad Men) w poruszającym, singlowym „Particles” – pozornie nic się nie dzieje, ale jak się porządnie wsłuchać, to nie ma miejsca na nudę.

„Island Songs” to album bardzo kontemplacyjny, stawiający na klimat, nastrój i emocje. Muzyka bardziej idąca w stronę klasycznych brzmień (troszkę podobnie jak Max Richter), ale naznaczona tym charakterystycznym, islandzkim brzmieniem. Właśnie tak muzycznie wygląda zima, więc jeśli tęsknicie za śniegiem i mrozem, wsłuchajcie się w „Island Songs”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

KT Tunstall – KIN

KIN_by_KT_Tunstall

Ta szkocka wokalistka znowu zaskoczyła. Dwa lata temu wydała bardziej folkowy „Invisible Empire // Crescent Moon” i zaplanowała rzucenie muzyki rozrywkowej w cholerę, na rzecz pisania dla filmu. Na szczęście dla fanów, rozmyśliła się i wróciła do studia, by powalczyć nad swoim piątym dziełem, czyli „KIN”.

Za produkcję odpowiada Tony Hoffer (współpraca m.in. z Air, Beckiem, M83, Ladyhawke), więc tym razem niminalistycznego, gitarowego grania nie będzie. A co jest w zamian? Pop zmieszany z rockiem i indie, co czuć już w otwierającym całość chwytliwym „Hard Girls”. Z jednej strony troszkę czuć tutaj echa lat 80. (chropowata elektronika, metaliczny bas), ale jednocześnie jest to zrealizowane tu i teraz (przyjemna, lekka gitara). „Turned a Light On” to bardziej wyciszone i stonowane nagranie, jakiego nie powstydziłby się Beck z ostatniej płyty, czyli jest akustyczne, ale też wzbogacono klawiszami tło. I żeby nie było nudno środek utworu przełamano szybszym rytmem oraz melorecytującym wokalem KT, nakładającym się na siebie. Delikatną zmianę dynamiki daje singlowy „Maybe It’s a Good Thing”, gdzie znowu wybija się szybsza, folkowa gitara oraz zapętlone wokalizy w tle niczym wycie wilka. Podobnie rzecz ma się z „Evil Eye”, przypominającym troszkę „Hold On” sprzed 6 lat.

Chwila spokoju i wyciszenia pojawia się dopiero w utworze nr 6, czyli „On My Star”. Łagodne tempo, delikatna trąbka w tle oraz rozmarzony wokal – piękne jak diabli. Tak samo świetny jest duet z Jamesem Bayem, czyli „Two Way” z pobrudzoną i agresywniejszą gitarą. Bardziej energetyczne jest „Run on Home”, gdzie wracamy do stylistyki indie pop/rocka (gitara, chórki, łagodna elektronika), by potem ukoić tytułowym utworem, gdzie najważniejsze są smyczki.

Cóż mogę powiedzieć? „KIN” to, mimo spokojniejszych fragmentów, bardzo pogodna, przebojowa, ale nie plastikowe dzieło spod znaku indie. Sama Tunstall też czaruje swoim nietuzinkowym głosem, bez irytacji i egzaltacji. Na tą porę roku, to taki energetyczny zastrzyk byłby nawet wskazany. Naprawdę przyjemne dzieło.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lisa Hannigan – At Swim

Lisahanniganatswim

Ta irlandzka wokalistka oraz autorka piosenek zaczynała swoja karierę jako członkini zespołu Damiena Rice’a, jednak od wielu lat działa na własną rękę. Z dobrym skutkiem, wydając do tej pory dwie płyty studyjne. Po pięciu latach przerwy powraca z albumem nr 3, gdzie od strony produkcyjnej wsparł ją Aaron Dessner – basista zespołu The National.

I od samego początku czuć tutaj bardziej folkowe brzmienie, wsparte przez gitarę elektryczną. Tak jest choćby w otwierającym całość „Fall”, gdzie gitara elektryczna tworzy mroczne tło. Jednak nie tylko gitary mają tutaj coś do powiedzenia. Swoje też robi fortepian w bardziej lirycznym, przestrzennym „Prayer for the Dying”, smyczki w przeuroczym „Snow” (głos Lisy tutaj troszkę przypomina Passengera), łamana, nieoczywista perkusja w pozornie spokojnym „Lo” czy wplecione elektroniczne wstawki w dziwacznym „Undertow”. Spokojny, wręcz senny klimat towarzyszy nam do samego końca, jednak nie jest to żadna wada tego albumu. Stonowana aranżacja może wielu znużyć i zmęczyć, ale wszystko jest zrobione w sposób spójny, klimatyczny oraz pomysłowy. Wystarczy posłuchać „Orę”, gdzie mamy przeplatane wokalizy zgrane z organami, „We, The Drowned” z przewodzącym fortepianem, niepokojącymi uderzeniami perkusji czy wykorzystująca akordeon ze smyczkami „Tender” (klimatem troszkę przypomina dokonania Agnes Obel).

Sama Lisa ma głos bardzo leciutki i bardzo delikatny, niczym wiaterek unoszący piórko, nigdy nie popada w (nad)ekspresję. Ale ciągle intryguje, wciąga cię do swojego świata niczym Marissa Nadler. I to skojarzenie (podobieństwo) nie jest w żadnym wypadku wadą, gdyż Lisa podąża własnym głosem. I jeśli połączymy to z niegłupimi tekstami oraz pewną produkcją, dostaniemy jeden z bardziej klimatycznych albumów folkowych ostatnich lat. Nawet jeśli jest to bardzo niezależne granie.

8/10

Radosław Ostrowski

Regina Spektor – Remember Us to Life (deluxe edition)

RememberUsToLife

Ta mieszkająca w Stanach Zjednoczonych wokalistka z rosyjskimi korzeniami to jedna z wyrazistszych postaci sceny niezależnej. Usłyszałem o niej dzięki filmowi „500 dni miłości”, gdzie wykorzystano dwa utwory – „Us” i „Hero”. Także poprzedni, szósty album „What We Sam from The Cheap Seats” zrobił na mnie duże wrażenie. To było jednak cztery lata temu i ciekawe, czy Regina nadal trzyma formę.

Już otwierający całość „Bleeding Heart” zapowiada zmiany oraz flirt z elektroniką, chociaż podstawą pozostaje fortepian, a nad wszystkim unosi się duch lat 80., by pod koniec zaatakować mocniejszymi uderzeniami i agresywnymi syntezatorami (na krótko). Powrót do korzeni czuć przy skoczniejszym „Older and Tailer”, gdzie przewijają się ładnie grające smyczki, a fortepian wyznacza tempo – w refrenie dodatkowo czuć uderzenia smyczkowo-perkusyjne. Podobnie jest w żwawszym, chociaż melancholijnym „Grand Hotel” oraz dziwacznym, niemalże kabaretowym „Small Bill$”, gdzie smyki z pokręconą perkusją tworzą wariacką mieszankę. Jak dodamy do tego odbijające się niczym echo zaśpiew w refrenie plus pojedyncze strzały elektroniki, powstaje prawdziwy koktajl Mołotowa. Chwilę wyciszenia daje „Black and White” (końcówka prześliczna) oraz romantyczne „The Light”.

Ostrzej i bardziej agresywniej robi się w „The Trapper and the Furrier”. Zaczyna się dość niepozornie, bo od śpiewu a capella, by potem wolno i mocno uderzyć w fortepian razem z ciepłymi smykami. Ale po minucie atmosfera robi się jak z horroru – wiolonczela szarpie, pojedyncze plumkania smyczków przeplatają się z coraz potężniejszymi uderzeniami fortepianu. A jak dodamy rzadkie, ale mające siłę tornada wejścia perkusji, zaczniecie się naprawdę bać. W podobnym tonie, choć nie tak intensywnie atakuje „Tornadoland”, gdzie są szumy wiatru, a pod koniec następuje gwałtowne przyspieszenie wszelkiego instrumentarium.

Te ostrzejsze fragmenty zostają stonowane przez słodko-gorzkie „Obsolete”, które kończy się mocnym uderzeniem nostalgicznej elektroniki oraz lekką dawką patosu (silniejsza ekspresja, w tle jakieś chóry zmieszane ze smykami & kotłami). Znacznie smutniejsze jest „Sellers of Flowers”, gdzie swoje pięć minut mają cymbałki, by poprawić samopoczucie w lirycznym „The Visit”.

Sama Regina jako wokalistka dokonuje cudów, zmieniając swoja barwę oraz ekspresję niczym kameleon. Delikatny, wręcz dziewczęcy głos potrafi za chwilę przybrać mocniej na sile i zaatakować wszystkim, co ma do swojej dyspozycji. Nigdy jednak nie dominuje nad dźwiękami, nie jest najważniejszy – bardziej służy tutaj jako wsparcie. Do tego mamy niegłupie teksty o ważkich sprawach każdego człowieka. A jeśli komuś mało Reginy, to w wersji deluxe są trzy dodatkowe kawałki, które trzymają poziom reszty.

Nadal jestem zachwycony tą dziewczyną z fortepianem, która ciągle zaskakuje i tworzy nieoczywistą muzykę. Na początku trochę zraziłem się singlem, jednak im dalej w las, tym coraz piękniejsze rzeczy się dzieją, potwierdzając tezę, że nie należy oceniać płyty po singlu. 

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski