Pablopavo – Tylko

Tylko

Fani Vavamuffin znają Pablopavo – to jeden z inteligentnych nawijaczy mieszający reggae, rap itp. Działał tez razem z Ludzikami (swoim zespołem), jednak w zeszłym roku Paweł Sołtys (bo tak się naprawdę nazywa) wydał pierwszy solowy album.

„Tylko” zawiera tylko albo aż 8 piosenek. A tak naprawdę osiem opowieści. Singlowa „Sobota” jest strasznie minimalistyczna – gitara akustyczna, klaskanie i perkusja. Minimalistyczne tło muzyczne służy jako miejsce do rozprzestrzeniania opowieści, czasami wchodzi elektronika albo łagodna gitara elektryczna („Toczenie” i „Kołysanka”) czy skręt w stronę westernu (perkusjonalia i szybka gra gitary w „Carlos”). Powinno być nudno i monotonnie, ale tak nie jest. Zarówno inne tempo gry gitary (wolne w niemal elegijnym „Mistrzu”), perkusja oraz chórki („Sobota”). Dzieje się tu sporo, choć można przyczepić się, że za mało tych piosenek.

A o czym opowiada Pablopavo swoim mruczącym głosem? O zwykłym dniu, o cwaniaczkach, umieraniu, Warszawie i nie brakuje tutaj trafnych fraz oraz odrobiny humoru, tak charakterystycznego dla tego twórcy („Generał”). I tutaj wszystko się układa w jedną całość, tylko dla mnie za krótką. Ale to już zwyczajne czepialstwo. I jak ja mogłem tą płytę przeoczyć?

8/10

Radosław Ostrowski

Lenka – The Bright Side

The_Bright_Side

Ta młoda Australijka z czeskimi korzeniami podbiła świat swoim hitem „The Show”.  Do tego czasu Lenka Kripac (zwana tez po prostu Lenką) nagrała jeszcze dwie płyty, z których single też szalały na stacjach radiowych. I chyba nie będzie inaczej w przypadku albumu nr 4 „The Bright Side”.

Zaczyna się bardzo łagodnie i letnio, czyli „The Long Way Walk”, gdzie wprowadza nas w klimat gitara akustyczna, fortepian i… banjo, a potem pojawia się perkusja, by zrobić głośniej. Na szczęście to nie niszczy klimatu. Niespodzianką (niestety, in minus) był dla mnie singlowy „Blue Skies”, który jest niepotrzebnie plastikowy (irytująca elektroniczna perkusja oraz dość przyjemnymi klawiszami. „Free” z klaskaniem jako przewodnim instrumentem oraz „etnicznymi” klawiszami, a powrotem do krainy łagodności (czytaj: bez elektroniki) jest akustyczny „Unique” czy utrzymany w podobnym tonie (z nietypowymi perkusjonaliami) „Get Together”. Album niby jest różnorodny i niby spójny, ale ta kraina łagodności bazująca głównie na folkowych albo elektronicznych piosenkach od połowy zwyczajnie przynudza. I nie pomaga nawet delikatny i uroczy głos Lenki. Chyba po prostu z takiego popu już zacząłem wyrastać, szukam czegoś innego.

5,5/10

Radosław Ostrowski

of Monsters and Men – Beneath the Skin

Beneath_the_Skin

Muzyka islandzka kojarzyła się z melancholijno-depresyjnymi dźwiękami serwowanymi przez Sigur Ros czy Bjork. Cztery lata temu w ręce wpadła mi debiutancka płyta zespołu of Monsters and Men, który był bardzo pogodnym i energetycznym materiałem. Na ciąg dalszy trzeba było czekać do dzisiaj.

I w zasadzie nic się nie zmieniło, to nadal bogato aranżowany i energetyczny pop. Słychać to już w otwierającym całość „Crystals”, gdzie prosty rytm perkusji wspierany jest przez mocniejsza niż zwykle gitarę elektryczną, trąbki oraz zaśpiew Nanny Bryndis Hilmarsdottir oraz Ragnara Porhallssona, wykonujący razem refreny. Pojawiają się drobne ubarwienia, które pozwalają różnic poszczególne utwory jak cymbałki („Human”), zgrabny bas („Hunger”), etniczną perkusję („Wolves Without Teeth”), łagodny fortepian („Slow Life”) i skrzypce („Thousand Eyes”). Kompletnym zaskoczeniem był akustyczny „Organs” – sam głos Nanny i gitara. Niby niewiele, a chwyta za gardło.

W porównaniu z poprzednikiem nie brakuje tutaj mrocznych fragmentów – taki jest „Thousand Years” z mocnym uderzeniem gitary i skrzypiec czy elegijny „I of the Storm” z werblami. Grupa nadal wie, jak tworzyć potencjalne hity, a wszystkiego słucha się z niekłamaną frajdą. Głosy Nanny z Ragnarem tworzą piękną magię. Fani powinni sięgnąć po wersję deluxe z dwoma dodatkowymi utworami oraz dwoma remiksami (o dziwo, całkiem przyzwoitymi).

8/10

Radosław Ostrowski

Hannah Cohen – Pleasure Boy

Pleasure_Boy

Ta młoda wokalistka i modelka 3 lata temu nagrała ciepło przyjętą debiutancką płytę. Znowu połączyła siły z producentem Thomasem Bartlettem (współpraca m.in. z Glen Hansardem czy The National) i wydała swój drugi album, który kontynuuje ścieżkę poprzednika, czyli elektroniczny pop.

Już otwierający materiał „Keepsake” pokazuje z czym mamy do czynienia – przestrzenne, elektroniczne pasaże, oszczędna perkusja oraz eteryczny, sensualny głos Cohen. Chilloutowo jest przy magicznym „Lilacs” (te klawisze), którego nie powstydziłaby się Lana Del Rey oraz pianistycznym „Watching You Fall”. Mniej spokojnie jest w „I’ll Fake It”, co jest zasługą uderzeń perkusji oraz „alarmujących” klawiszy, by potem odwrócić się w poruszającym „Claremont Song” (te smyczki) oraz lekko psychodelicznym „Queen of Ice”, gdzie nieprzyjemna elektronika przeplata się z dęciakami.

Przyczepić się tak naprawdę można, że jest tylko osiem piosenek, bo czułem lekki niedosyt. Produkcja jest przednia, wokal czarujący i poruszający tak jak teksty. „Pleasure Boy” to czysta magia i pop na takim poziomie, jakiego szukam. Czyste piękno muzyczne.

8/10

Radosław Ostrowski

St. Vincent – St. Vincent (deluxe edition)

St._Vincent

Kim jest tajemnicza St. Vincent? Naprawdę nazywa się Anne Clark i jest wokalistką, autorką tekstów i muzyki, a także multiinstrumentalistą (gra na gitarze, basie, keyboardzie, fortepianie oraz syntezatorze). W zeszłym roku pojawiła się czwarta płyta nazwana po prostu „St. Vincent”, jednak oceniam wydanie deluxe, które wyszło około tygodnia temu.

Za produkcję odpowiada John Congleton, który współpracował z wieloma twórcami muzyki alternatywnej jak Amanda Palmer, David Byrne, Swans czy Modest Mouse, więc wiadomo, że będzie mniej radiowo. Ale otwierający całość „Rattlesnake” ma wszelki potencjał komercyjny – pluskająca elektronika, przestrzenny głos, łagodna gitara elektryczna oraz zwarta perkusja. Do tego jeszcze gdzieś tam wchodzą elektroniczne przeszkadzajki (ze skreczowaniem włącznie) – innymi słowy, na bogato. Mimo pewnej chwytliwej melodyjności, nie brakuje tutaj brudu (gitara w „Birth In Reverse”, która w refrenie zgrywa się z elektroniką czy „Regret”), eksperymentów (chóralny „Prince Johnny”, perkusyjny „Huey Newton” z miejscami baśniową elektroniką, który w połowie staje się brudniejszy, jazzujący „Digital Witness” czy „Several Crossed Fingers” z klawesynem) czy nieuniknionych skrętów w synth pop (magicznie „I Prefer Your Love” czy melodyjne „Psychopath”) oraz elektronicznych dziwadeł (Minimoog w „Bring Me Your Lovers”), które tworzą nieprawdopodobny efekt.

Wydanie deluxe zawiera dodatkowo pięć utworów, z czego jeden to remix „Digital Witness”. „Bad Believer” jest bardzo dyskotekowy i dynamiczny. „Pieta” bardziej skręca w etniczne klimaty, co jest zasługą perkusji, a „Sparrow” jest intrygującym dziwadłem, podobnie „Del Rio”.

Kompletnym zaskoczeniem była dla mnie lekkość głosu Clark, który działa czarująco. Potrafi być bardzo zmysłowy („I Prefer Your Love” czy „Prince Johnny”) jak i strasznie dynamiczny („Bring Me Your Lovers”) – po prostu wariactwo, które współgra z całą resztą.

Więc jeśli nie mieliście kontaktu z St. Vincent, to nadróbcie to koniecznie. Fantastyczny album, sprawiający ogromne przeżycia. Serio, serio.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Belle and Sebastian – Girls in Peacetime Want To Dance

Girls_in_Peacetime_Want_to_Dance

Indie popowa grupa kierowana przez Stuarta Murdocha ostatni album nagrała pięć lat temu. Ekipa Stuarta Murdocha w tym czasie wydała składankę zawierająca niewydane wcześniej piosenki, a sam frontmen spróbował swoich sił jako reżyser (film „Dziewczyny”). Ale grupa postanowiła przypomnieć swoim fanom, że działają i już jest ich dziewiąty album.

Grupa znana jest z melancholijnego klimatu, niepozbawionego melodyjności oraz przebojowego potencjału. I to słychać w openerze „Nobody’s Empire”, gdzie przewijają się ejtisowskie klawisze, fortepian i trąbka. Ferajna jest zgrana ze sobą, miesza melodyjność z fletem („Allie”), barokowymi skrzypcami (liryczny „The Cat with the Cream”)„ czy delikatnie przewijającą się gitara elektryczną (dyskotekowa „The Power of Three” z eterycznym wokalem Stevie Jackson) albo tanecznymi klawiszami (chwytliwy, choć dla mnie troszkę za długi „Enter Sylvia Plath”). Tempo jest różnorodnie, melodie wpadają w ucho i nie są pozbawione energii (lekko jazzowy „The Everlasting Muse” z zapętlonym kontrabasem, ale w refrenach zmienia rytm i instrumentarium – gitara, mandolina, klaskanie i skrzypce czy „Perfect Couples” z bębenkami oraz klimatem rock’n’rolla).  Ale czasami zdarzają się zapychacze (troszkę nijakie „Ever Had a Little Faith?” czy znowu długaśny „Play for Today”), co jest czasami nieuniknione.

Jednak muszę przyznać, że zespół trzyma fason i nadal potrafi oczarować. Ich fani na bank to kupią, ale też osoby szukające dobrego, popowego grania znajdą wiele dla siebie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

She & Him – Classics

Classics

Mnie ten duet dawno oczarował grając muzykę troszkę przypominającą pop z lat 50. i 60. Ale dopiero po czterech płytach (opatrzone nazwami „Volume” oraz płytą świąteczna) gitarzysta Matthew Ward oraz aktorka Zooey Deschanel nagrali album z coverami klasyków amerykańskiej muzyki rozrywkowej.

Tym razem jeszcze zostali wsparci przez 20-osobową orkiestrę, która nadaje pewnego eleganckiego sznytu. Można powiedzieć, że nagrywanie takich płyt jest bardzo bezpieczne i gwarantujące sukces komercyjny. Duet jednak pozostaje wierny swojemu stylowi znanemu z dawnych płyt, a stosunek do nowych wersji zależy tylko od sympatii do innych wersji tych piosenek, a samo brzmienie w sporej części budowane jest na perkusji oraz delikatnej gitarze elektrycznej Warda. Ale przebijają się zarówno płynące skrzypce („Oh No, Not My Girl”) oraz świetne solówki trąbki („Stay Awhile” czy „Teach Me Tonight”), nie wspominając o uroczych chórkach („I’ll Never Be Free”), eleganckim fortepianie („It’s Not For Me To Say”) czy bardzo eterycznym wokalu pani Deschanel skontrastowanym z bardziej „brudnym” głosem Warda, który – na szczęście – pojawia się bardzo rzadko.

Wszystko brzmiałoby czarująco i magicznie, gdyby nie dwie wpadki. Pierwsza to niemal ascetyczne „She”, które broni się tylko gra trąbki z wokalem Warda (facet sam nie daje sobie rady), a druga to „Unchained Melody” brzmiące niemal apatycznie. Ale jak to mówił słynny brytyjski filozof Mick Jagger: „Nie można mieć wszystkiego”. Na szczęście ta łyżka dziegciu nie jest w stanie zepsuć smaku tej beczki miodu. Przynajmniej nie mi. Są jacyś chętni?

8/10

Radosław Ostrowski


 

Maciej Maleńczuk i Psychodancing – Tęczowa swasta

malenczuk_and_psychodancingteczowa_swastacover2014asperity

Ten facet wie jak skupić uwagę na sobie. Legendarny frontman Pudelsów i Homo Twist od działa razem z zespołem Psychodancing, grając głównie rovery. Ale tym razem postanowił wsadzić kij w mrowisko. I zrobił to tytułem, ale czy poza tym jest coś ciekawego do zaoferowania?

O dziwo, jest to bardzo różnorodny brzmieniowo materiał. Od reggae po rocka aż na disco kończąc. Jednak na mnie największe wrażenie zrobiło lekko oniryczne „Nie proś do siebie złych mocy”, stawiające na elektroniczne tło oraz rożne pomruki, dynamiczny niemal punkowy „Totalny dym”, będący niemal wygłupem funkowy „Naczelny prorok” czy mieszający rocka z organami „Diabeł w wiosce”. Wiec dzieje się tutaj sporo, jednak zbyt duży rozrzut czyni ta płytą niespójną. Nie brakuje tu zarówno wiochy w stylu Psychodancing („Kosa tango”),  publicystycznej ironii znanej z „Wolnosci słowa” czy ciężkiego brzmienia a’la Homo Twist. Tylko to się nie układa w żadną sensowną całość, bardziej przypominając złapanie kilku srok za ogon. W dodatku czasami melodie staja się bardzo podobne do siebie („Postman” i „Emeryt embrion”), a kilka tekstów (m.in. „Chłopaki z miasta”) to niewypały. Co innego, gdy facet robi zgrywę wobec Cyganów („Cygańska dusza”), pedofilii („Teofil-pedofil”), idzie w Orient („Hokej”) oraz samego Putina (techniawka „Vladimir”).

Innymi słowy, Maleńczuk sam nie do końca wie, co chce osiągnąć. Nie brakuje mocnych strzałów i perełek, ale są też słabsze tekstowo i muzycznie. Wiec bilans jest całkiem niezły, choć w większości przypadków jest to wiele hałasu o nic.

6/10

Radosław Ostrowski


 

Czesław Śpiewa – Księga Emigrantów. Tom I

Czeslaw_Spiewa__Ksiega_Emigrantow_Tom_I

Polska jest trudnym krajem, nawet dla naszych rodaków, a co dopiero dla cudzoziemców. Wiem o tym niejaki Czesław Mozil, który jest kojarzony z powodu swojej specyficznej mowy (jak to u Duńczyków), który przypomniał sobie o tym, że Czesław Śpiewa i postanowił opowiedzieć o emigracji.

Na pewno nie jest to album miły i sympatyczny. „Milion za rok” zaczyna się pomrukami puzonu oraz depresyjnym tekstem. A dalej jest jeszcze dziwaczniej, gdyż nie brakuje zarówno skrętów lekko dyskotekowych („Nienawidzę cię Polsko!”), nawet trip-hopu („Poszukaj męża” z pomrukami i delikatną gitarą), a nawet nową falę („Dom na budowie” z trąbkami oraz chórkami trochę pachnie The Police). Zdarza się też sam akordeon („Biały Murzyn”) czy nawet „ulicznego” grania („Łabędzie”) oraz obowiązkowego tanga (spokojne „Tango magister”). Instrumentarium jest mocno klasyczne (gitara, akordeon, trąbka, puzon) i tworzy ono lekko kabaretowy sznyt, co współgra z wokalem Czesława.

Pozornie zabawna muzyka jest mocnym kontrastem dla tekstów Zabłockiego, które – choć nie pozbawione humoru (czarnego zresztą) – pozostają gorzkim portretem emigrantów. Nie brakuje intelektualistów pracujących jako… sprzątaczy („Tango magister”), pijaństwo, oszustwa wobec współtowarzyszy („Z dala od rodaków”), poszukiwanie bogatego męża („Poszukaj męża”) czy hipokryzję („Do kościoła”). To wszystko brzmi z jednej strony trochę groteskowo, ale też i poważnie („Owce”). Więcej wam nie powiem, bo to musicie sami zweryfikować.

Dla mnie takiej ostrej i krytycznej płyty o nas samych nie słyszałem od czasu „Jezus Marii Peszek”. I tak samo jak na tamtej płycie, jeśli nie lubicie tej muzycznej stylistyki proponowanej przez twórcę, nie sięgajcie po to. Dziwna, pozornie wesoła, ale bardzo brutalnie szczera. Pytanie czy będą następne tomy.

8/10

Radosław Ostrowski

Renata Przemyk – Rzeźba dnia

Rzezba_dnia

Jedna z najbardziej rozpoznawalnych wokalistek polskiej sceny alternatywnej zrobiła sobie dość długą przerwę na własny album. Bo aż 5 lat, co nie znaczy, że w tym czasie nic nie robiła (płyta akustyczna, występy w teatrze). Ale dla wielu „Rzeźba dnia” może być sporą niespodzianka. Dlaczego?

Bo jest ona bardzo różnorodna i bardziej przebojowa. Już otwierający całość „Czas M” to mieszanka etnicznych brzmień (gitara akustyczna, bębny i skrzypce) z elektronicznym bitem. „Kot” przypomina trochę kołysankę (cymbałki), podrasowaną gitarą elektryczną, natomiast kompletnym szokiem jest wybrany na singla dyskotekowy „Kłamiesz”. Tego się nie spodziewałem po Renacie P., a dalej jest jeszcze ciekawiej – katarynkowa „Rzeźba dnia”, gdzie Renata śpiewa bardzo przyciszonym głosem, chwytliwe „Nic to jest” z basem na pierwszym planie, do którego dochodzą smyczki i cymbałki czy tango „Raczej” podrasowane… dubstepem. Takie nowe oblicze Renaty może wywołać totalne zaskoczenie, ale zaskakująco dobrze współgra z jej eterycznym głosem i nawet te elektroniczne wstawki nie przeszkadzają.

Również teksty są zdecydowanie na plus i nie są prostymi, banalnymi frazami o miłości – a nawet jeśli jest o związkach to albo o ich ciemnej stronie („Kłamiesz”) albo o swoich nadziejach i oczekiwaniach („Dwojedno”). Jest też wersja deluxe zawierająca remiksy „Kłamiesz”.

Musze przyznać, że nigdy nie jest za późno na eksperymentowanie oraz poszukiwanie nowych dźwięków. Renata Przemyk zaskakująco dobrze wybrzmiewa z elektroniką, trip-hopem. Pytanie tylko, czy wy będziecie na to gotowi.

7/10

Radosław Ostrowski