Imogen Heap – Sparks

Sparks

Ten album powstawał w ciągu trzech lat, a ta dziewczyna dowiodła, że upór I determinacja są w stanie zrobić wszystko. I tak powstał koncept album „Sparks”, gdzie dźwięki do utworów wysłali… fani. Efekt?

Wokalistka na swoim czwartym albumie bawi się muzyką, czasami serwując taką mieszankę i natłok (pianistyczne i wielogłosowe „You Know Where to Find Me”), czasem naprawdę dziwaczne elektroniczne plątaniny przerywanej smyczkami („Entanglement”), ale i tak największym zaskoczeniem był beatbox („The Listening Chair”) czy etniczne elementy (orientalne „Cycle Song” czy „Minds Without Fear” z męskimi wokalizami). Zróżnicowanie brzmienia jest tak ogromne, że można odnieść wrażenie przesytu i nadmiaru. A dodatkowo przewija się takie nietypowe dźwięki jak zapalana zapałka, „buczenie” czy jadącego roweru, choć nie maja one dużego wpływu na brzmienie całości. I muszę przyznać, że całość trzyma wysoki poziom, choć nie wszystko mnie do siebie przekonało (vocoder w „Neglecated Space”, dźwiękowe „Entanglement” czy instrumeltanle „Climb to Sakteng”).

Mimo pewnego przesytu, nie brakuje tutaj perełek (popowe „Breathe”, taneczne „Run-Time” czy „You Know Where to Find Me”), a sam wokal Heap jest nieprawdopodobnie porażający. I powiem wam, że takiego pomieszania z poplątaniem to jeszcze dawno nie słyszałem. A jeśli jesteście wielkimi fanami Imogen, to weźcie od razu wesję deluxe „Sparks” z drugą płytą zawierająca utwory w wersjach instrumentalnych. W innym przypadku, pogubicie się w tym dźwiękowym labiryncie.


7,5/10

Radosław Ostrowski

The Pierces – Creation

Creation

Mówi się, ze z rodziną najlepiej wychodzi się tylko na zdjęciach. Zaprzeczeniem (jednym z wielu) jest szoł-biznes, gdzie czasami dochodzi do dobrych relacji z rodzina, która nawet wspólnie gra oraz śpiewa. Tak jak siostry Catherine i Allison Pierce, działające jako The Pierces, które przypomniały o sobie piątym albumem po 3 latach przerwy.

„Creation” to elektroniczny indie pop, który słucha się z dużą przyjemnością. Nie brakuje tutaj przebojowych momentów („Kings” z klimatem lat 80. oraz świetną perkusją), delikatnego wejścia gitary elektrycznej („I Can Feel”), klaskania („Believe in Me”), odrobiny punku („Come Alive”), a nawet krótkiego wejścia gitary akustycznej („Honest Man”). Ale i tak dominuje tutaj elektronika – prosta, delikatna, bardzo przyjemna i sprawdzająca się nawet w spokojniejszych fragmentach (ballada „Must Be Something”), które mogą niektórych uśpić („Confidence of Love”), ale 13 piosenek leci jak bicza strzelił.

Siła tej płyty jest świetnie śpiewający siostrzany duet, zwłaszcza gdy razem wykonują piosenki. Nawet te bardziej spokojne i mniej popisowe. Akurat na tą porę roku jakoś dziwnie pasująca ta muzyka.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Damon Albarn – Everyday Robots

Everyday_Robots

Ten facet to w zasadzie ikona muzyki alternatywnej – tworzył takie grupy jak blur, Gorillaz czy The Good, the Bad & the Queen. Tym razem Damon Albarn postanowił wydać solowy album, za którego produkcję poza nim odpowiadał Richard Russell (właściciel Xl Recordings) oraz Brian Eno. Co z tego mogło wyjść?

Brzmienie alternatywne, bazujące na zapożyczonych samplach (niemal jak raper jakiś), a w tej plątaninie dźwięków pojawia się (rzadka do wychwycenia) melodia, zaś natłok instrumentów użytych robi wrażenie. Gitara, smyczki, elektronika, perkusja, jakieś perkusjonalia i dzwonki, co tworzy dość dziwaczne połączenie, a parę dźwięków zaskakuje (perkusja imitująca bicie serca w „Lonely Press Play” i na początku „Mr Tembo”), atmosfera z utworu na utwór się zmienia (chwytliwe „Mr Tembo” z piekną mandoliną), czasem idąc mocno w stronę minimalizmu (zapętlający się fortepian i plumkania w „The Selfish Giant” czy akustyczny „The Story fo Cheating Heart”).

Albarn ze swoim delikatnym głosem nie narzuca się i pozwala muzyce wybrzmieć, nawet jeśli trwa ona 7 minut („You & Me”) i próbuje przedstawić w swoich tekstach człowieka współczesnego – zagubionego, scalonego z technologią, „robota” na miarę naszych czasów. I ta refleksja zmusza do myślenia, stając się trochę wartością dodaną tej naprawdę ciekawej płyty.

7/10

Radosław Ostrowski

Ingrid Michaelson – Lights Out

Lights_Out

O tej wokalistce zrobiło się głośno, dzięki piosence „The Way I Am” oraz „Be OK”. Ale to było w roku 2008 i do tej pory ta Amerykanka w okularach wydała dwie płyty (przed tym utworem też dwie). Własnie teraz ukazuje się nowy album i pojawia się pytanie jak to brzmi?

Całkiem nieźle, choć zawsze w przypadku wykonawców popowych obawiam się pójścia w stronę plastikowego brzmienia strawnego dla słuchaczy komercyjnych stacji radiowych. Nie czułem tutaj takiego rozdrażnienia, sztucznej i drętwej elektroniki, co nie znaczy, ze syntezator się nie pojawia (szybkie „Boys Chase Girls”). Poza tym jeszcze przewija się fortepian (nastrojowe „Wonderful Unknown”), obowiązkowa perkusja i gitara. Całość jest bardzo zróżnicowana zarówno pod względem tempa, klimatu, ale wszystko jest bardzo melodyjne, delikatne i działa bardzo rozluźniająco. Zarówno bardzo dynamiczne „You Got Me” (gitara, perkusja, chórki w tle i klawisze), „Warpath” (klaskany wstęp i wyraźnie waląca gitara z perkusją) i „Time Machine” (monotonny, ale mocno walący fortepian plus saksofon) jak i bardziej stonowane „Handsome Hands” (mroczniejsza elektronika i rozpędzająca się perkusja plus solo trąbki), idący w stronę bardziej synth popowego grania „One Night Town” czy pianistyczne „Open hands” to dość intrygujące, proste, ale nie prostackie piosenki. A od takich wymaga się, żeby nie były tylko chwytliwe czy melodyjne, ale żeby były o czymś i nie drażniły ucha. I tak też jest tutaj, na szczęście.

Głos Ingrid jest naprawdę dobry, teksty bardzo przyzwoite, ale nie idące w stronę banału (choć tematyka – love – jest już jak najbardziej banalna), zaś goście zaproszeni są w porządku (najbardziej wybijała się grupa A Great Big World).

Światła zgaszone, muzyka gra i brzmi to naprawdę fajnie. Jest dobrze i cześć.

7/10

Radosław Ostrowski


Nina Persson – Animal Heart

Animal_Heart

Ta pochodząca ze Szwecji wokalistka znana jest jako frontmanka zespołu The Cardigans, której popularność przyniosły hity „Lovefool” czy „My Favourite Game”. Ale 40-letnia Nina Persson postanowiła wydać pierwszy solowy album. Pytanie czy to będzie to samo, co znamy wcześniej czy inne oblicze? A jeśli nie, to czy będą to dobre piosenki?

Za produkcję poza Persson odpowiadają grający tutaj na wszystkich instrumentach (poza perkusją) Nathan Larsson i Eric D. Johnson. I jest tutaj dość różnorodnie, od spokojniejszych kompozycji („Burning Bridges for Fuel” czy okraszone lekką elektroniką „Dreaming of Houses”) po bardziej bogatsze aranżacje i jeden szybszy numer (tytułowy utwór). Ale nie oszukujmy, to popowy album, który bazuje na stylistyce indie. Dlatego potrafi ona oczarować delikatnością elektroniki, rytmiczną grą basu i perkusji, czasami swoje zrobi gitara, choć tylko w tle („Clip Your Wings” czy „Food for the Beast”), a nawet pojawia się krótka wstawka (instrumentalne „Digestif”). I to wszystko tworzy bardzo specyficzny klimat – nie ma tutaj brudu czy różnych niedoskonałości, dźwięk jest bardzo czysty i to wszystko brzmi naprawdę ładnie. I w zasadzie trudno się do czegokolwiek przyczepić.

Ani do muzyki, ani produkcji, ani do samego głosu Niny – delikatnego, lekkiego, wręcz czułego. Dawno nie słuchałem tak sympatycznego albumu, choć teoretycznie powinienem mieć ochotę wyrzucić go za okno.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Artur Rojek – Składam się z ciągłych powtórzeń

Skladam_sie_z_ciaglych_powtorzen

Każdy fan polskiej muzyki wie, kim jest Artur Rojek. Dla większości osób to wokalista i jeden z filarów zespołu Myslovitz (tak było do 2012 roku). Poza tym jest dyrektorem OFF Festivalu, gdzie grana jest muzyka alternatywna. Dlatego dla wielu jego solowa płyta może być sporym zaskoczeniem.

„Składam się z ciągłych powtórzeń” to pójście w alternatywne brzmienia, co jednak nie jest niczym zaskakującym. Jeśli chodzi o instrumentarium, to sporo ma tutaj do powiedzenia elektronika oraz gitara elektryczna („Krótkie momenty skupienia” czy „Kokon” z dziwacznymi dźwiękami oraz szumami), ale o dziwo wszystko jest bardzo melodyjne i przyjemne w odsłuchu. Jednocześnie bardzo uderza bogactwo i nieszablonowość dźwięków (klawesyn w „Czasie, który pozostał”, chórki w „Beksie”), a także bardzo delikatne i oszczędnie w formie piosenki („Kot i Pelikan” z nowofalowymi klawiszami i gitarą akustyczną oraz pięknym fortepianem). Każdy utwór to inna historia, inne brzmienie i inne emocje, ale jest to bardzo spójne, pomysłowe i wciągające.

Rojek jako wokalista i autor tekstów trzyma fason i nie zawodzi. Barwne metafory i proste słowa tworzą mocną mieszankę. A to razem ze świetną produkcją, chwytliwymi i pomysłowymi aranżacjami tworzy nieprawdopodobną całość. Rojek zaskakuje i spełnia pokładane w nim wysokie oczekiwania.

8/10

Radosław Ostrowski

Andrea Schroeder – Where The Wild Oceans End

Where_the_Wild_Oceans_End

Czy zdarza wam się słuchać płyt wykonawców niemieckich? I nie chodzi mi tylko o Rammstein. Właśnie wpadła w moje ręce płyta pewnej wokalistki, która odnosi się do dawnej tradycji pieśni niemieckich. I jest to drugi album niejakiej Andrei Schroeder (z tego co wiem, niespokrewniona z byłym kanclerzem Reichu, Gerhardem S.).

Za produkcję „Where the Wild Oceans End” (bardzo chwytliwy tytuł) odpowiada Chris Eckman – muzyk zespołu The Walkabouts, który także udziela się tutaj jako klawiszowiec. Poza nim wokalistkę wspierają gitarzysta Jesper Lehmkhul, skrzypaczka Catherine Graindorge, basista Dave Allen i perkusista Chris Hughes. Wyszła z tego wypadkowa folkowo-bluesowo-chansonowa, ubrana w 10 piosenek. Już otwierająca całość „Dead Man’s Eyes” zapowiada nieprzeciętne dzieło. Spokojna gra gitary, rytmiczna perkusja, powolny bas i niepokojące smyczki – takiego utworu nie powstydziłby się sam Nick Cave. Potem pojawia się melancholijne „Ghosts of Berlin” z pięknymi skrzypcami oraz wyciszające „Until the End”. Za to dość sporą niespodzianką jest „Heiden”, czyli niemieckojęzyczna wersja… „Heroes” Davida Bowie okraszona powolną grą „akordeonu”, perkusji i gitary. Powrót do mroczniejszego klimatu pojawia się w „The Spider” oraz smutnej piosence tytułowej, następnie mamy bardziej psychodeliczne „The Rattlesnake” („brudna” gitara elektryczna) oraz wyciszające całość „Summer Came to Say Goodbye” oraz „Walk Into the Silence”.

Uderza tutaj zwłaszcza spokojny wokal Andrei z dość wyraźnie słyszalnym akcentem niemieckim, ale jednocześnie jest on bardzo głęboki i poruszający. Jeśli wywołuje on skojarzenia, to głównie z Patti Smith, co nie jest w żadnym wypadku wadą, dopełniając klimat tego bardzo zaskakującego albumu. Nie muszę chyba mówić, że musicie mieć ten album?

8/10

Radosław Ostrowski


Russian Red – Agent Cooper

Agent_Cooper

Ta młoda hiszpańska wokalistka (jej pseudonim wziął się od… szminki) do tej pory wydała dwie płyty, które spotkały się z dobrym przyjęciem, zaś stylistycznie szły w stronę indie popu i delikatnego folku. Ciekawe co tym razem pokazała na swojej trzeciej płycie – „Agent Cooper”.

I już widać poważne zmiany – dotychczasowego producenta Tony’ego Doogana (współpraca m.in. z Belle & Sebastian) zastąpiła aż trzema osobami: Joem Chiccarellim (m.in. The Wtite Stripes), Emily Lazar (mastering płyt m.in. Foo Fighters) i Markiem Needhamem (miksowanie debiutanckiej płyty Imagine Dragons). I poszła za tym również zmiana brzmienia – fortepian i delikatną gitarę zastąpiła elektronika oraz gitara elektryczna. Jest trochę bardziej na bogato, czasami skręcając w stronę dynamicznych i chwytliwych soft rockowych brzmień (singlowy „Casper”, gdzie dynamiczne zwrotki kontrastowane są z delikatnym refrenem w towarzystwie fortepianu oraz chórku), synth popu („Xabier”) oraz bardziej lirycznych, rozmarzonych fragmentów („Anthony”). I wypada to naprawdę bardzo przyzwoicie, słucha się tego z dużą frajdą i nie czuć w żadnym wypadku znużenia.

Spoiwem łączącym te piosenki jest bardzo delikatny wokal pani Hernandez – już mniej dziecinny, bardziej uroczy i melancholijny. Drugim spoiwem są teksty, które opowiadają o mężczyznach będących inspiracją dla naszej dziewczyny. Ale o nich samych (poza imionami) nie wiemy zbyt wiele, zaś brakuje tu samego agenta Coopera (kto widział „Miasteczko Twin Peaks”, wie o co chodzi).

Niby nie jest to nic zaskakującego czy oryginalnego, ale „Agent Cooper” to naprawdę solidny i przyjemny album. Dobrze się tego słucha, widać wykonywany krok naprzód i kto wie, czym jeszcze ta dziewczyna może zaskoczyć.

7/10

Radosław Ostrowski

Marissa Nadler – July

July

Muzyka folkowa to coś, w czym najlepsi są twórcy zza Wielkiej Wody. I teraz trafiłem na taki folkowy album doświadczonej wokalistki Marissy Nadler. Pochodząca z Bostonu wokalistka oraz songwriterka (nie wiem jaki jest polski odpowiednik tego słowa), która zaczęła swoja karierę w 2004 roku do tej pory wydała 5 płyt długogrających i jedną EP-kę.

Za „July”, czyli szósty album odpowiada Randall Dunn, znany ze współpracy z psychodelicznymi kapelami jak Earth czy Sunn O. Pierwsze co uderza, to minimalistyczne brzmienie, bazujące na gitarze akustycznej (czasem pojawi się tez elektryczna, ale szaleństw tu nie ma). Ale poza tym obowiązkowym instrumentem pojawiają się tu smyczki (pięknie brzmiące w „1923” czy w „Was it a Dream”), klawisze (singlowe „Dead City Emily”) i bardzo przestrzenny wokal, sprawiający wrażenie obecności więcej niż tylko jednej wokalistki. Tempo jest bardzo niespieszne, ale to akurat nie jest niczym zaskakującym. Tworzy to mocno melancholijny klimat, budowany bardziej oszczędnym brzmieniem, które albo was oczaruje albo odtrąci. Mnie się spodobało, co jest zasługa zarówno zgrabnych melodii jak i naprawdę pięknego wokalu Marissy. Także teksty są naprawdę niezłe, bez nadużywanego przez wielu zwrotu „I Love You”, co już samo w sobie jest spora zaletą.

Nie można nazwać „July” przebojowym albumem, ale czy każdy musi być taki? Na pewno jest to spójna i bardzo klimatyczna płyta, która powinna przypaść do gustu wielu osobom. Chyba że one nie przepadają za folkiem, to wtedy jest krucho.

7/10

Radosław Ostrowski


Kari – Wounds and Bruises

Wounded_and_Bruises

Dwa lata temu zadebiutowała i przykuła uwagę wielu słuchaczy nie tylko w Polsce. Teraz Kari Amirian powraca z nowym materiałem, który brzmi dość nietypowo dla niej.

Tym razem wokalistka podjęła współpracę z producentem Johnem Headleyem, specjalista od muzyki elektronicznej. I ta mieszanka żywych instrumentów z elektroniką działa naprawdę mocno, choć utworów jest tylko dziewięć. Widać też, że nie ma tutaj powtarzania starych patentów i ciągle szukamy nowych brzmień. Słychać już w „I Am Your Echo” z przegłosami i pulsującą elektroniką, która tworzy naprawdę specyficzny klimat. Singlowy „Hurry Up” tylko potwierdza ta atmosferę z dzwonami i harfą na pierwszym planie czy w tytułowym utworze. Klawisze pulsują, nakładają się i nie wywołują irytacji, co dla mnie jest absolutna zaletą. Czasami zapętla się („Too Late” z ciągnącymi się skrzypcami), nabiera bardzo oszczędnego tonu („I Surrender” z bardzo fajna perkusją czy „The One” z pianistycznym wstępem), zaś finał po prostu powala (prawie 8-minutowy „Elijah”). No i słucha się tego kapitalnie, budząc skojarzenia, m.in. z Woodkidem czy Ms. No One.

Zaś sam głos Kari w zasadzie jest taki jak przy debiucie, czyli bardziej stonowany i spokojny, jednak tutaj zdarzają się bardziej ekspresyjne momenty („I Am Your Echo”), ale nie trzeba się tu specjalnie popisywać, żeby przykuć uwagę.

Amirian jest jednym z najciekawszych głosów na polskiej scenie muzycznej, choć łatwo ja przeoczyć. Uważnie się wsłuchajcie, bo możecie go łatwo przeoczyć.

8/10

Radosław Ostrowski