Yuna – Noctural

Nocturnal

Poznałem ją jakieś dwa lata temu, gdy usłyszałem album nazwany po prostu Yuna i byłem oczarowany tą malezyjską wokalistką. Ale minęły dwa lata i pojawia się 4 album „Noctural”. Czyżby ktoś miał ułożyć nas do snu?

Jest tutaj 11 piosenek, które są mieszanką etnicznych brzmień z popową aranżacją. Ale nie mylmy tu popu z plastikiem, zaś klimat jest bardzo chilloutowy. A podstawą brzmienia są smyczki oraz domieszka elektroniki. Nie zabrakło jak zawsze klaskania („I Want You Back”, „Come Back”), różnych cymbałków i dzwonków, czasem delikatnie zagra gitara elektryczna („Colours”, „Escape”), pojawią się jakieś trąbki („Falling”) i fortepian, tworząc z tego mieszankę chwytliwą, odprężająca i bardzo przyjemną. W zasadzie trudno wyróżnić mi jakikolwiek utwór, bo każdy numer trzyma dość równy, wysoki poziom. W dodatku bardzo delikatny wokal plus niezłe teksty powodują, że „Nocturnal” słucha się z frajdą. Ja się dałem oczarować, a wy?

7/10

Radosław Ostrowski

 

Mikromusic – Piękny koniec

Piekny_koniec

Są takie płyty, które zostają pominięte przeze mnie z kilku powodów. Najczęściej po prostu mnie nie interesują, ale czasami po prostu są one trudno dostępne. Tak jak właśnie tutaj. Pochodzący z Wybrzeża zespół Micromusic pod wodzą Natalii Grosiak (wokal) i Dawida Korbaczyńskiego (gitara, produkcja) w marcu wydał swój piaty studyjny album, który teraz wpadł mi w ręce. Co otrzymujemy?

„Piękny koniec” to mieszanka popu, jazzu i elektroniki, co fachowo się nazywa trip hopem. I to słychać w elegancki „Za mało”, gdzie klawisze z fortepianem robią magię, a potem dołącza mocna perkusja i trąbka (pod koniec jeszcze „brudna” elektronika). W ogóle melodie są naprawdę zgrabne i chwytliwe jak nie powiem co, zaś rytm jest naprawdę różnorodny. Swoje daje też gitara (akustyczna „Jestem super” i „Biedronki w słoikach”, elektryczna w „Sopot”), ale i tak najważniejsze są klawisze oraz elektronika („Pod włos” czy bardzo delikatne „Takiego chłopaka”), a nawet pstrykanie („Zostań tak”). Jest miło i przyjemnie.

Ale największą siłą tej płyty, jak i zespołu jest wokal Natalii Grosiak – dawno nie słyszałem tak poruszającego głosu na naszej scenie. Pozornie wydaje się delikatny, ale emocjonalna siła jest po prostu niesamowita. Tak samo warstwa tekstowa.

Zaskoczył mnie ten album swoją formą, brzmieniem – wszystkim. Trzeba będzie uważnie obserwować Mikromusic.

7/10

Radosław Ostrowski

Agnes Obel – Aventine

Aventine

Ta młoda Dunka trzy lata temu nagrała debiutancki album, który wywołał zachwyt krytyków i publiczności (mój także). I teraz Agnes Obel pojawia się po trzech latach z nowym materiałem. Czy warto było czekać?

W zasadzie tak, choć zmian jest tutaj praktycznie niewiele. Zaczyna się tak jak poprzednio od krótkiego fortepianowego utworu („Chord Left”). W zasadzie fortepian jest podstawą (prawie) każdego utworu. Jednak aranżacyjnie jest to ciekawsza płyta, poza fortepianem jest tutaj perkusja („Dorian”), wiolonczela (lekko walcowy „The Curse”), smyczki (plumkają w „Aventine”) czy gitara („Pass Them By”). Jednak nie oznaczo to, że jest monotonnie czy mało wciagająco. Fortepian brzmi bardzo zróżnicowanie, zachowano jesienno-magiczny klimat, który przykuwa uwagę. Jest bardzo oszczędnie, ale i pięknie, co nie zawsze każdemu się udaje przy oszczędnych środkach. 12 utworów mija jak z bicza strzelił i zostają one nie tylko w głowie.

W dodatku wszystko bardzo ładnie, wręcz dziewczęco zaśpiewane. Teksty dość oszczędne i krótkie, ale bardzo ciekawe i dopełniające się z muzyką.

Może i to jest smęt, ale dla mnie to po prostu piękna muzyka. Na tę porę roku album idealny.

8/10

Radosław Ostroski


Emiliana Torrini – Tookah

Tookah

Ta wokalistka z kraju zwanego Islandią – krainą mrozów, melancholii, załamania nerwowego i ciekawych dźwięków do tej pory wydała pięć albumów, które spotkały się z życzliwym przyjęciem. Album nr sześć wydaje się być równie interesujący. Sprawdźmy.

„Tookah” zawiera 9 piosenek wyprodukowanych przez Dana Careya, który współpracował m.in. z Bat for Lashes, I Blame Coco czy La Roux. I jest dość oszczędnie, wręcz ascetycznie. Nawet jeśli pojawiają się inne instrumenty poza elektroniką, to one nie szaleją, wręcz uspokajają wszystko. Klimat własnie „Tookah” przypomina Bat for Lashes, jednak chyba odważniej eksperymentuje z dźwiękami (mroczny „Speed of Dark”). Jednak najbardziej podobają mi się te minimalistyczne utwory jak „Tookah”, „Autumn Sun” czy lekko folkowe „Home”. W dodatku połączone z delikatnym głosem Torrini tworzy to dość interesującą mozaikę. Same słowa nie są w stanie tego ubrać, tego trzeba posłuchać samemu. Niby jest to krótkie, ale bardzo przyjemne.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Belle & Sebastian – The Third Eye Centre

The_Third_Eye_Centre

Każdy szanujący się zespół z dużym stażem musi wydać składankę albo kompilację. Sposób realizacji i jej forma może być różna. Brytyjski zespół Belle and Sebastian działający od 1996 roku wydał tylko jedną kompilację, jednak wytwórnia uznała, że to za mało. I tak wyszedł „The Third Eye Center”.

Nie jest to składanka typu greatest hits czy tribute to. Album ten zawiera rarytasy i niepublikowane do tej pory utwory, które można było mieć tylko w wersjach deluxe. Siedmioosobowa ekipa z Glasgow pod wodzą Stuarta Murdocha gra to, co zawsze – lekko melancholijne piosenki w stylistyce indie. Jest melodyjnie (świetna gitara w „Last Trip”), mieszanki elektroniki w stylu retro („Suicide Girl”) oraz remixów, które zazwyczaj wywołują we mnie negatywne emocje (koszmarny „Your Cover’s Blown” wykonany przez Miaoux Miaoux z mocno wkurzającą dyskotekową elektroniką i utrzymany w podobnej stylistyce, ale trochę lepszy „I Didn’t See It Coming” Richarda X). Sama ta mieszanka brzmi zaskakujaco dobrze, pojawiają się różnego rodzaju urozmaicenia jak saksofon („Heaven in the Afternoon” z delikatnym wokalem Stevie Jackson), flety (remix „I’am a Cuckoo” autorstwa Avalanches), fortepian („Desperation Made a Fool of Me”), także skręty w stronę jazzu („Long Black Scarf”), reggae („The Eighth Station Of The Cross Kebab House”) czy folku („(I Believe In) Travelling Light” czy „Stop, Look and Listen”). Jest nawet utwór instrumentalny (lekko westernowy „Passion Fruit”). Więc o nudzie nie może być mowy, choć trochę jest tu za spokojnie. Ale mnie to nie przeszkadza, wręcz lubię, a klimat melancholijny utrzymywany jest także przez wokale Murdocha i Jackson.

Powiedzmy sobie to wprost – takie kompilacje zazwyczaj powstają w jednym celu i tylko jednym celu – orżnięciu fanów z jak największej ilości kasy. Jeśli jednak mają powstawać takie albumy jak ten, nie mam nic przeciwko. Miłe, sympatyczne i przyjemne granie.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Agnes Obel – Philharmonics

Philharmonics

Kiedy wydaje się, że już w muzyce niczego ciekawego nie da się zrobić (nieśmiertelna śpiewka pt. „Wszystko to już było”), to zawsze pojawia się osoba, jeśli nie wywracająca wszystko do góry nogami, to przynajmniej odświeżająca. Kimś takim jest pewna młoda Dunka (lat 33 obecnie). Jej debiutancki album wyszedł 3 lata temu, ale dzięki sobotniej Ciemnej Stronie Mocy, skusiłem się, by zapoznać się z tym albumem.

„Philharmonics” wyprodukowała sama. Zaczyna się „Falling, Catching” – delikatnym, zapętlonym fortepianem. Ten instrument będzie nam towarzyszyć przez cały album, zawsze brzmiąc delikatnie, a jednocześnie bardzo przyjemnie. Pojawi się też gitara („Brother Sparrow”), harfa („Just So”, „Beast”), melodia z pozytywki (instrumentalna „Louretta”), gitara elektryczna, skrzypce („Avenue”). To wszystko tworzy magiczną, lekko baśniową aurę, która trwa aż do samego końca. Podtrzymuje tą atmosferę bardzo delikatny wokal samej Obel.

Debiut Obel jeśli wywołuje moje skojarzenia, to z Kari Amirian czy Fismollem. Delikatne, wręcz bardzo oszczędne granie, które jednak uwodzi, czaruje i obezwładnia. Od pierwszej do ostatniej nuty. Nie wiem jak wy, ale ja się dałem uwieść.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Helen Love – Day-Glo Dreams

DayGlo_Dreams

Ta ekipa to pokręcona kombinacja. Działają od 1992 roku i po wielu perturbacjach w składzie, działają w nim same panie (Helen Love, Sheena i Beth), grają wypadkową punka, popu i disco. Od ostatniej płyty minęło pięć lat, a do sięgnięcia po ich album skusiła mnie nazwa zespołu i okładka.

W „Day-Glo Dreams” większy nacisk jest tutaj na dyskotekowe brzmienia z lat 80-tych, z równie elektroniczną perkusją. Naszpikowane różnymi bajerami, „walnięciami” jakiś metali, wrzaskami („Spin Those Records”), bardzo rytmiczny bas („J.Pop”), różnymi warstwami dźwięków z syntezatora, imitującymi m.in. smyczki („Don’t Forget About This Town”) czy dzwonki („My Imagination”) jak z czasów synth popu. Dynamiczne na równi z rockowymi kapelami, melodyjne jak to w popie, bardzo delikatnie zaśpiewane przez Helen. W zasadzie trudno się tu do czegokolwiek przyczepić, bo każdy utwór trzyma poziom i zbliżone tempo. Jeśli zaś chodzi o teksty, to trzymają niezły poziom, czasami pachną nostalgią („Teenage Soap Opera”), czasem o miłości.

Moda na muzykę z lat 80-tych jeszcze nie przeminęła i jeszcze trochę się utrzyma. A ten album potwierdza, że jeszcze można stworzyć muzykę elektroniczną, która nie wywołuje rozdrażnienia. Problem jednak jest taki, że szybko wchodzi do ucha, ale nie zostaje na długo. Choć posłuchać nie zaszkodzi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kowalski – For the Love of Getting Go

For_The_Love_Of_Getting_Go

Znacie pewnie taki zespół Kowalski? Najbardziej znanym ich przebojem jest utwór „Spragniony Karoliny” i „Marian”, więc kiedy znalazłem ich płytę w dodatku w języku angielskim, byłem zaskoczony. Bo okazało się, że to inny Kowalski. Ten zespół stworzyło czterech kumpli z Irlandii: Louis Price (wokal), Paddy Conn (klawisze, gitara), Tom O’Hara (bas) i Paddy Baird (perkusja), do tej pory zrobili EP-kę i debiut. Teraz pora na drugi longplay.

Album z dość długim tytułem (jak na płytę) ma raptem 10 piosenek (ulubiona liczba producentów, bo dość często spotykana) i jest to pop z domieszką (wręcz domiechą) elektroniki. Muzyka jest prosta, lekka i przyjemna w odsłuchu. Szybka perkusja, ładna elektronika, gitara robiąca swoje, delikatny i miękki wokal – czy może być lepiej? Takie płyty sprawiają mi problem, bo z jednej strony to dobre brzmienie, wpadające w ucho melodie i przyjemnie się tego słucha. Z drugiej jednak po odsłuchaniu nie zostaje nic w głowie. Tak też jest tutaj, choć panowie grają dynamiczne kawałki.

Tu jest tak jak być powinno, ale mało oryginalne to jest. Mimo to można przesłuchać, bo to nie zaszkodzi.

6,5/10

Radosław Ostrowski


Joanna & The Forests – Jaśniebajka

jasniebajka

Dawno, dawno temu, gdy podobno grano jeszcze prawdziwą muzykę (cokolwiek to znaczy), czyli w latach 90. działał zespół Firebirds. Nagrał on 3 płyty, taki pop-rock, ale więcej niż sympatyczny, mieli jeden wielki przebój „Harry”, po czym został rozwiązany. Ale w zeszłym roku doszło do cudu. Nie, nie reaktywował sie Firebirds, ale wróciła jego frontmanka Joanna Prykowska z nowym projektem. Powstały w 2009 r. zespół Joanna & the Forests poza Prykowską tworzą jeszcze: Przemek Lorek (gitara), Zbigniew Szmatłoch (gitara) i Ferid Lakhdar (bas, klawisze). A w zeszłym roku wyszła debiutancka płyta.

Piosenek jest 11 i są to brzmienia, które fachowcy uznają za alternatywę, zaś całość tworzy bardzo nierealny klimat. Zaczyna się od „Nieba” z fajną gitarą w tle, klawiszami i pod koniec mocno uderzającą perkusją. Magia tez pojawia się w „Królestwie” (akordeon, cymbałki, skrzypce, flet, fortepian) – gdzie instrumenty tworzą bardzo piękną całość. I ta atmosfera w zasadzie trwa do samego końca, gitara elektryczna gra bardzo delikatnie, klawisze brzmią bardzo pięknie, bas jest rytmiczny. Zdarzają się ostrzejsze brzmienia (krótka „Baletnica” z mocną perkusją i brudną gitarą), ale niezbyt często. Nie brakuje pójścia też w stronę oldskulowych dźwięków (organy w „Jaskółce”), ale każdy utwór jest dopieszczony, pomysłowy i zaskakujący, z ciekawymi mieszankami dźwięków (gitara, bębny, fortepian i akordeon w „Oddaleniu” czy dzwoneczki z klawiszami w „Prawdziwym sercu”). Jestem naprawdę zaskoczony.

Drugą niespodzianką jest wokal pani Prykowskiej, który niewiele się zmienił, ale tutaj jest bardziej stonowany i delikatny, dopełniający klimatu tej płyty i współgrający z muzyką. Także teksty brzmią naprawdę ciekawie.

Jest to płyta lekko bajkowa, ale jak wiadomo są różne bajki. Trochę niedoceniona i chyba za szybko zapomniana to opowieść. Moim zdaniem niesłusznie. Ja się nie zawiodłem i mam nadzieję, że wy też nie.

8/10

Radosław Ostrowski


She & Him – Volume One

volume_1

Ten duet okazał się małym zaskoczeniem dla fanów muzyki. On – Matthew Ward, znany też jako M Ward, gitarzysta i wokalista folkowy, ona – Zooey Deschanel, aktorka kojarzona przede wszystkim dzięki filmowi „500 dni miłości” oraz serialowi „Jess i chłopaki”. Ten duet powstał w 2006 roku i w tym czasie nagrał cztery płyty. Zanim opowiem o ostatniej, cofnijmy się do początku, gdy pojawiła się pierwsza płyta o prostym tytule „Volume 1”.

Album ten zawiera 13 piosenek utrzymanych w gatunku zwanym indie (i nie chodzi tu o państwo) pop. Zarówno tempo jak i instrumentarium jest bogate i interesujące. Najważniejsze są tu dwa instrumenty: gitara (delikatnie grająca zarówno akustyczna jak i elektryczna w „Why Do You Let Me Stay Here?”) Warda oraz fortepian, na którym gra Deschanel. Poza nimi pojawiają się też smyczki („Sentimental Heart”, „I Thought I Saw Your Face Today”), gwizdy („I Thought I Saw Your Face Today”), ksylofon („Change is Hard”), gitara hawajska („Take It Back”) czy chórków („I Was Made for You”).  Czasami pachnie to latami 60. i trochę country („Got Me”), co tylko dodaje smaczku. Jednak nawet te spokojniejsze numery nie są monotonne i naprawdę odprężają, co się niewielu udaje, a część piosenek to covery, całkiem nieźle zrobione („You’ve Really Got a Hold on Me” Smokeya Robinsona, „I Should Have Known Better” The Beatles oraz tradycyjna pieśń „Swing Low, Sweet Chariot” śpiewana a capella).

Zaś co do śpiewu, tutaj dominuje pani Deschanel, której głos jest bardzo dziewczęcy, delikatny i wręcz żywcem wzięty z innej epoki, dodając sznytu i luzu. Zaś pan Ward przede wszystkim gra, a jeśli podśpiewuje, to raczej w tle. Innymi słowy każdy robi to, co potrafi. Także teksty są całkiem przyzwoite (autorstwa Zooey Deschanel).

Mówiąc krótko, mamy do czynienia z dobrą płytą, która nie udaje, że serwuje coś więcej niż miłe spędzenie czasu.

7/10

Radosław Ostrowski