Bunt przed sądem wojennym

7 sierpnia 2023 roku zmarł amerykański reżyser William Friedkin. Twórca „Egzorcysty” przypomniał o sobie w 2011 zaskakująco dobrym „Zabójczym Joe” – kryminalną opowieścią w klimacie filmów braci Coen, gdyby oni opowiadali o patologii i byli bardziej ekstremalni w formie. Ale przed śmiercią 86-letni filmowiec zdążył zrealizować film dla stacji Showtime, jednak premiery już nie dożył. Jak sam tytuł wskazuje jest to dramat sądowy.

Podstawą była sztuka teatralna Hermana Wouka oparta na jego powieści z 1953 roku. Reżyser uwspółcześnił realia z czasów II wojny światowej do bardziej nam współczesnych w Zatoce Perskiej. Ale punkt wyjścia jest taki: oskarżenie pierwszego oficera niszczyciela min USS Caine, porucznika Maryka (Jake Lacy) o wszczęcie buntu i odsunięcie kapitana statku od dowództwa. Dlatego, że komandor podporucznik Queeg (Kiefer Sutherland) miał przejść załamanie nerwowe kiedy statek uciekał przed sztormem. Obrony oficera podejmuje się wyznaczony przez sędziego porucznik Greenwald (Jason Clarke), zaś oskarża komandor porucznik Challee (Monica Raymund).

W zasadzie można nazwać „Bunt przed sądem wojennym” produkcją, która bardziej pasowałaby do Teatru Telewizji. Dla wielu może to zabrzmieć jakby to była wada, jakby to było coś gorszej jakości. Ale ta teatralność, osadzenie wszystkiego (prawie) na sali sądowej. Nie ma tutaj żadnych scen retrospekcji (które można byłoby tu spokojnie wstawić), przebitek czy eksperymentów formalnych. Reżyser używa zarówno paru długich ujęć, zbliżeń czy szybkich cięć montażowych. To ma służyć jednemu celowi i jednemu celowi tylko służyć to ma: budowaniu ciągłego poczucia napięcia oraz presji. By móc dotrzeć do prawdy lub czegoś, co za prawdę możemy uznać. Co mam na myśli? Bo nasza sympatia lub antypatia zależeć będzie od tego komu uwierzymy (czytać: czyją prawdę uznamy), o co toczy się cała stawka.

Czy bardziej zaufamy młodym oficerom, czy może bardziej doświadczonemu dowódcy? Czy Queeg naprawdę jest mściwym tyranem, karzącym w dość ostry sposób swoich podwładnych (zakaz korzystania z prysznica, szukanie winnych podjadania truskawek)? A może jego podoficerowie spanikowali i wykazali się zwykłą niesubordynacją? Kolejni świadkowie – zarówno oficerowie, jeden mat, biegli psychiatrzy oraz ekspert wojskowy – podsuwają różne możliwości, hipotezy, teorie. Więcej jest tutaj odcieni szarości niż jednoznacznego wskazania granicy, co budzi wątpliwości. Dopiero w samym finale dostajemy wyjaśnienie w bardzo mocnym monologu, który jest tak kropka rzucona w ostatnim zdaniu.

Tak mięsiste kino potrzebuje też krwistych ról, a Friedkin zazwyczaj miał dobrą rękę do aktorów. Nie inaczej jest w „Buncie…”, gdzie są co najmniej dwie genialne kreacje. Po pierwsze – absolutnie zaskakujący Kiefer Sutherland w roli kapitana Queega. To bardzo neurotyczny oficer, który ma za sobą bardzo silne i poważne przejścia. Co bardzo czuć w sposobie mówienia, chwilach zacięcia, powtarzania się czy nagłego „zapominania”. Aktor pojawia się w dwóch scenach przesłuchania i całkowicie dominuje ekran swoją obecnością, zaś ostatnie momenty w jego wykonaniu to majstersztyk. Takiego Sutherlanda nie widziałem nigdy. Równie rewelacyjny jest Jason Clarke w roli obrońcy Greenwalda, który początkowo sprawia wrażenie niechętnego obrony (do czego sam się przyznaje). Ale im dalej w las, w tym bardziej opanowany, wręcz metodyczny sposób podchodzi do sprawy. Zadaje bardzo zasadne i sensowne pytania, nabierając coraz większej siły, ale najmocniejszą rzecz rzuca w samym finale, już po procesie. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to jego najlepsza rola w karierze i ogląda go sprawia czystą przyjemność. Tak samo fantastyczny jest Jake Lacy (porucznik Maryk), energiczna Monica Raymund (prokurator Challee) czy pełen siły oraz charyzmy Lance Reddick (kapitan Blakely, przewodniczący składu sędziowskiego) w swojej ostatniej roli.

Nie wiem, czy William Friedkin kręcąc „Bunt przed sądem wojennym” wiedział, że to będzie jego ostatni film, ale jedno mogę powiedzieć na pewno. Reżyser dał z siebie wszystko, wyciskając ze scenariusza i aktorów maksimum możliwości, a ci to odwzajemnili. To ciągle aktualny dramat o odpowiedzialności dowódcy pod wpływem presji i stresu, a także o roli dyscypliny w armii. Absolutnie godne pożegnanie Mistrza z kinem w wielkim stylu.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Biały Lotus – seria 1

Czy może być coś lepszego niż pobyt na wakacjach w motelu dla najbogatszych? Oczywiście, że nie. Dlatego przebywasz w znajdującym się na Hawajach hotelu o nazwie Biały Lotus. Komu będziemy towarzyszyć? Świeżej parze nowożeńców (państwo Patton), rodzinie z dziećmi i przyjaciółką córki (państwo Mossebnach) oraz kobiecie w średniej wieku (Tania McQuoid), która… ma troszkę inne powody. Co się może wydarzyć podczas tygodniowego pobytu?

Nowy mini-serial Mike’a White’a w zasadzie jest kolejnym satyrycznym spojrzeniem na ludzi z high-life’u, co żyją we własnej bańce. Ludzie tak naprawdę są puści, nieszczęśliwi i samotni, choć uśmiechają się niemal w każdej okazji. Każde ma swoje problemy, które mogą wydawać się mniej poważne (nietrafiony apartament, brak poważnych atrakcji, potrzeba masażu), jednak chodzi tu o coś więcej. U Mossenbachów to kobiety dominują tutaj – zapracowana matka (Connie Britton) oraz bardzo ironiczna córka (Sydney Sweeney) razem z uzależnioną od leków kumpelą (Brittany O’Grady). Wydają się silniejsze od zakompleksionego męża (Steve Zahn), podejrzewającego u siebie raka jąder oraz uzależnionego od pornografii syna (Fred Hechinger), który nie potrafi postawić na swoim i zawsze ulega. Małżonkowie (Jack Lacy i Alexandra Daddario) pochodzą z różnych światów, jakby ślub wzięli niejako tylko przez zauroczenie, pożądanie. On zawsze musi postać na swoim, bo jako rozpieszczony bachor z dobrego domu dostaje wszystko, unosząc się dumą. Ona zupełnie z innego świata, pracująca jako dziennikarka i obawiająca się bycia trofeum. Ile ze sobą wytrzymają? Tania (Jennifer Coolidge) nie radzi sobie ze śmiercią matki, zaś celem jej pobytu jest… wysypanie jej prochów. Jest jeszcze prowadzący ten hotel Armond (Murray Bartlett) oraz pracująca w spa Belinda (Natasha Rothwell), którzy niejako służą pomocą gościom hotelowym.

Innymi słowy, każdy z bohaterów jest wyrazisty, wielowymiarowy i złożony. Co zdecydowanie jest sporą zaletą. Tak jak przepiękne krajobrazy oraz bardzo egzotyczna muzyka. Ton się zmienia jak w kalejdoskopie: od ironicznego i komediowego po bardziej dramatyczne momenty (kradzież biżuterii). Nawet mieszając je w tej samej scenie. Zaś perspektywy obu grup naszych bohaterów są niemal ciągle skonfrontowane. White przybiera twarz satyryka, by zmienić w szydercę. Chociaż czasem można odnieść wrażenie, że nie opowiada niczego nowego, a humor szedł w (zbyt) znajome rewiry („Parasite”, „Sukcesja”). Bo trudno w zasadzie się z każdym w pełni identyfikować, jednak nie można oderwać oczu od tych postaci.

Wściekłych i gniewnych jak Armond w kapitalnej interpretacji Bartletta, który ze spokojnego, opanowanego konsjerża potrafi zmienić się w buca, aroganta grającego gościom (szczególnie panu Pattonowi) na nerwach, mając ich wszystkich gdzieś. W końcu puszczają mu nerwy i jedzie po bandzie, co kończy się w niespodziewany sposób. Odrobinę współczucia może wywołać pani Patton, która chyba nie do końca wie, z kim zawarła związek małżeński. Jednak jej próby postawienia się wzbudzają politowanie, a kiedy poznajemy ją w interakcjach z innymi jest równie pusta jak reszta gości. W punkt za to trafia wycofana Tanya (rewelacyjna Coolidge), próbująca radzić sobie ze skrytymi traumami oraz trudną relacją z matką. Na niej chyba najbardziej mi zależało, choć jej emocjonalna huśtawka potrafi działać na nerwy. Tak samo swoje pięć minut ma pan Mossenbach, czujący się mniej męsko i niedowartościowany przez żonę.

Ale wiecie co jest najciekawsze w „Białym Lotosie”? Że każdy z bohaterów zostaje skonfrontowany i ma szansę na zmianę samego siebie. Nie staje się to jednak za pomocą magicznej różdżki czy głębokiego samodoskonalenia mentalnego. Wszystko to wynika z… interakcji oraz pewnych wydarzeń, pozwalających zdobyć szacunek, poznać kogoś, kto może zapewnić poczucie bezpieczeństwa czy w końcu pójść własną drogą. Innymi słowy, słodko-gorzki, lecz satysfakcjonujący finał. Już zapowiedziano drugi sezon, a serial będzie miał formę antologii. Nie mogę się doczekać.

Czy warto dać szansę zaskakującemu hitowi HBO z 2021 roku? Jak najbardziej, nie tylko ze względu na porę roku. to pełne świetnego aktorstwa studium mentalności najbogatszych ludzi, którym wydaje się, że wiedzą wszystko, zjedli wszystkie rozumy i znają ten świat. Szyderczo, prześmiewczo, lecz także poważnie.

7,5/10

Radosław Ostrowski