Prywatne śledztwo

Taka historia mogłaby wydarzyć się nawet dzisiaj. Spędzasz sobie czas z rodziną poza miastem. Jest przyjemnie i fajnie – w zasadzie mogłoby to trwać i trwać. Powrót jednak okazuje się brutalny, bo drogę zajeżdża kierowca ciężarówki. By go uniknąć zderzasz się z drzewem, dochodzi do wypadku. Kierowca ucieka (był pijany), tracisz przytomność, a kiedy ją odzyskujesz świat staje się mniej przyjemnym miejscem. Bo twoja rodzina nie żyje, a sprawca nie zostaje wykryty. Co ci zostaje? Masz dwa wyjścia: albo próbować się pogodzić i żyć dalej, albo próbować dokonać zemsty. Taki dylemat ma inżynier Rafał Skonecki, co stracił w wypadku żonę oraz dwójkę dzieci. O jakimkolwiek spokoju nie ma mowy, zwłaszcza że w okolicy giną kierowcy ciężarówek.

PRL i kino zemsty? Na pierwszy rzut oka to połączenie wydaje się absurdalne, jednak coś takiego powstało w 1986 roku. „Prywatne śledztwo” w reżyserii Wojciecha Wójcika to hybryda dramatu sensacyjnego z kinem psychologicznym. Bo z jednej strony skupiamy się na portrecie ofiary wypadku samochodowego, która ma jeden problem: przeżyła. I to mocno niszczy jego psychikę, pokazując jego ciemną stronę. Co chwila przebijają się wspomnienia, jednak głowa nie jest już w stanie znieść bólu i samotności. Reżyser robi to bardzo oszczędnie, nie rezygnując z mrocznych kadrów. Jednocześnie mamy tutaj morderstwa kierowców ciężarówek. Ci są pijani, agresywni, nieodpowiedzialni, stanowiąc zagrożenie na drodze. Być może nawet zasługują na eliminację, ale czy na pewno? I czy wszyscy są tymi złymi? Te pytania niejako padają między wierszami, stanowiąc naddatek dla sensacyjnej opowieści.

Od połowy filmu narracja przebiega dwutorowo, bo do akcji wkracza milicja. Wiemy kto zrobił i zaczyna się zabawa w kotka i myszkę. Czekając na to kiedy odkryją trop Skoneckiego, który odpowiada za śmierć kierowców. Kiedyś przecież jeździł na motorze, nosi czarną kurtkę i kask, prawda? W scenach zabójstw przecież widzimy osobę o tym rysopisie. Samy sceny śmierci są krótkie, gwałtownie i jednocześnie satysfakcjonujące. Choć jest kilka fajnie zrobionych scen (głównie finałowy pościg), Wójcik nie szaleje. Oszczędnie skupia się na śledztwie, dając aktorom wiele do zagrania oraz kilka bardzo dobrych dialogów. Jest też jeszcze przewrotny finał z ostatnią sceną nie dającą spokoju.

A wszystko fantastycznie zagrane, ale czy może być inaczej mając w obsadzie takich mistrzów jak Roman Wilhelmi (Rafał), Jan Peszek (przyjaciel Marek), Janusza Bukowskiego (naczelnik prowadzący śledztwo) czy Jerzego Trelę (drobna rólka kapitana prowadzącego sprawę wypadku Skoneckiego). Każdy tutaj wypada bez zarzutu, nawet w drobnych epizodach, gdzie nie brakuje znanych twarzy. Nie będę jednak zdradzał, może sami rozpoznacie niektórych.

Zaskakujący przykład wyrazistego, konsekwentnie poprowadzonej sensacji od Wojciecha Wójcika. Reżyser pokazuje, że da się zrobić sensowne kino zemsty, bez stawiania na efekciarstwo i nie zapominając o psychologicznym portrecie bohatera złamanego przez tragedię. Chyba najlepszy film tego reżysera z lat 80.

8/10

Radosław Ostrowski

Ułaskawienie

Rok 1946, Popielawy. Tutaj mieszka niemłode małżeństwo Szewczyków. Starszy syn wstąpił do klasztoru, zaś młodszy do partyzantki, gdzie działał jako Odrowąż. Niestety, wskutek zdrady konfidenta zostaje zastrzelony i pochowany na cmentarzu. Jednak o spokojnym odpoczynku nie ma mowy, gdyż trumna jest ciągle wykopywana i zakopywana, by władze miały pewność, że wróg państwa nie żyje. Po którym wykopywaniu małżonkowie wyruszają z trumną do Kalwarii Pacławskiej oddalonej o 500 km.

ulaskawienie1

Ktoś jeszcze pamięta poprzednie filmy Jana Jakuba Kolskiego, naznaczone realizmem magicznym? Wygląda na to, że te czasy już minęły. Po serii eksperymentów w rodzaju „Zabić bobra” oraz „Las, 4 rano” realizuje film bardziej przystępny, ale też ciekawszy. Opierając się na wydarzeniach z historii swojej rodziny, reżyser tworzy kino drogi osadzone w niebezpiecznych czasach. Jak nowa władza zaczynała się instalować, ale nadal po okolicy panoszą się niemieccy dezerterzy oraz czujący się niczym u siebie Sowieci. Więc wiadomo, że droga będzie wyboista i nie wiadomo, na kogo nasi bohaterowie trafią. Ale reżyserowi udaje się uniknąć zero-jedynkowego podziału, gdzie szlachetność i okrucieństwo przypisane jest do jednej nacji. Niemiec może być bezwzględny (wspomnienia z Auschwitz), ale też okazać się sojusznikiem jak dołączający do naszej pary Jurgen. Polacy też nie są święci – w końcu to oni reprezentują nową władzę, pracują w UB, zdradzają dawne ideały oraz znajomych. Ciężki to świat.

ulaskawienie2

Intrygującą koncepcją jest osadzenie narratora, którym jest… wnuk głównych bohaterów. Jego głos słyszymy na początku filmu, kiedy prolog pozwala poznać późniejsze losy Szewczyków (do lat 60., kiedy Janek zostaje na wsi) oraz w finale. Sekwencje te są zdominowane przez kadry kręcone na kamerze 16 mm, co dodaje pewien intymny charakter. Poza tymi momentami „Ułaskawienie” jest surowym, wręcz brudnym filmem drogi. Nawet przyroda (z daleka wyglądająca ładnie) wydaje się chropowata, nieprzyjazna.

ulaskawienie3

Pozornie fabuła wydaje się być prosta, ale reżyser nie wykłada wszystkiego wprost. Dużo rzeczy jest oparte na niedopowiedzeniach, spojrzeniach i gestach. Widać to mocno zarówno w relacji naszych bohaterów (zderzenie szorstkiego, stojącego na ziemi ojca oraz troszkę bardziej wierzącą matkę), jak i postaci Jurgena, o którym nie wiemy nic (poza sceną w kościele) i jego motywacja pozostaje zagadką do samego końca. Nawet wykorzystane symbole (puste tabernakulum, odwrócony Jezus na krzyżu) wydają się na miejscu i nie drażnią. Tak jak kilka refleksyjnych i mocnych dialogów.

ulaskawienie4

Kolski nadal potrafi prowadzić aktorów, dając spore pole do popisu. Ku mojemu zaskoczeniu mocne role stworzyli Grażyna Błęcka-Kolska oraz Jan Jankowski, tworząc bardzo wyraziste, a jednocześnie stonowane postacie. Na drugim planie wybija się Michał Kaleta jako Jurgen, tworząc bardziej enigmatyczną postać, pozornie mógłby być wrogiem. Warto też wspomnieć o epizodzie Krzysztofa Globisza jako jednego z zakonników.

„Ułaskawienie” to bardzo osobisty film Kolskiego, który – w porównaniu do „Las, 4 rano” – ma szansę na większe przebicie u widowni. Może wielu znużyć bardzo wolne tempo oraz oszczędność w dialogach, ale jednak film nie pozwala o sobie zapomnieć. Niby powrót do korzeni (Popielawy), ale w zupełnie nowych dekoracjach.

7/10

Radosław Ostrowski