Doberman

Francuskie kino sensacyjne potrafiło mocno uderzyć, ale nawet ja nie byłem gotowy na „Dobermana”. Adaptacja serii komiksów Joela Houssina to kino efekciarskie, mocno próbujące wszczepić amerykańską estetykę na bardziej europejski grunt. Taka jest też ta produkcja z 1997, mocno komiksowo-teledyskowa w stylu samego Quentina Tarantino.

Tytułowy Doberman (Vincent Cassel) to szef grupy porąbanych gangsterów, którzy zajmują się napadami na bank. Poza nim grupę tworzą głuchoniema Cyganka Nathalie (Monica Bellucci), narwany Moskit (Antoine Basler), naćpany Pitbull (Chick Ortega) oraz bardzo ekscentryczny Ksiądz (Dominique Bettenfeld). Są bezwzględni, brutalni i grają ostro. Policja próbuje ich wytropić, ale za każdym razem wymykają. Po ostatnim napadzie, w którym zostało postrzelonych kilku policjantów, sprawy się komplikują. Bo do akcji wkracza inspektor Cristini (Tcheky Karyo), stawiający sobie za punkt honoru schwytanie Dobermana.

Już od samego początku mamy do czynienia z absolutnie pokręconym filmem. Już podczas sceny chrztu Dobermana, gdzie mamy wielkiego psa przed kościołem czy noworodka, któremu do kołyski wpada… pistolet typu Magnum. Reżyser Jan Kounen kompletnie bawi się formą: od szybkich cięć montażowych i dynamicznych ruchów kamery poprzez łamanie kadrów (scena napadu na bank) po ujęcia z ręki. Trudno nie odmówić intensywności, efekciarstwa oraz bardzo ekscentrycznej galerii postaci. Wszystko jest tu przerysowane i przejaskrawione: od samego gangu i wspierających ich Cyganów przez pomagającego im transwestytę aż po grupę policjantów. Ale wśród jest inspektor Cristini – facet tak odpychający, brutalny i bezwzględny, że nawet swoi nim gardzą, porównując go do gestapowca.

Sam film jest pełen szaleństwa oraz przesady: od napadu na ciężarówkę konwojentów przez wybuchowy (dosłownie) napad na bank aż po intensywny nalot policji na nocny klub. Jedyne, co mocno zdradza wiek filmu to komputerowe efekty specjalne: od przypominającą jakąś grę czołówkę oraz wszelkie eksplozje, które kłują oczy. W rzadkich momentach montaż bywa dość chaotyczny, niezbyt pomagając w śledzeniu akcji. Ale wszystko rekompensuje finałowa konfrontacja z policją oraz otwarte zakończenie.

Wszystko jeszcze podkręca świetna obsada. Vincent Cassel w roli Dobermana jest niemal idealnym bandziorem, który zachowuje opanowanie i spokój nawet w intensywnych momentach. Jednak to drugoplanowe postacie kradły ekran. Tutaj dla mnie całość kradł Dominique Bettenfeld ze swoimi tekstami, brzmiącymi niczym nawiedzone modlitwy oraz duet Basler/Ortega, niemal non stop w stanie nerwowości. No i jest jeszcze Monica Bellucci, która nawet nic nie mówiąc, jest bardzo pociągająca i magnetyzująca.

Ale jest jeszcze niesamowity Tcheky Karyo w roli inspektora Cristini, który wrył się najmocniej w pamięci. Jest równie przerysowany niczym Stanfield z „Leona zawodowca”, bardzo niebezpieczny niczym „Zły porucznik” z filmu Ferrary, do tego lubiący rzucać angielskimi słówkami. Grając z bardzo dziwnym spokojem czyni go wręcz tykającą bombą, która w każdej chwili może eksplodować agresją i przemocą. Choćby scena „przesłuchania” w domu jednego ze wspólników Dobermana, gdzie m. in. podchodzi do niemowlaka z granatem, rzuca wyzwiskami i terroryzuje całą rodzinę. Absolutnie rewelacyjna kreacja i jeden z najbardziej niezapomnianych bandziorów z odznaką.

„Doberman” jest destylatem kina lat 90., które mocno czerpie z komiksowej pulpy, pełnej wyrazistych indywidualności oraz pulsującej techno muzyki w tle. Niby tylko kolejna opowieść o policjantach i złodziejach, ale w drugiej połowie nabiera takiego tempa oraz energii, która nie pozwala wymazać go sobie z głowy. Szalone, efekciarskie, bardzo tarantinowskie w duchu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Niewierni

Francuscy filmowcy postanowili opowiedzieć na temat (nie)wierności, jednak nie jest to jedna fabuła, tylko kilka opowieści wrzuconych w jeden film. Łączy je temat oraz obsada, jednak jakość jak to w filmowych składankach bywa różna – i trudno całość nazwać komedią, gdyż jest to poważna próba pokazania problemu zdrady z perspektywy facetów, którzy owszem traktują panie w sposób przedmiotowy, oszukują i zdradzają, ale żaden z nich nie wychodzi na tym dobrze. I nic nie zyskuje, idąc z instynktem wbrew zasadom czy konwenansom.

niewierni_300x300

Najbardziej to widać w historii trzeciej nakręconej przez Michela Hazanaviciusa, w której główny bohater próbuje zdradzić żonę, ale mu to w ogóle nie wychodzi. Nie brakuje tu zarówno romansu z nastolatką (nowela „Lolita”) czy drobnych obyczajowych skeczy („Bernard” w szpitalu, „Thibault” z psem żującym prezerwatywę i „Simon” z kobietą na „huśtawce”, która zeszła) czy najbardziej rozbrajającą nowelkę o anonimowych seksoholikach, gdzie panowie „próbują” walczyć ze swoim nałogiem. Ale to trochę za mało, by film nazwać komedią, to raczej dramat, choć temat nie do końca zostaje wykorzystany.

niewierni2_300x300

Twarzami tego filmu są pojawiający się parokrotnie Jean Dujardin i Gilles Lellouche, którzy serwują wiele wcieleń niewiernego mężczyzny i każdy z nich wypada bardzo przekonująco, zmieniają się tylko towarzyszące im partnerki. Z nich największe wrażenie zrobiła na mnie Sandrine Kimberlain (Marie-Christine, prowadząca terapię), a reszta jest całkiem w porządku.

Ni to komedia, ni to dramat, choć obejrzeć można. Czegoś tu zdecydowanie zabrakło, ale nie bardzo wiem czego. Średnia produkcja. Szkoda.

Radosław Ostrowski