Tully

Wydaje się, że temat macierzyństwa już został porządnie wyeksplorowany przez filmowców. Ale Jason Reitman do spółki ze scenarzystką Diablo Cody pokazał, iż to nie do końca prawda. Cała historia obraca się wokół Marlo – kobiecie powoli wchodzącej w wiek średni, z dwójką dzieci (jedno z nich,  Jonah, jest atypowe) oraz trzecim w drodze. Nie trzeba być geniuszem, że poród wywraca całe życie do góry nogami. Dzieciak (o wdzięcznym imieniu Mia) nie jest w stanie dać spokoju, zaś mąż próbuje jakoś wesprzeć kobietę, ale praca dość mocno męczy. Wtedy brat Marlo decyduje się wynająć dla niej nocną nianię – osobę opiekującą się dzieckiem w nocy, pozwalając odpocząć oraz wyspać. Obecność Tully dokonuje dość intrygujących zmian.

tully1

Reitman jest na tyle ciekawym reżyserem, że ciągle próbuje pokazać pozornie znane tematy w mniej oczywisty sposób. Tutaj mamy kwestię macierzyństwa, powszechnie uważane za najlepszą rzecz w życiu każdej kobiety (oprócz zakonnic). Ale mało kto mówi i wspomina, jak bardzo potrafi zmęczyć, mimo bycia supermamą. Pokazuje to świetnie zmontowana sklejka, gdzie mamy Marlo co noc idącą do niemowlaka, zmienia mu pieluszkę, produkuje mleko, karmi dziecko, by pójść spać. I tak przez kilka dni, tygodni, nawet miesięcy. Jakim cudem nasza bohaterka jeszcze nie zamieniła się we wrak człowieka? Reżyser przygląda się naszej Marlo, a kiedy pojawia się Tully, film nagle zaczyna odlatywać i dzieją się rzeczy, których nie umiałem wytłumaczyć. Nagle cała kuchnia jest posprzątana, pojawiają się wypieki z ciastek, zaś Marlo zaczyna znajdować czas dla siebie. Kim jest ta laska, która sprawia wrażenie wszechwiedzącej? Powiedzmy, że rozwiązanie mnie nie zaskoczyło, jednak wspólne sceny rozmów Marlo z Tully potrafiły parę razy mnie zaskoczyć nie tylko szczerością, humorem, ale też stawiając pewne pytania. Jak mimo bycia matką, nadal znaleźć czas na siebie i czerpać radość z życia, a nie tylko widzieć ciężar związany z wychowywaniem, jaki przygniata. I po potrafi zmusić do myślenia.

tully2

Sama konstrukcja tego filmu wydaje się pewnym zbiorem scenek, których pewne wątki nie zostają w pełni rozwinięte. Kwestia nowej szkoły dla atypowego syna, sugerowany trójkącik, mocno popsuta relacja Marlo z bratem – te wątki sprawiają wrażenie patchworka, który ma tak naprawdę pokazać kolejne warstwy i problemy, z jakimi musi zmierzyć się nasza bohaterka. Ale mimo tego pomieszania z poplątaniem, ogląda się to z niemałą satysfakcją.

tully3

To wszystko tak naprawdę działa dzięki dwóm rewelacyjną kreacjom: Charlize Theron oraz Mackenzie Davis. Pierwsza w roli Marlo kompletnie zaskakuje, mocno odcinając się od swojego wizerunku. Pozbawiona hollywoodzkiego blichtru aktorka bardzo naturalnie wypada w roli kobiety, która z jednej strony jest wyrozumiała żona oraz kochająca matka, choć z drugiej strony sprawia wrażenie troszkę zmęczonej całodobową pracą jako rodzic. Z kolei Davis to postać pozornie dziwaczna: wygląda jak jakaś małolata świeżo po studiach, a jednocześnie serwuje teksty godne jakiegoś terapeuty lub osobistego trenera, mając umiejętności godne perfekcyjnej pani domu. I ta więź między tą dwójką wydaje się być najmocniejszym punktem tego dzieła.

Reitman nadal trzyma się kina niezależnego w duchu, ale „Tully” nie do końca mnie powaliła. Być może ta nietypowa narracja mnie odstraszyła, niemniej świetne dialogi oraz aktorstwo są w stanie przyciągnąć uwagę do końca. Nawet mimo poczucia pewnego niedosytu, seans nie będzie czasem straconym.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Długi, wrześniowy weekend

Końcówka sierpnia 1987 roku. Henry jest młodym chłopcem, który mieszka razem z matka Adele (ojciec zostawił ich) w dużym domu na przedmieściach. W supermarkecie trafiają na mężczyznę, który prosi ich o pomoc. Okazuje się, że Frank (bo takie jest jego imię) uciekł z więzienia i jest ranny, potrzebuje pomocy. Zmusza kobietę do pomocy, grożąc śmiercią jej syna. Na miejscu okazuje się, że nie jest aż takim brutalem, a ukrywanie się mające trwać kilka godzin potrwa kilka dni.

weekend1

Dla wielu Jason Reitman pozostanie na zawsze synem twórcy „Pogromcy duchów” i reżyserem „Dziękujemy za palenie”. Następne filmy przyniosły mu rozgłos i nominacje do prestiżowych nagród, jednak nie zawsze było to dla mnie zrozumiałe. Teraz Reitman postanowił zrobić własną wersję „Doskonałego świata”, którą zrobił ponad 20 lat temu Clint Eastwood. Tak jak w tamtym filmie mamy tutaj zbiega, który staje się wzorcem i mentorem dla młodego chłopca. Tylko tutaj jest jeszcze matka, która powoli zaczyna odżywać dzięki mężczyźnie. Niby jest to kryminał, ale to tak naprawdę love story z przewijającym się w tle wątkiem wchodzenia młodego chłopca w dorosłe życie. Czuć w tym pewien nostalgiczny charakter (narracja z offu dorosłego Henry’ego, ciepłe kolory), jednak jest to opowieść pełna smutku (przeszłość zarówno Franka jak i Adele nie była usłana różami), czasami pogodna (wspólne ćwiczenie uderzenia kijem baseballowym), poprowadzona w dość niespiesznym i spokojnym tempem, ale nie pozbawiona scen napięcia, gdy Frank musi się ukrywać. I o dziwo to ogląda się naprawdę dobrze i z zainteresowaniem, a wyczucie nie opuszcza Reitmana do samego końca (trochę przesłodzonego dla mnie). Bez kiczu i pójścia na łatwiznę.

weekend2

I trzeba też pochwalić tutaj aktorów, którzy naprawdę sobie poradzili ze swoimi rolami. Kate Winslet niczym nie zaskakuje, bo granie skomplikowanych kobiecych postaci nie jest dla niej problemem. I tylko to potwierdza – samotna, trochę niepewna i zamknięta dla innych, naznaczona pewną bolesną traumą (nieudane ciąże, które kończyły się poronieniami) powoli zaczyna „kwitnąć” w oczach. Ta przemiana jest bardzo sensownie i wiarygodnie pokazana. Między nią a partnerującym jej Joshem Brolinem (Frank) jest odczuwalna chemia. On sprawia wrażenie silnego fizycznie, ale okazuje się bardzo życzliwym, serdecznym facetem. Mógłby być wzorcem dobrego ojca (wszystko posprząta, zrobi ciasto, ponaprawia tu i tam), gdyby nie to, że musi się ukrywać. Ale i jego przeszłość jest powoli odkrywana w retrospekcjach. I w końcu trzeci wierzchołek trójkąta, czyli syn. Nie wiem jak w stanach to robią, ale tamtejsze dzieci nie brzmią sztucznie na ekranie. Gattlin Griffin tylko to potwierdza i jest całkowicie naturalny od pierwszej do ostatniej minuty. Trzeba mówić coś więcej?

weekend3

Muszę przyznać, że Reitman może nie nakręcił jakiegoś super potężnego czy tak ostrego jak debiut. Niemniej jest to kawał naprawdę dobrego i interesującego kina, któremu (jeśli tylko pozwolicie) uwiedzie was.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dziękujemy za palenie

Poznajcie Nicka Naylora – facet pracuje dla korporacji tytoniowej i jest rzecznikiem prasowym. Innymi słowy – wmawia ludziom, że czarne jest białe, a białe jest czarne. Nawijkę ma taką, że nie ma takiej opcji, żeby cię nie przekabacił. W życiu prywatnym nie jest tak kolorowo – żona go zostawiła dla lekarza, a syna widzi tylko w weekendy. I tak obserwujemy jego życie, aż do momentu, gdy pojawi się w nim pewna dziennikarka, która będzie chciała przeprowadzić z nim wywiad.

palenie1

Jeśli ktoś nazywa się Reitman, to wiadomo o jego filmie, że to będzie komedia. Ale kiedy widzimy imię Jason zamiast Ivana („Pogromcy duchów”, „Bliźniacy”), może my mieć wątpliwości co wyjdzie. Uspokajam – Jason jest synem Ivana, więc powinno być równie dobrze jak w przypadku tatusia. I rzeczywiście tak jest, bo debiut młodszego Reitmana jest satyrą. Wymierzona przeciwko komu? Politycznej poprawności, hipokryzji i przy okazji pokazuje jak łatwo można zmanipulować ludźmi. Co potrzeba? Reklamy i złotoustego faceta, który będzie w stanie podważyć i obalić każda twoja tezę. To widać już na samym początku, gdy w programie tv Nick opowiada o chorym chłopcu, że nie chce jego śmierci, gdyż w ten sposób straciliby (jego firma znaczy) klienta, a co za tym idzie dochody. Proste i logiczne? Dla osób, które nie wgłębiają się – tak. Dlatego są potrzebni tacy goście jak Nick, którzy mogą wmówić nam cokolwiek o czymkolwiek i kimkolwiek. A prawda jest taka, że wszyscy robią nas w chuja, etyka – kogo ona obchodzi? Politycy oszukują, PR wciskają nam kit, a dziennikarze czasem, by zdobyć informacje – uprawiają seks ze swoimi rozmówcami. Przy okazji lecą tak niepoprawnie polityczne słowa, które sprawiają wielką frajdę (wizyta u agenta filmowego, by gwiazdy kina znów paliły na ekranie – bezcenne), choć na wszystkich spadnie moralizatorski deszcz. Ale czy można to nazwać happy endem?

palenie2

Reitman ma mocne tempo, ostre puenty i wie jak używać montażu (nawijka Nicka o sobie na początku filmu to potwierdza), jednak od momentu porwania Nicka czuć pewne delikatne osłabienie, na szczęście finał wszystko rekompensuje i mimo wszystko kibicujemy temu draniowi. Zwłaszcza, że grający go Aaron Eckhart jest po prostu fenomenalny. Mamy wrażenie na początku, że to człowiek sukcesu – kocha swoją prace, zarabia kupę szmalu, ma tylko dwoje, ale za to bardzo oddanych przyjaciół (Szwadron Śmierci – czyli rzecznicy przemysłu alkoholowego i zbrojeniowego), jednak stara się tez być ojcem, a to nie jest wcale takie proste.

palenie3

Wszystko to jest poprowadzone bardzo pewną ręką Reitmana, który świetnie też prowadzi aktorów. Eckhart jest siłą napędową – jemu wystarczy samo spojrzenie. Ale nie występuje on tutaj sam – towarzyszy mu naprawdę doborowa obsada: od JK Simmonsa (szef BR) przez Roba Lowe’a (Jeff Megall – agent w Hollywood) i Katie Holmes (dziennikarka Heather Holloway) po Williama H. Macy (senator Finistirre – radykalny antynikotynista) i Roberta Duvalla (Kapitan). W zasadzie mógłbym wymienić jeszcze parę osób, ale ten tekst i tak jest za długi.

Jeśli zaczyna się z takiej grubej rury, to można być spokojnym o dalsza karierę Reitmana. Owszem, następne filmy przyniosły mu nominacje do prestiżowych nagród jak Oscary czy Złote Globy, jednak czy miały w sobie taką energię i pazur jak debiut? To już niech każdy sam oceni. Mnie się film bardzo podobał i zachęcam do zapoznania się.

8/10

Radosław Ostrowski