Mieczysław Szcześniak i Krzysztof Herdzin – Songs from Yesterday

Songs_from_Yesterday

Rzadko w sztuce dzieje się, że połączenie dwóch silnych osobowości jest w stanie stworzyć nieprzeciętne dzieło. To nie jest matematyka, ze 2 + 2 = 4. Dodatkowo, jeśli nagrywa się album z coverami, sprawa komplikuje się bardziej. Z „Pieśniami z wczoraj” postanowili się zmierzyć Mieczysław Szcześniak – jeden z ciekawszych „czarnych” głosów w Polsce oraz Krzysztof Herdzin – pianista, aranżer i kompozytor jazzowy.

Wybór utworów może nie jest zaskakujący, gdyż są to głównie przeboje z lat 60. i 70., jednak samo brzmienie to już inna kwestia. Całość jest bardzo różnorodna, a z instrumentarium najbardziej wyróżnia się fortepian. Jednak działa to na emocje, co jest zasługą głębokiego, przejmującego głosu Szcześniaka. Początek to kraina spokoju – zarówno „Imagine” (po wydarzeniach z Paryża, nadal aktualne) jak i „This Is Not America” (kontrabas pod koniec wybija się) są pełne melancholijnej refleksji oraz smutku. Zmianę tempa daje „What’s Going On” z dynamiczną grą perkusji, swingującym i szalonym fortepianem oraz znacznie żywszą energią, by znów się wyciszyć w lirycznym „Ma cherie amour” i wskoczyć z zaskakującym oraz zmieniającym tempo „Satisfaction”, aby uspokoić kameralnym „Yesterday”.

Więcej utworów nie zdradzę, bo chcę, byście sami te utwory odkryli. Powiem tylko jedno: jest różnorodnie, elegancko i z klasą. Herdzin jest świetnym aranżerem, a wszechstronny głos Mietka Szcześniaka odnajduje się tutaj bezbłędnie. Niby znamy te numery, ale brzmią inaczej. Brawo panowie.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Bartłomiej Oleś & Tomasz Dąbrowski – Chapters

Chapters

W Polsce jazz rozwija się bardzo dobrze i ciągle pojawiają się albumy muzyków zdolnych do skupienia uwagi całego świata. Tym razem do spotkania dwóch doświadczonych muzyków – perkusisty Bartłomieja Olesia (tworzy świetny duet z bratem Marcinem – kontrabasistą) oraz trębacza Tomasza Dąbrowskiego. Teraz spotkali się, by nagrać nowy album – „Chapters”.

Jest to muzyka długa, wyciszona i improwizowana, co słychać w prawie 10-minutowym „Remote Horizon”. Zaczynającym się od dziwnie brzmiących uderzeń perkusyjnych oraz sporadycznie i cichutko grającej trąbki. Wtedy w połowie bardziej odzywa się perkusja, nadająca specyficznego klimatu, do której dołącza znowu trąbka. Znacznie żywszy jest „Thing & Nothing” z dynamiczniejszymi i ciągłymi uderzeniami perkusji, zachowującymi jednak spokój oraz żywiołowej grze trąbki, które pod koniec ulegają przyspieszeniu. Czasami trąbka brzmi bardzo nieprzyjemnie („One Houndred Fourteen”, gdzie perkusja pojawia się dopiero w połowie), czasem zgrywa się z perkusją jak w „Displacement” z werblami, potem perkusja łagodnie uderza wszędzie, ale sama kompozycja jest dość senna. Obydwa instrumenty grają pierwsze skrzypce, ale działają też solo, chociaż bardzo rzadko („Prologue”, oparte tylko na uderzeniach perkusji).

Trąbka Dąbrowskiego współgra z perkusją Olesia, chociaż spore grono kompozycji jest dość wolnych i rozbudowanych. Nie brakuje tutaj eksperymentowania czy udziwnień (przerobiona trąbka na początku „Overtune”), a niektóre improwizowane utwory działają dość monotonnie, ale wystarczy kilka przesłuchań, by zachwycić się „Chapters”. Bo to naprawdę dobra muzyka.

7/10

Radosław Ostrowski

Lizz Wright – Freedom & Surrender

Freedom_and_Surrender

Ta młoda, 35-letnia wokalistka jest uznana za objawienie amerykańskiej muzyki czarnej (soul, r’n’b i blues). Po ostatniej, ciepło przyjętej przez krytyce płycie z muzyką gospel Lizz Wright powraca z kompletnie nowym materiałem, wsparta przez producenta Larry’ego Kleina (współpraca m.in z Joni Mitchell i Tracy Chapman).

„Freedom & Surrender” zaczyna się bardziej jak funky. Charakterystyczna gra gitary, szybka gra perkusji, przyjemny bas oraz ciepłe klawisze. Aż chce się przy tym tańczyć. Równie dynamiczne jest jeszcze pachnące latami 70. „The New Game” czy spokojniejszy „Lean In” z akustyczną gitara oraz świetnymi chórkami w refrenie. Jednak następne utwory też nadają się do tańca, tylko takiego wolniejszego. Taki jest czarujący duet z Gregorym Porterem w „Right Where You Are” oraz delikatnym fortepianem na pierwszym planie. Akustyczne gitary, czułe klawisze czasami skontrastowane z mocnymi uderzeniami perkusji w refrenie („Somewhere Down the Mystic”), a nawet solówka trąbki. Dominuje tutaj bogato zaaranżowany spokój oraz elegancja, która potrafi uwieść, co jest zasługą głosy Lizz.

I tak mija czas przy tych 15 piosenkach, intymnych opowieściach, który porywają i wciągają. Pod warunkiem, ze macie czas.

8/10

Radosław Ostrowski

 

Kuba Stankiewicz – Kilar

Kilar

Muzyk i pianista jazzowy Kuba Stankiewicz ostatnimi czasy mierzy się z muzyką filmową, grana w jazzowej estetyce. Dwa lata temu podjął wyzwania zagrania kompozycji Wojciecha Kilara. Co wyszło z tego połączenia?

Tylko fortepian i muzyka – już bardziej minimalistycznie się nie da. Wybór utworów może wydawać się mało zaskakujące, bo mamy wielką klasykę światową („Portret damy”, „Dracula”), jak i polską („Trędowata”, „Przygody pana Michała”, „Rodzina Połanieckich”). Melodia zostaje zachowana, jednak zmieniono tempo, nadając całości tak lekkiego sznytu, że nie znając tych melodii słucha się po prostu świetnie. Bez względu na to, czy jest melancholijny klimat („Smuga cienia”), odrobina romantyzmu („Kronika wypadków miłosnych” czy dwuczęściowa „Trędowata”), a typowe tempo walca zostaje mocno spowolnione. Stankiewicz się do całego materiału z respektem, nie rozmontowuje tych piosenek na czynniki pierwsze, ale każdy utwór naznacza swoim własnym piętnem. Niby te utwory znamy, ale Stankiewicz idzie swoją drogą (najmocniej to widać w „Przygodach pana Michała”, gdzie charakterystyczna melodia użyta jako „Pieśń o Małym Rycerzu” pojawia się na samym końcu), co jest ogromnym plusem. Więcej utworów nie podam, bo chce, żebyście sami je odkryli. Jak widać, jazz i muzyka filmowa są dość blisko siebie.

8/10

Radosław Ostrowski

Kinga Głyk – Rejestracja

Rejestracja

To jest najmłodsza debiutantka, której album przesłuchuje w tym roku. Dziewczyna ma 18 lat i jest basistką, jej ojciec Irek Głyk to znany i ceniony perkusista. I z okazji swoich urodzin Kinga postanowiła wydać swój pierwszy album „Rejestracja”.

Jest to niemal instrumentalna płyta jazzowa, gdzie każdy muzyk (Kingę wspiera klawiszowiec Jarosław Menzel) ma swoje przysłowiowe pięć minut. Czy to w oldskulowym „Sad And Happy Blues” (Hammondy dzielą i rządzą), mroczniejszym „Tell You Who” (świetny śpiew Jnr’a Robinsona oraz zgranie sekcji rytmicznej plus nawijka Jorgosa Skoliasa) czy spokojniejsze (fantastycznie gra bas) „Martin Luther King’s Dream”). Nie brakuje jednak niespodzianek (ksylofon zmieszany z beatboxem w połowie „All The Things You Are”, dynamiczny cover „Dolaniedola” Czesława Niemena czy swingujące „Zbliża się nowe” z głosem Natalii Niemen, która dała pazura). „Golgota” jest bardziej melancholijna, a bas gra bardzo smutno, zaś na sam koniec dostajemy kolosa, czyli „Musisz komuś służyć”. Zaczyna się popisami perkusji, które potem zmieniają się w bardziej „orientalne” uderzenia oraz zaśpiewem z inteligentnym tekstem.

Sama Kinga na basie gra niby nie rzucając się w uszy, ale jej obecność jest odczuwalna.  Płynnie porusza się po nutach innych muzyków, współtworząc klimat całości. „Rejestracja” pokazuje, ze Głyk ma potencjał na obiecującą artystkę jazzową. Wszystko w jej rękach.

8/10

Silje Nergaard – Chain of Days

Chain_Of_Days

Jak się okazuje, Skandynawowie też grają i kochają jazz. Potwierdza to przypadek 49-letnie Silje Nergaard z Steinkjer, która wydała swoją 13 studyjną płytę.

Tutaj jednak zamiast dęciaków czy fortepianu dominuje gitara akustyczna, grająca dość egzotycznie („The Dance Floor”) i spokojnie, nawet jeśli ma się wrażenie słuchania płyty folkowej („Come Walk Around”). Co nie znaczy, ze nie pojawiają się trąbki („The Leaving”) czy ciepłe klawisze („A Crying Shame”). Jeszcze chórki („Two for the Road”), bo w zasadzie trudno wyróżnić jakiś poszczególny utwór. Wszystko się tu zlewa w jedną całość, co wielu może znużyć. Tu nie ma pośpiechu, raczej jest to kraina łagodności niż klasycznie rozumiana muzyka jazzowa. Nie pomaga tutaj przyjemny wokal Silje, niemal anielski, czarujący niż popisujący się swoimi umiejętnościami. Jest tylko albo aż nieźle, środek mnie strasznie znużył, a sytuacje uratowała śpiewana po norwesku „Morgenstemning”, który chwyta za gardło.

6/10

Radosław Ostrowski

Kyle Eastwood – Timepieces

Timepieces

Znany jest nie tylko jako syn Clinta Eastwooda, ale jest też cenionym basistą i kontrabasistą jazzowym, odnoszącym spore sukcesy i nagrywający kolejne płyty. Po dwóch latach Kyle postanowił wrócić do swoich korzeni oraz inspiracji muzyką lat 50. oraz 60. w swoim najnowszym materiale „Timepieces”.

Kyle razem ze sprawdzonym składem (saksofonista Brandon Allen, trębacz Quentin Collins, pianista Andrew McCormack i perkusista Ernesto Simpson) tym razem z zmierzyli się z dziełami Herbiego Hancocka i Horace’a Silvera, naznaczając je swoim własnym piętnem. Lekko jest w otwierającej całość „Caiprihnie”, gdzie trąbka z saksofonem prowadzą zgrabną „rozmowę”, grając bardzo zgranie, a sam Kyle na basie elektrycznym płynnie faluje i nie czuć znużenia (choć utwór trwa 7 minut). Przyśpieszenie następuje w  „Blowin’ The Blues Away”, gdzie każdy z instrumentów ma swoje przysłowiowe pięć minut. Powrót do spowolnienia oraz bardziej chilloutowego klimatu jest w „Dolphin Dance”, gdzie znów muzycy robią swoje, od basisty przez dęciaki do fortepianu. Szybka gra dęciaków pojawia się także w „Processo Smile”, fortepian nadaje ton melancholijnej „Vista”, a przebojowy „Peace of Silver” w połowie zmienia tempo oraz klimat (fortepian), by pod koniec powrócić do początku.

Jednak im dalej, tym jest coraz lepiej, barwniej i interesująco. Filmowy temat z „Listów z Iwo Jimy” (wyciszona, niemal elegijna wersja grana tylko przez fortepian i bas), gitarowe „Nostalgique”, klasyczne w formie „Bullet Train” (szybkie tempo, popisówka trąbki i saksofonu). Fani jeszcze w wersji deluxe dostają dwa dodatkowe kawałki.

Co by było, gdyby Brudny Harry z aktorstwa przesiadłby się na jazz? Prawdopodobnie nagrywałby takie płyty jak Kyle – elegancki i staroświecki jazz przeniesiony w XXI wiek. Alleluja i do przodu. Czekam na następne płyty, Mr. Eastwood.

8/10

Radosław Ostrowski

David Sanborn – Time and The River

Time_and_The_River

Tego saksofonistę jazzowego znają ci, który oglądali serię „Zabójcza broń”, gdzie jego solówki towarzyszyły akcjom Martina Riggsa i Rogera Murtaugha. Ale współpracował także m.in. z Erikiem Claptonem, Davidem Bowie czy The Rolling Stones, co przyniosło mu rozpoznawalność. Konsekwentnie rozwija też swoją solową karierę, co słychać na jego nowym materiale.

„Time and The River” to pierwsza po 15 latach płyta zrealizowana z basistą oraz producentem Marcusem Millerem. Saksofonistę, poza Millerem wsparli: pianista Roy Assaf, gitarzyści Yotam Silberstein i Nicky Moroch, saksofonista sopranowy Peter Hess, trębacz Justin Mullens, puzonista Tim Vaughn, klawiszowiec Ricky Peterson oraz perkusiści Javier Diaz i Marcus Baylor. Duży zespół, prawda?

I jest to bardzo różnorodny materiał, gdzie pierwsze skrzypce gra saksofon, co już słychać w openerze „A la verticale”. Zaczyna się od spokojniejszych dźwięków perkusjonaliów, do których dołącza funkowy bas oraz gitara elektryczna, by zintensyfikować emocje oraz podkręcić tempo, a w ostatnich dwóch minutach rządzi gitara elektryczna. Wyciszeniem jest „Ordinary People”, gdzie w tle ładnie przygrywa Hammond, podobnie jest z „Drift”. Bardziej przebojowo i chwytliwie robi się w „Can’t Get Next to You” z gościnnym wokalem Larry’ego Braggsa (potężny, niemal epicka aranżacja), by wyciszyć się w chilloutowym „Oubile Moi” z delikatnymi Hammondami oraz spokojniejszą gitarą z perkusją oraz egzotycznym „Seven Days, Seven Nights”. Kolejnym przystankiem jest drugi śpiewany utwór, czyli „Windmills of the Wind” pochodzący z filmu „Sprawa Thomasa Crowna” z 1968 roku. Tutaj śpiewa Randy Crawford i ma to swój niezaprzeczalny urok. Na sam koniec dostajemy lekko latynowski „Spanish Joint”, gdzie lekka gitara łączy się z dęciakami oraz basem, melancholijnym „Overture” (fortepian wspierany przez „płaczliwy” saksofon).

Sam Sanborn gra bardzo emocjonalnie, długo i czasami agresywnie niczym rockowy gitarzysta, dominując nad resztą zespołu. Sama muzyka jest bardziej wyciszona, ale tez bogata aranżacyjnie oraz przyjemna, ciepła w odsłuchu.  Fani jazzu będą wniebowzięci, a reszta z ciekawości powinna zapoznać się.

8/10

Radosław Ostrowski

Cassandra Wilson – Coming Forth by Day

Coming_Forth_by_Day

Jazz to ciągle w naszym kraju niszowa muzyka, którą interesują się nieliczny melomani. Powoli to jednak zaczyna się zmieniać, ale nie opowiem wam o polskiej muzyce jazzowej. Spróbuje za to przedstawić jedną z weteranek tego gatunku – wokalistkę Cassandrę Wilson, lat 59. Ma ona w dorobku 18 studyjnych płyt, współpracę m.in. z Milesem Davisem (pod koniec jego życia) oraz nagrodę Grammy.

Na swojej nowej płycie, postanowiła oddać hołd Billie Holiday, czyli jednej z dam jazzu XX wieku. I konsekwentnie jest tutaj budowany klimat dawnych knajp, gdzie grał na scenie zespół i śpiewała jedna osoba, pachniało papierosami, a z dźwięków dominował fortepian. Czuć to od samego początku („Don’t Explain”), w czym pomagają doświadczeni muzycy. Nie brakuje ubarwiaczy w postaci Hammondów i szmerów (mroczne i egzotyczne „Billie’s Blues”), eleganckich smyczków („Crazy He Calls Me”), szybszej gry perkusji („You Go To My Head”), akordeonu („All of Me”) czy zadziornego saksofonu („Good Morning Heartache”). Mimo klasyczności melodii, aranżacje zasługują na uznanie, teleportując całość w wiek XXI.

Do tego jeszcze dostajemy niski głos Wilson, który znakomicie sprawdza się w każdej piosence, sprawiając wrażenie intymnego wyznania. I dzięki niej te teksty nabierają nowej siły, zwłaszcza finałowy „Last Song (For Lester)”, w którym Holiday opowiadała o swoim zmarłym partnerze, Lesterze Youngu. Fani bardziej wyciszonych płyt będą wniebowzięci. Ale też osoby szukające ciekawych głosów, też powinny znaleźć coś dla siebie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Melody Gardot – Currency of Man (The Artist’s Cut)

Currency_of_Man

Ta amerykańska wokalistka jazzowa jest jednym z najciekawszych głosów w tym gatunku. I po trzech latach przerwy powraca z nowym materiałem wyprodukowanym przez Larry’ego Kleina (współpraca m.in. z, Joni Mitchell, Herbie Hancockiem czy Tracy Chapman). Co dostajemy na „Curreny of Man”?

Mieszankę bluesa i jazzu, która tworzy interesującą propozycję. Początek „Don’t Misunderstood” to dziwne połączenie wokalizy, Hammonda, smyczków,  nakładających się głosów z basem. Po minucie mamy już bluesową gitarę akustyczną oraz falujące skrzypce. W podobnym tonie jest też „Don’t Talk” (jeszcze dziwnie przesterowana gitara), a pojawia się parę interesujących smaczków jak dzwony („It Gonna Come” z dęciakami w roli głównej), swingujący puzon i psychodeliczny saksofon („Bad News”), dźwięk policyjnego koguta („She Don’t Know” i „klaskana” kontynuacja „Palmas Da Rua”), ponury fortepian („No Man’s Price”) czy bluesowa gitara elektryczna (singlowy „Preacherman”). Nie brakuje też elementów bardziej smooth jazzowych (pianistyczny „Morning Sun” czy bardziej melancholijny ” If Ever I Recall Your Face”) oraz instrumentalnych kompozycji, które są zazwyczaj dość krótkie.

Dość niski, ale poruszający wokal Gardot jest spoiwem łączącym tą smutną płytę w logiczną całość. Tak samo jak bardzo osobiste, ale nie naiwne czy infantylne teksty. Rzadko pojawiają się tu fajerwerki, ale jedno jest pewne. „Currency of Man”, mimo tego, iż wymaga skupienia oraz wyciszenia, jest bardzo dobrą, ciekawą oraz poruszającą płytą. Może za pierwszym razem nie chwyci, ale z każdym odsłuchem tylko zyskuje.

8/10

Radosław Ostrowski