Marta Król – Thank God I’m a Woman

Marta_Krol__2014__Thank_God_Im_A_Woman

Jazz w Polsce trzyma się dobrze, co nie jest tajemnicą dla osób słuchających tego gatunku muzycznego. Potwierdza to też drugi album Marty Król, która konsekwentnie idzie w jazzowe klimaty i nadal śpiewa po angielsku.

Album zawiera 10 piosenek, za których produkcję odpowiada Tomasz Kałwak, który współpracował m.in. z Dorotą Miśkiewicz, Beatą Bednarz i Henrykiem Miśkiewiczem. Zaczynamy od bardzo przebojowego utworu tytułowego, gdzie dęciaki błyszczą, bas z gitarą brzmią lekko. Równie czarujący jest „Things Above” z łagodnym fortepianem (podobnie jest z intymnym „In The Wee Small Hours Of The Morning” – pierwszym, lecz nie jedynym coverze). A propos coverów, jest ich tutaj aż 5, jednak są one zrobione ze smakiem i klasą (dynamiczny i oldskulowy „From This Moment On” Cole’a Portera, stonowany „A House Is Not a Home” Burta Bacharacha z pięknym, klawiszowym wstępem czy jedyny polski utwór w zestawie „Uśmiech”, gdzie Marta wspierana jest przez Kubę Badacha), a najciekawszym jest „Começar De Novo” z prowadzącą gitarą elektryczną oraz klimatem bossa novy (w środku gitara podkręca atmosferę).

Uderzyły mnie tutaj dwie rzeczy – lekki oraz swobodny wokal Marty Król oraz spójność całego materiału, mimo sporej ilości utworów cudzego autorstwa. Całość po prostu czaruje, brzmi świetnie, tworząc klimat starych knajp. Ci, którzy będą chcieli się przekonać co do tego, jak brzmi to na żywo, powinni nastawić 7 lipca radio na Program Trzeci. Zachęcam do tego z całego serca.

8/10

Radosław Ostrowski

Eskaubei & Tomek Nowak Quartet – Będzie dobrze

Bedzie_Dobrze

Eksperymenty hip-hopu z jazzem nie są niczym nowym przynajmniej od czasów płyt OSTR-a. Ale chyba od dawno nie doszło do aż tak bliskiej kooperacji – efektem jest płyta nagrana przez rapera Eskaubei oraz kwintet jazzowy Tomka Nowaka.

Wydawałoby się, ze takie połączenie nie ma sensu, ale rap grany na żywych instrumentach od lat jest coraz bardziej modny. Już otwierające całość „Vice” wytrąca z równowagi – skrecze przeplatają się z żywym instrumentarium (błyszczy tutaj świetne solo trąbki oraz eleganckie klawisze). Każdy z muzyków jest doświadczonym graczem, który współpracował m.in. ze Zbigniewem Namysłowskim, Leszkiem Możdżerem czy Jarosławem Śmietaną. Efekt? Muzyka idzie na wysokim poziomie, płynnie przechodząc od instrumentu do instrumentu, sprawiając wrażenie improwizacji i przypominając troszkę… The Roots. Kiedy już myślisz, że utwór się kończy pojawia się następna zwrotka albo wchodzi kolejny instrument.

Nie brakuje zadziorności („Nic nowego” z orientalnie brzmiącymi instrumentami po refrenie), dynamiki (tytułowy utwór czy „Krok w przód” ze świetnym gitarowym solo Roberta Cichego) oraz elegancji (lekko soulowy „Spotkajmy się” z gościnnym udziałem Lilu), co tworzy bardzo lightową i przyjemną muzykę (nawet mroczne „Chłód Vs. Ciepło” nie wyrywa się z tego schematu).

A i sam rapujący gospodarz jest w dobrej formie i opowiada o prostych rzeczach – życiu, muzyce, przyjemnościach i optymizmie, ale także o niepewności siebie („Miles gra…”).

Projekt ten został zrealizowany także dzięki wsparciu crowfindingu, co pokazuje, ze jest zapotrzebowanie na taką muzykę. Nie wiem jednak czy ziomale z osiedla będą chcieli posłuchać „Będzie dobrze”. Jeśli nie, to powinni tego żałować.

8/10

Radosław Ostrowski

VA – Albo Inaczej

Albo_Inaczej

Kolesie z wytwórni Alkopoligamia chyba oszaleli, bo postanowili zrobić najbardziej pokręcony projekt jaki kiedykolwiek wymyślony w Polsce. Otóż postanowili hip-hopowe kawałki z przełomu wieków przerobić na… jazz. Teksty zostały lekko zmodyfikowane, zaproszono zawodowych wokalistów, ściągnięto zawodowy big band (Konglomerat) – przedsięwzięcie bardzo ryzykowne.

Wysiłki podjęte przez pomysłodawcę – Witka Michalaka oraz autora aranżacji Mariusza Obijalskiego opłaciły się. Największą siłą napędową jest przede wszystkim muzyka – elegancka, stylowa z popisami poszczególnych instrumentów (swingująca trąbka i fortepian w „Re-fleksjach”, płynące flety wplecione z resztą w „Minutach” czy gitara akustyczna w „Oszustach”), a nogi same idą w rytm muzyki. To nie są tylko covery, to napisane od nowa piosenki i brzmią one znakomicie.

Jeśli chodzi o teksty, to zostały one poddane modyfikacjom (bluzgi wycięto, poskracano, czasami dodano), ale ziomalskie zwroty zostały zachowane. I o dziwo, nie brzmią sztucznie, a przekaz zostaje zachowany (mroczny „Stres”). A żeby zobaczyć modyfikacje i przeróbki, wystarczy zajrzeć do książeczki umieszczonej razem z płytą. Równie wyborni są wokaliści zaproszono i to nie byle jakich: Andrzej Dąbrowski, Ewa Bem, Krystyna Prońko, Zbigniew Wodecki, Felicjan Andrzejczak i Wojciech Gąssowski mierzący się z utworami m.in. Pezeta, Peji, Tedego czy Eldo. Każdy z nich swoją energią naznaczył swój utwór.

Jest jedna poważna wada tej płyty – tylko 8 piosenek? Mam wielkie poczucie niedosytu i pozostaje mi nadzieja, że projekt będzie kontynuowany. I jest to najlepszy dowód na to, ze muzyka nie zna barier żadnych. Nawet tak skrajne gatunki muzyczne jak rap i jazz mogą znaleźć punkt styczny. Brawo!!!

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Stanislaw Soyka & Roger Berg Big Band – Swing Revisited

Swing_Revisited

Kooperacje zawsze są fajne, gdyż ubarwiają muzykę. Szwedzko-duński big band pod wodzą Rogera Berg gra standardy muzyki jazzowej i postanowili połączyć siły z polskim wokalista jazzowym, Stanisławem Soyką. Efekt mógł być tylko jeden.

„Swing Revisited” to album, w którym muzycy czerpią garściami z lat 30., 40. i 50., mierząc się z kompozycjami m.in. Duke’a Ellingtona, Cole’a Portera, Victora Younga czy Raya Charlesa. Na dzień dobry dostajemy mocne uderzenia dęciaków w singlowym „Let the Good Time Roll”. Trąbeczki będą nam towarzyszyć do samego końca. Kto oglądał film „Whiplash”, powinien zachwycić się utworem „Caravan”, który ma spokojny rytm, równe tempo i zgrany duet pianistyczno-kontrabasowy. Ekipa nie próbuje na nowo nagrać starych standardów, tylko z elegancją i wirtuozerią je odtwarza, bo – jak wiadomo – trzeba się wczuć w tą muzykę, a nie na siłę ją udziwniać. Słychać to m.in w wybornym „Fly Me to the Moon” (Sinatra byłby dumny), niemal pianistycznym „Hallelujah, I Loved Her So”, wyciszonym „My Funny Valentine” czy „Night and Day” (świetny wstęp perkusyjny).

W całość świetnie współgra niski głos Soyki, który z językiem angielskim radzi sobie równie dobrze jak polskim. I ten głos dodaje klimatu do tego staroświeckiego, swingowego brzmienia. Dawno nie słyszałem tak lekkiej, finezyjnej, ale i z szacunkiem nagranej płyty z coverami. Polecam nie tylko fanom jazzu (swingu), ale przede wszystkim tym, którzy chcą zacząć przygodę z tym gatunkiem muzyki.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Rebecca Ferguson – Lady Sings the Blues

Lady_Sings_the_Blues

Z Rebeccą Ferguson już raz się zetknąłem przesłuchując jej poprzedni album “Freedom”, który był całkiem niezły. Tym razem jednak wokalistka r’n’b postanowiła zmierzyć się z utworami Billie Holiday na swoim trzecim albumie.

Za produkcje odpowiada Troy Miller, który współpracował m.in. z Amy Winehouse czy Laurą Mvalą. I pierwsze, co uderza to aranżacja. Pojawiają się dęciaki, elegancki fortepian i kontrabas, a także zwiewne smyczki. Ma pachnieć starym, eleganckim stylem z lat 50. i tak też się dzieje, jednak nie ma tutaj miejsca na przynudzanie czy trzymanie cały czas jednego tempa. A swingujące dęciaki uatrakcyjniają cały czas płytę. Pojawiają się też delikatne utwory jak „Blue Moon” z fletami, cymbałkami i fortepianem, nadajacym lekkości i intymności. Chociaż są to same rovery, to Ferguson odnajduje się tutaj bez problemu, mimo że ta muzyka niczym nie zaskakuje. Ale czy zawsze musi? Sam głos Ferguson jest więcej niż czarujący, a wiele ciekawych wersji („Blue Moon”, „Get Happy” czy „Embracealbe You”) zostanie mi w głowie na długo.

Może pod koniec robi się troszkę sennie, ale na szczęście cała reszta jest dużo lepszej jakości. innymi słowy, jest dobrze.

7/10

Radosław Ostrowski

Randy Brecker – Dearborn Station

Dearborn_Station

O tym trębaczu jazzowym usłyszałem, gdy Włodek Pawlik nagrał z nim płytę „Night in Calissia” (nagrodzoną Grammy). Tym razem Randy postanowił nagrać album na własny rachunek, tym razem wspierany przez zespół jazzowy Uniwersytetu DePaul.

Album zawiera utwory m.in. Wayne’a Shortera czy Theloniusa Monka. I trzeba przyznać, ze zespół radzi sobie świetnie, co już słychać w epickim i zwiewnym „Squires”, gdzie błyszcza przede wszystkim dęciaki. Całość jest tutaj naprawdę lekka, elegancka oraz bardzo przyjemna w odsłuchu. Mam wrażenie, że każda z  tych kompozycji mogła się pojawić w filmie „Whiplash”. Perkusja też robi swoje, a solowe popisy Breckera są po prostu wyśmienite. W dodatku jest to bardzo stylowa produkcja – klimatyczne „On Green Dolphin Street” z klawiszami w tle czy liryczne „You’re In My Heart” z delikatnym fortepianem, kontrabasem oraz fletami tworzącymi niemal intymną atmosferę. Podobnie jest z „Infant Eyes”, gdzie wszyscy grają delikatnie, ale pod koniec wszystko „eksploduje”. Brecker nie gra tylko w trzech ostatnich utworach i każdy z nich jest eleganckim, łagodnym graniem, które potrafi zachwycić.

Jazz coraz bardziej staje się interesujący dla mnie. A muzyka Randy’ego Breckera trafia do mnie i sprawia wielką frajdę, nawet jeśli nie odkrywa niczego nowego.

7,5/10

Tomasz Stańko – Polin

Polin

Zaległość z roku ubiegłego – nie pierwsza i nie ostatnia. Album ten został nagrany z okazji otwarcia Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie, stąd nazwa płyty. Tym razem Stańko z zespołem (Ravi Coltrane – saksofon, David Virelles – fortepian, Dezron Douglas – kontrabas, Kush Abadey – perkusja) będzie przez jazz opowiadał o polskich Żydach.

Utworów jest tylko pięć, ale każdy jest inny i naznacza swoim własnym piętnem. „Gela” to przede wszystkim dość spokojne tempo sekcji rytmicznej (jednak zdarza się marszowy werbel), wsparte przez improwizujący saksofon, łagodnie grającym fortepianem (tez ma świetne solo) oraz będącą tutaj w tle trąbką.  Zupełnie inne jest „Yankiel’s Lid”, gdzie swoje robi bardzo rytmiczny fortepian, do którego dołączają zgrane partie trąbki z saksofonem, a w tle perkusja tworzy odrobinę mroczniejszy klimat swoją grą. Następuje potem zwolnienie tempa, przyspieszona gra fortepianu, by Stańko mógł na saksofonie zagrać „egipsko”, saksofon ciągnie się i gra bardzo ekspresyjnie, by każdy instrument mógł dalej zabłysnąć przy swoim solo. W „Margolit L.” znów błyszczy najbardziej dialog Stańki z Coltranem oraz bardzo ponure solo tego ostatniego oraz mroczne pasaże Virellesa, podkreślające melancholijny nastrój. Melancholia też dominuje w dynamicznym „Polin”. Jednak dla mnie największe wrażenie sprawiły „The Street fo Crocodiles” inspirowane Bruno Schultzem (tym pisarzem), gdzie znów zaczyna delikatny fortepian, by skręcić w ponure tory, gdzie „grają” trąbka z saksofonem, by pod koniec spokojnie się wyciszyć.

Stańko nie należy do łatwych w odbiorze muzyków, którego dość długie kompozycje (ponad 5 minut) mogą wielu znużyć nadmiarem i tempem. Bardzo zmienny klimat też wielu może zniechęcić, ale trzeba spróbować zmierzyć się z tym. Tak po prostu.

Radosław Ostrowski


Wojtek Mazolewski Quintet – Polka

Polka

Polska muzyka jazzowa od dawna zaliczana jest do ścisłej czołówki świata. Potwierdziło to zeszłoroczna nagroda Grammy dla Włodka Pawlika i Randy’ego Breckera czy dorobek Tomasza Stańki. Także Wojtek Mazolewski – frontman zespołu Pink Freud, jest dość znany w naszym kraju. Od pewnego czasu ma swój własny kwintet. Oprócz basisty Mazolewskiego tworzą go: saksofonista Marek Pospieszalski, trębacz Oskar Torok, klawiszowiec Joanna Duda i perkusista Kuba Janicki. W zeszłym roku wyszła ich trzecia płyta – „Polka”.

Nie, nie chodzi o to, że to polki będą grane. Zaczyna się dość spokojnie, niemal sennie – „Roma I” buja delikatnymi dźwiękami kontrabasu i fortepianu, choć trąbka tutaj przypomina gwizd czajnika. „Grochów” jest przełamaniem tego spokoju, choć fortepian z trąbką i saksofonem tworzą pewien błogostan. W połowie zaczyna się improwizacja saksofonu, fortepianu i perkusji. Znacznie mroczne jest „Heart-Shaped Box” (instrumentalny cover Nirvany) zagrany na niskich tonach z wiodącą trąbką. Następny utwór to kolejna wolta – „Punk-t Gdańsk” jest niemal pulsujący i dynamiczny, a z całego składu najbardziej się wybijają solówki fortepianu oraz trąbki ze środka. Różnorodność jest sporą zaletą, a popisy instrumentalne robią wrażenie (dynamiczny „Bombtrack”), jak i „ilustrowanie” poszczególnych miast (pulsujący i nieprzyjemny „Berlin”, wyciszony i melodyjny „Bangkok” czy elegancki „Kraków”) są ładnymi kompozycjami.

Mazolewski i spółka kolejny raz pokazuje, że ma lekką rękę do melodii,umie budować klimat i nie sypie się to. Album w zasadzie pozbawiony poważniejszych wad czy słabego utworu. Fani jazzu odnajdą się tutaj świetnie.

8,5/10

Radosław Ostrowski


Diana Krall – Wallflower

Wallflower

Tą kanadyjską wokalistkę poznałem podczas przesłuchania płyty “Glad Rag Doll”, gdzie grała utwory z lat 20. oraz 30. Tym razem ta jazzmanka postanowiła nagrać kolejny album, gdzie na swoją modłę przerabia utwory znanych wykonawców.

„Wallflowers” miało wyjść już jesienią zeszłego roku, ale problemy zdrowotne zmusiły do przesunięcia premiery. Więc na jazzową modłę przerobiła Krall utwory m.in. The Mamas & The Papas, The Eagles, Boba Dylana czy Eltona Johna. Dominującym instrumentem jest fortepian („Alone Again”), jednak aranżacje są tutaj bardzo pomysłowe i budujące poszczególny, melancholijno-nostalgiczny nastrój, potęgowany przez snujące się skrzypce (przepiękne w „Superstar”) czy mały zespół z kontrabasem i perkusją. Zdarzają się tutaj bardzo oszczędne aranżacje (tytułowy utwór niemal w całości zagrany przez fortepian oraz stonowaną gitarę elektryczna z pasażami smyczkowymi) i brakuje tutaj jakiegoś popisywania się czy dynamicznej petardy (za taką można uznać „Yeh Yeh” – pod warunkiem, ze macie wersję deluxe). Środek powoli zaczyna przynudzać, jednak Krall próbuje przełamać nudę chórkami, wejściem gitary („Opeator”) czy harfą („Don’t Dream It’s Over”), jednak nigdy nie wywołuje ziewnięcia czy zasypiania (może poza średnim duetem „Feels Like Home” z Bryanem Adamsem).

Diana ma równie czarujący głos, który sprawdza się bez zarzutu. A równie świetnie brzmi na żywo (w wersji deluxe jest koncertowa wersja „Wallflower” oraz „Sorry Seems To Be The Hardest World”). Sam album bardzo pozytywnie zaskakuje, choć wydaje się bardziej jesienny niż zimowy. Niemniej na długie wieczory, będzie pasował jak ulał.

7,5/10

Radosław Ostrowski

David Bowie – Nothing Has Changed The Very Best Of Bowie

Nothing_Has_Changed

Ten brytyjski wokalista od ponad 40 lat zaskakuje, eksperymentuje i ciągle czegoś szuka. W zeszłym roku przypomniał się swoim fanom nowym albumem „The Next Day”. Jednak tym razem postanowił wydać kompilacje zawierającą najważniejsze utwory z jego bogatego dorobku, tylko ułożoną w odwrotnej kolejności.

Trzy płytowy box „Nothing Has Changed” zaczyna premierowe „Sue (Or In a Season of Crime)”, który jest… jazzowym utworem, gdzie wokalistę wspiera orkiestra Marii Schneider. A im dalej w las, tym bardziej sięgamy do początków. Nie brakuje utworów w wersji radiowej, remiksów („Love Is Lost” z klaskanym początkiem) oraz kompletnego pomieszania z poplątaniem. Rock miesza się z elektronika, dyskotekowym popem. W zasadzie mógłbym ograniczyć się do wymienienia tytułów takich jak „Rebel Rebel”, „Heroes”, „Ziggy Stardust”, „This is Not America” czy z ostatniej płyty „Where Are We Now?”. Są też bardziej nastrojowe ballady (niemal pianistyczny „Shadow Man” czy gitarowy „Survive”), mroczna elektronika („I’m Afraid of Americans” czy „The Hearts Filtyhy Lessons”) jak i bardziej imprezowe numery (lekko funkowy „Jump They Say” czy nieśmiertelne „Let’s Dance”).

Mógłbym pisać więcej, ale tytuł mówi wszystko: nic u Bowiego się nie zmieniło. Ciągle eksperymentuje i szuka nowych rzeczy, jednak jakimś cudem udaje się stworzyć przebojowe kawałki. Jak on to robi? Nie mam pojęcia.

Radosław Ostrowski