Niby jest to duet (Marcin Cichy i Igor Pudło) grający jazz, ale wykorzystują w swoim brzmieniu elektronikę, gdyż są didżejami. Ale zrobili sobie dość długą przerwę, bo aż 9 lat. Przypomnieli sobie o fanach i postanowili wydać trzeci album – „Transit”.
I w zasadzie robią to, co zawsze – wykorzystują jako sample jazzowe dźwięki i przeplatają to elektroniką. I słucha się tego świetnie, ale jest jedna poważna zmiana: panowie wykorzystują też wokalizy, czego wcześniej nie było (m.in. w delikatnym „Sea”). Trąbki, kontrabas i perkusja w tym przypadku to standard, ale jest tutaj kilka zaskakujących melodii takich jak „Saragossa” z hiszpańską gitarą czy mambo w utworze tytułowym z pulsującym bitem, czarującym wibrafonem oraz niemal etniczną perkusją zmieszaną z klaskaniem. Każdy utwór to jakaś mniejsza niespodzianka. A to skręcimy w psychodelię jak w utworze „Sigma”, będąca kolarzem współczesnego bitu, wokaliz, mocniejszych wejść dęciaków oraz skrzypiec, dostaniemy nieczystości jakby z gramofonu („Surround”), chwytliwej gry perkusji (delikatny „Switch”) czy trochę dziwacznych skrzypiec („Siesta”). Uderza tutaj wyciszenie, spokój, a jednocześnie dźwiękowe bogactwo, niepozbawione dynamiki („Simple” czy bardzo delikatne „Sound Garden”).
12 kompozycji, które potrafią naprawdę oczarować, choć rzadko sięgam po muzykę jazzową. Skalpel miesza stare z nowym i nawet sample brzmią tu bardzo naturalnie. Jeszcze nie raz do „Transitu” będę wracał, to pewne.
Ten 35-letni Anglik jest jednym z najpopularniejszych wokalistów jazzowych. I po zaledwie rocznej przerwie postanowił o sobie przypomnieć. Czy „Interlude” może czymkolwiek zaskoczyć?
Jest klasycznie elegancko, ze wsparciem zespołu (silnie zaakcentowane trąbki i fortepian), a delikatny głos Jamiego sprawia jakbyśmy cofnęli się w czasie o jakieś 50 lat. Nie brakuje tutaj zarówno żywszych numerów (swingujący „Don’t You Move” czy „The Seer’s Tower” z zapętlonym fortepianem oraz smyczkami), bardziej stonowanych i nastrojowych („Good Morning Heartache” – duet z Laurą Mvulą czy „Don’t Let Me Be Misunderstood” z Gregorym Porterem), a prostota brzmienia działa tutaj na korzyść Anglika. Wystarczy wspomnieć „Lovesick Blues” (fantastyczne dęciaki), bardziej wyciszone „Make Someone Happy” czy lekkie „Walkin’”. Standardy te brzmią elegancko, aranżacja jest porządna, a głos Culluma na tyle interesujący, by skupić uwagę na dłużej. I co ja będę mówił więcej? To po prostu uczciwie dobra płyta dla fanów jazzowych klimatów.
Jak zobaczyłem nazwisko Lady Gagi – wokalistki aspirującej do miana królowej wiejskich dyskotek, byłem przerażony. Z kolei obok niej pojawił się weteran amerykańskiej muzyki popularnej, który śpiewa już od ponad pół wieku. Jeśli postanowili razem nagrać całą płytę, to coś z tego musiało powstać.
Album to utrzymany w jazzowej konwencji cover album z największymi standardami wszech czasów. Mało kto (nawet ja) wiedział, że Stefani Joanne Angelina Germanotta(bo tak się nazywa Gaga) w młodości wygrywała jazzowe konkursy, a do jej ulubionych wokalistek należy Ella Fitzgerland. I muszę przyznać, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. Aranżacja jest tutaj bardzo klasyczna, wręcz staroświecka, co musi budzić skojarzenia z ostatnim albumem Barbry Streisand. Tutaj jest to chyba bardziej wysmakowane, a niektóre instrumenty jak flet („Nature Boy”), trąbki („Firefly”) tylko ubarwiają całość, dodając pewnego smaczku. I o ile Bennett nie zaskakuje wokalnie, bo w tej muzyce czuje się po prostu jak ryba w wodzie, o tyle kompletną niespodzianką była dla mnie Gaga. To, że ona potrafi śpiewać nie miałem wątpliwości, ale w nowym tle znalazła się znakomicie. Zabrzmi to nieprawdopodobnie, ale sprawiało mi to wielką przyjemność. Sprawdza się w każdej konwencji i naprawdę zgrała się zarówno z Bennettem jak i z orkiestrą. I to czuć zarówno w lekko bluesowym „I Can’t Give You Anything But Love”, poruszającym “Lush Life” czy żywiołowym “Let’s Face the Music and Dance”.
Wymienianie i wyróżnianie poszczególnych utworów mija się z celem, ale efekt okazał się dla mnie bardzo dużą niespodzianką. Eleganckie, piękne i naprawde dobre. Ciekawe, co tym razem zrobi Gaga?
Co prawda ten album wyszedł cztery lata temu, ale każda pora jest dobra na przesłuchanie. Co wiem o wykonawczyni? Że pochodzi z Poznania, lubi muzykę jazzową i etno, a także posiada sporo grono fanów na FB. I tak wpadła mi jej debiutancka płyta „Wyspa”, która jakoś zestarzeć się nie chce.
Zaczyna się ona bardzo tajemniczo i baśniowo, bo inaczej nie jestem w stanie nazwać „Domu na rzece”. Tam swoje robią zmieszane dzwonki, harfa, cymbałki i delikatny fortepian. Tytułowy utwór bardziej już idzie w jazzowy entourage – znów pięknie gra fortepian, a sekcja rytmiczna delikatnie przewija w tle. W podobnym tempie są zgrabne „Fusy w kawie”. Ale największym zaskoczeniem jest „Odchodząc” z repertuaru Republiki, tym razem zagrane na gitarę akustyczną, do której w połowie dołącza fortepian. Efekt jest po prostu porażający i brzmi to po prostu pięknie.
Przerwa od piosenek mogą być dwa instrumentalne solówki na fortepianie zagrane przez Krzysztofa Dysia, które naprawdę zachwycają. Jeszcze swoje czasem robi klarnet („Piasek”), akustyczna gitara („Kundera” i „Dozlanoc” Roberta Kasprzyckiego), które tworzą naprawdę spokojny klimat. A sam głos Leny jest bardzo delikatny, spokojny, a jednocześnie bardzo poruszający (najbardziej w „Kołysance dla dziewczynki” i „Kołysance dla Mani”).
Wiem, że do jesieni jeszcze trochę czasu, ale jeśli chcecie się ochłodzić czy wyciszyć, to „Wyspa” jest dla was idealnym albumem. Działa wręcz odprężająco.
Lata 70. są uznawane za złoty okres w historii kina. Wtedy objawiły się talenty Francisa Forda Coppoli, Williama Friedkina, Petera Bogdanovicha czy Stevena Spielberga. Także wśród kompozytorów muzyki filmowej obrodziło. Drugą młodość przeżywał Jerry Goldsmith, popularność zyskali John Williams i Lalo Schifrin. To także okres świetności Davida Shire’a, o którym pamiętają już tylko zapaleni pasjonaci kina. Właśnie wtedy napisał partytury m.in. do takich filmów jak „Rozmowa” Coppoli, „Hindenburg” Roberta Wise’a, „Wszyscy ludzie prezydenta” Alana Pakuli czy „Gorączka sobotniej nocy” Johna Badhama. Ale ja chcę opowiedzieć o soundtracku do mniej znanego (co nie znaczy, że gorszego) filmu.
W 1974 roku Joseph Sargent przeniósł na ekran powieść Johna Godeya „The Taking of Pelham One Two Three” (po polsku „Długi postój na Park Avenue” – naprawdę genialne ;)). Była to historia czterech bandytów pod wodzą Mr. Blue (fantastyczny Robert Shaw), którzy porywają pociąg metra i biorą pasażerów jako zakładników, żądając w zamian milion dolarów okupu. Jedynym próbującym powstrzymać złodziei jest doświadczony policjant metra w wykonaniu bezbłędnego Waltera Matthau. W tamtej epoce, w gatunku kryminału i kina sensacyjnego dominowała muzyka jazzowa, rockowa lub funk. Tutaj Shire, poza chwytliwą muzyką, musiał jeszcze zbudować suspens. Jak to zrobił?
Kompozytor wpadł na pomysł wprowadzenia kontrolowanego chaosu w utworach, co fachowcy nazywają dodekafonią oraz jej pochodną – serwilizmem. Słychać to już w fenomenalnym temacie przewodnim, który będzie bardziej lub mniej przewijał się przez cały (dość krótki) album. Jazz-funkowa gra dęciaków, które raz wybrzmiewają bardzo powoli, a raz strzelają jak pociski z automatu, a perkusja gra jakby inaczej od reszty, narzucając tempo i będąc niejako adrenaliną całości. Motyw ten jest siła napędową, która czyni materiał bardzo przebojowym i chwytliwym poza ekranem.
Jednocześnie pozwala to zbudować kilka kompozycji tła, które, o dziwo, brzmi naprawdę przystępnie. Już „The Taking”, bazujące na repetującym uderzeniu dęciaków i werbli, pokazuje nerw za pomocą wchodzących solówek trąbek. Lekkość jest za to odczuwalna w „Dolowitz Takes a Look”, która brzmi jak jazzowa improwizacja. Swingująca perkusja z basem, fortepian i trąbka, które krążą swoimi ścieżkami. I już następny utwór to kompletna zmiana klimatu. „Dolowitz Gets Killed” to wolno snujące się smyczki, które w połowie zastępuje popisująca się perkusja z bębnami. Skrzypki są też podstawą tematu głównego antagonisty („Mr. Blue”).
Lecz Shire potrafi też wcisnąć piąty bieg i stworzyć chwytliwy, a jednocześnie trzymający w napięciu underscore – jak w dwuczęściowym „Money Talking” (dęciaki grają fenomenalnie, fortepian wnosi odrobinę nerwu, tak jak zresztą perkusja, czy, w drugiej części, różne perkusjonalia) oraz „The Money Express” (znów strzelające dęciaki i perkusja narzucająca tempo plus swingujący fortepian i mocna gitara elektryczna). Takie podejście sprawdza się tutaj doskonale, mieszając subtelność z dramatem, co wydawałoby się nie do połączenia.
Na ekranie brzmi to bezbłędnie, zaś wydanie Retrogate ma jedną poważną wadę: wiele krótkich utworków, które nie zawsze przekraczają czas jednej minuty i psują odrobinę przyjemność z odsłuchu. Ale w 1996 roku Film Score Monthy pomyślał nad tym i poza ulepszonym dźwiękiem zmontował krótsze utwory w dłuższe kompozycje (11 utworów zamiast 20, kilka pomniejszych sekwencji wycięto na życzenie kompozytora). Choć nie brakuje tu ciężkości i suspensu, brzmi to naprawdę żwawo i finezyjnie. Mimo kilku nieprzyjemnych fragmentów jest to naprawdę wyborna kompozycja, której nie powstydziłby się Schifrin, do którego „…Pelham…” najbliżej stylistycznie. Czy muszę coś więcej dodawać? Ocena powinna być wystarczającą rekomendacją…
9/10 + znak jakości
Radosław Ostrowski
PS. Recenzja ta wcześniej się znalazła w portalu MuzykaFilmowa.pl.
Udział w programie typu talent show dla doświadczonego twórcy może być wykorzystany jako pretekst do wydania nowego albumu. Takie można odnieść wrażenie, gdy sięgnie się po nowy album Marii Sadowskiej, która ostatnio zaangażowała się w „The Voice of Poland”. Czyżby „Jazz na ulicach” miał być prostym towarem do nabijania kabzy?
Na pewno jest to album jazzowy, co widać już w tytule. Dużo improwizacji wokalnych, kontrabas, dęciaki i fortepian – to musi działać. Czasem odezwie się gitara funkującą gitara elektryczna („Life is a Beat”), ksylofon (tytułowy utwór z improwizującą Urszulą Dudziak), a w paru miejscach czuć klimat lekko latynoski („Baba” z chwytliwą gitarą), a nawet reggae („Warsaw” z futurystyczną elektroniką). Nie mogło tez zabraknąć nastrojowych i wyciszonych kompozycji jak „Anyway” z pięknie grającym fortepianem, smyczkami oraz delikatną gitarą elektryczną, gdzie pod koniec rozpędza się, funkowe „Game 4 the Angels” (świetna perkusja pod koniec i klawisze) czy idący w stronę bluesa „Klikam”. Mieszanka różnych brzmień wychodzi tu zdecydowanie na plus i pokazuje, ze jazz to coś więcej niż tylko smęcenie i spokojne granie kilku facetów na swoich instrumentach.
A sama Sadowska na wokalu prezentuje się naprawdę dobrze i różnorodnie, choć dominuje tutaj śpiew w języku ojczyzny jazzu, czyli angielskim (ale kilka polskich piosenek też jest). I udaje, że chodzi o coś więcej niż nagranie dobrego albumu. I taki też właśnie dostajemy.
Jazz w Polsce trzyma się bardzo dobrze, co nie podlega jakiejkolwiek wątpliwości. Tym razem do ręki trafił mi debiut tria jazzowego Chłopcy Kontra Basia, który pozornie gra jazz (kontrabas, perkusja, wokal). W czym jest różnica?
W tekstach, które są stylizowane na ludowe przyśpiewki. Tempo i aranżacje są dość różnorodne, z bardzo wybijającą się sekcją rytmiczną (zapętlający się kontrabas w „Krzywej nodze” czy znacznie szybszy „Bociek”) czy utwory śpiewane a capella („Kasia”). Jednak zdarza się, że pojawiają się instrumenty nietypowe dla muzyki jazzowej jak fujarki („Jerzy”), bardziej typowy klarnet („Mam ja męża”) czy fortepian Rhodes („O Martusi pchełce”). Wszystko to brzmi nieprawdopodobnie świeżo, dowcipnie (teksty) z czarującym wokalem Barbary Derlak. I więcej mówić nie trzeba.
Kompilacje były, są i będą wydawane. Jedne lepsze, drugie gorsze. Tutaj zaś mamy do czynienia z kompilacja już nagranych wcześniej piosenek z dawien dawna w wykonaniu „Królowej Soulu”, czyli niezapomnianej Arethy Franklin.
I są tutaj utwory z początku jej kariery, czyli z lat 60. A więc jest to szeroko pojęty elegancki pop z domieszką jazzu, czyli pojawiają się obowiązkowe smyczki („Try a Little Tenderness”), dęciaki („Ac-Cent-Tchu-Ate the Positive”) oraz perkusja, czasem jeszcze zabrzmi fortepian („Skylark”), jednak całość jest dość różnorodna, z dominacja spokojniejszych brzmień. Trudno wybrać jakiś jeden mocno wyróżniający się utwór, bo wszystkie 19 piosenek brzmi przynajmniej dobrze, można się przyczepić, że jest trochę za spokojnie i zbyt monotonnym, zależy co kto lubi. Ale jedno nie podlega wątpliwości – głos Arethy jest naprawdę poruszający i przykuwający uwagę. Może jeszcze nie aż tak ekspresyjny jak później (choć słychać to w „Trouble in Mind”), ale już czuć siłę. W dodatku z dobrymi tekstami, pozwala wejść w ten muzyczny wehikuł czasu oraz całkiem nieźle się bawić, co czego zachęcam.
Najlepsze składanki dla mnie to tych wykonawców, których nie znam. Kimś takim dla mnie była Stacey Kent – wokalistka jazzowa z kraju zwanego Nowym Jorkiem (wróć, to miasto jest przecież). Owszem, jej ostatnia płyta zrobiła na mnie wrażenie, ale nie znałem jej wcześniejszych dokonań.
Jak się domyśliliście, będzie na jazzową modłę. Więc nie zabraknie obowiązkowego fortepianu, jeszcze znajdzie się tu delikatna gitara elektryczna („Hushabye Lullaby”) i w ogóle taki bardziej chilloutowy klimat. Ale nie brakuje trochę żywszych momentów („Too Darn Hot” z bębenkami), choć większość piosenek to covery, ale co zrobić. Nie przeszkadza to, bo jest to muzyka zagrana i zaśpiewana z klasą i bardzo elegancko, czyli tak jak być powinno. W dodatku muzycy robią swoje (m.in. pianista Dave Chamberlain, gitarzysta Simon Thorpe i flecista Jasper Kvilberg), tworząc ten lekki klimat.
Nie ma sensu się dłużej rozpisywać, bo jak ktoś nie lubi takiego brzmienia, nie powinien słuchać tej płyty. Natomiast cała reszta jak najbardziej, bo to udany i bardzo przyjemny materiał.
O swoim stosunku do muzyki świątecznej już mówiłem przy okazji “Punk Goes Christmas”. Kolejnym mierzącym się z tematyka kristmasową jest afrykański gitarzysta jazzowy Jonathan Butler. Czy dał radę? A może uległ modzie?
I tak, i nie. Owszem, są to covery świątecznych numerów (w większości, bo są tu dwa autorskie utwory na 10), ale aranżacja jest na tyle interesująca, bo jazzująca i to wyróżnia go od innych. Mając dobry zespół (m.in. na dęciakach Dave Koz, Rick Braun i Paul “Shilts” Weimer, w chórku córka Jonathana, Jodie oraz basista Dan Lutz), Butler tworzy własną wersję świąt, pełna ciepła i mniej „standardową” z dzwoneczkami, kiczu i zadęcia. I słychać to w „This Christmas” z funkującym basem, rozbudowaną perkusją oraz dęciakami. No i najważniejsze – solówki Butlera (instrumentalny „Sleigh Ride”), które brzmią lekko i bardzo przyjemnie. Za to same covery są naprawdę pomysłowe (etniczna perkusja w „Little Drummer Boy”), a nawet w wersjach akustycznych (druga połowa płyty od „I’ll Be Home for Christmas”). I właśnie od tej połowy robi się trochę monotonnie (gitara i wokal), zaś Butler zaczyna się popisywać wokalnie (czytaj: drze ryja i rozciąga swoje frazy), co staje się męczące. Szkoda, bo to mógł być naprawdę dobry album.
A tak Butler wychodzi z konfrontacji połowicznie. I tak wam będę życzył wesołych świąt.