Batman v Superman: Świt sprawiedliwości

Konfrontacja między dwoma bohaterami nie z tego świata, potyczka na jaką czekano od dawna. Człowiek-Nietoperz z Gotham vs kryształowy Superman z Metropolis. Ktoś bardzo chce, żeby nasi herosi zaczęli się między napierdalać, szczuje ich przeciw sobie. A wszystko zaczęło się od starcia Supermana z Zodem, gdzie dochodzi do śmierci wielu ludzi, w tym pracowników firmy Wayne’a. A to było dwa lata (i poprzedni film temu), coraz bardziej podkręcając klimat. Jednak pierwsze przyjęcie kontynuacji „Człowieka ze stali” wywołało ogromne kontrowersje, dlatego postanowiłem troszkę odczekać, by na chłodno podejść do tematu.

batman_v_superman2

Pierwsze, co rzuca się w oczy podczas oglądania to chaos, wynikający z masy wątków, przez co ciągle przeskakujemy z miejsca na miejsce: od Gotham, Metropolis po afrykańską pustynię, gdzie dochodzi do masakry. Dodatkowo jeszcze mamy różne oniryczne majaki, które są powrzucane byle gdzie i choć niektóre wyglądają rewelacyjnie (Batman schwytany przez wojsko Supermana w przestrzeni a’la Mad Max), to stanowią pewien niepotrzebny naddatek. Bardzo powoli próbowałem odkryć główny plot, gdzie ciągle podgrzewana jest nienawiść do Supermana, wypominając mu wszystkie ofiary podczas prób ratowania świata. Świata, który pełen jest mroku (nie tylko z powodu, że większość ujęć jest kręconych nocą), nienawiści wobec nieznanego oraz pełnego przemocy. Ale wiele jest tutaj zagadek i niedopowiedzeń, przez co film niestety traci. Przeszłość Batmana (znowu widzimy śmierć rodziców, a rezydencja została zrównania z powierzchni ziemi) pozostaje niejasna, tak samo jak motywacja Luthora (okraszona niestety, bełkotliwymi, pełnymi symboliczno-filozoficznych frazesów zdaniami) oraz fakt, jak zdobył te wszystkie informacje mające doprowadzić do ostatecznej rozwałki i to, jak zaplanował to wszystko. To się zwyczajnie w głowie nie mieści.

batman_v_superman1

Wizualnie wygląda to naprawdę porządnie, od samego początku atakuje nas podniosła, wręcz majestatyczna muzyka, czyli jest bardziej poważnie i patetycznie. Samo w sobie nie jest jakąś poważną wadą, a Snyder próbuje zachować balans wobec lekkich, kolorowych filmów Marvela. Jednak czasami reżyser przesadza (zwłaszcza wobec tekstów Luthora), a konsekwentnie budowany klimat trafia szlag w momencie, gdy pada słowo „Martha”. Do tego jeszcze ta potyczka z Doomsdayem, wyglądająca jak jedno z wielu starć filmowych, gdzie przeciwnikiem jest komputerowo wygenerowane bydle. Kompletny brak zaangażowania, jakiego w tego typu filmach nie lubię.

batman_v_superman3

Aktorsko jest tutaj bardzo nierówno. Henry Cavill wracający do roli Supermana, czyli herosa z egzystencjalnymi problemami i daje sobie radę, chociaż nadal jest sztywny jakby kija połknął. O wiele lepiej wypada Ben Affleck jako Batman. Aktor bardzo dobrze przedstawił zmęczonego, cynicznego herosa, który nie waha się przed zabijaniem ludzi na prawo i lewo, zaś odrobinę cynicznego humoru dodaje Jeremy Irons, czyli Alfred. Niestety, ale wpadką trzeba określić to, co zrobił Jesse Eisenberg jako Lex Luthor. Ten facet nie wygląda groźnie i zamiast strachu, budził we mnie wyłącznie śmiech. Zwłaszcza swoimi tikami nerwowymi, czyniąc postać wręcz groteskową, karykaturalną. Reszta aktorów (zwłaszcza Amy Adams, Laurence Fishbourne czy Diane Lane) są zaledwie tłem, w dodatku pozbawionym jakiegokolwiek dobrego materiału. Wyjątkami od tej reguły są Gal Gadot (Wonder Woman, tutaj wchodzi na sam finał), Holly Hunter (senator Finch) oraz Jena Malone (Jenet, koleżanka z pracy), ale to tylko drobne epizodziki.

batman_v_superman4

Mam bardzo, ale to bardzo mieszane uczucia co do tego filmu. „Batman v Superman” to zdecydowanie rozczarowanie, bo liczono głównie na nieprawdopodobne doświadczenie, które zmiecie wszystkie filmy superbohaterskie z powierzchni ziemi. Ale masa głupich błędów i niespójności scenariuszowych, gdzie zachowania bohaterów wydają się niezrozumiałe (zwłaszcza trzeci akt) niszczy tą wizję, czasami doprowadzając patos do niestrawnych dawek. Nawet wersja ostateczna (trwająca pół godziny dłużej) nie jest w stanie zakryć masy dziur.

6/10

Radosław Ostrowski

Śmietanka towarzyska

Bobby jest młodym Żydem z Bronksu, który jest niepoprawnym romantykiem. Marzy o miłości i bogactwie, więc przenosi się do Los Angeles i liczy na fuchę u swojego wujka, producenta filmowego. Powoli zaczyna nawiązywać kontakty, odnajdując się w tym świecie. Towarzyszy mu wyznaczona przez wuja sekretarka, Vonnie, w której się zakochuje. Ona jednak (o czym nasz Bobby nie wie) ma romans z wujem bohatera.

cafe_society2

Jeśli w tle słyszysz jazzową muzykę oraz oszczędną czołówkę, to wiesz, że oglądasz Woody’ego Allena. Ten melancholijny nowojorczyk, mieszający powagę, refleksję i błyskotliwy humor w zasadzie opowiada historię taką jak zawsze, ale nigdy poniżej pewnego poziomu nie schodzi. „Śmietanka” pozornie wydaje się zbiorem charakterystycznych elementów stylu reżysera: jazzowa muzyka w tle, skomplikowane układy miłosne oraz refleksje nad nieprzewidywalnością ludzkiego życia. Materiału jest tu tyle, że można było zrobić kilka filmów i każdy z nich byłby ciekawy. Nie ważne czy byłby to elegancki melodramat, satyra na środowisko filmowe pełne blichtru oraz pustki czy gangsterską działalność brata Bobby’ego, Bena. Wszystko jest podana tak jak zawsze: lekko, dowcipnie i ze stylem. Mimo wtórności, nadal to wszystko ma urok, a osadzenie opowieści w realiach lat 30. dodaje pewnego szyku. Plusem jest przepiękna stron wizualna, pokazująca wręcz bajkowo tamten czas. Zarówno zdjęcia (tym razem odpowiadał za nie legendarny Vittorio Storaro), jak i scenografia z kostiumami wyglądają wprost oszałamiająco. Zarówno biuro Sterna, dawne posiadłości czy nocny klub robią dobre wrażenie i nie ma żadnych zgrzytów czy przesytu.

cafe_society1

Allen nadal potrafi trafić puentą i zgrabnie poprowadzić nawet przewidywalną historię (nawet Allen jako narrator nie gryzie). Jedno się nie zmieniło: ciągle ma rękę do aktorów, którzy nie zawodzą i tutaj. Główną rolę dostał tym razem Jesse Eisenberg i bardzo dobrze odnalazł się w roli romantycznego, uroczego młodzieńca (scena z prostytutką – perełka), wiarygodnie pokazując jego przemianę w pewnego siebie człowieka interesu. Także Steve Carell w roli wujka Phila trzyma fason. Pozornie człowiek sukcesu, ale jest w nim coś melancholijnego, pewien smutek, niespełnienie. Drugi plan jednak kradnie dla siebie Corey Stoll jako obrotny, chociaż bezwzględny Ben, powiązany z półświatkiem. A skoro Allen i miłość, to muszą pojawić się kobiety. Przyznam się od razu, że jestem kompletnie zaskoczony obecnością Kristen Stewart, która nigdy wcześniej nie wyglądała tak pięknie. Vonnie w jej wykonaniu to prosta, sympatyczna dziewczyna, początkowo marząca o sławie, a aktorka gra po prostu świetnie. Ale nawet ona wypada blado przy zjawiskowej Blake Lively (Veronica), kradnącej ekran samą obecnością.

cafe_society3

Woody Allen w „Śmietance towarzyskiej” nie odkrywa Ameryki i tworzy dokładnie to, czego się po nim spodziewamy: słodko-gorzką historię o tym, ze życie to komedia pisana przez sadystycznego dramaturga. Mimo wchodzenia do tej samej rzeki, seans jest bardzo przyjemny, lekki, a jednocześnie bardzo refleksyjny. Kto potrafi tak mieszać pozornie nie pasujące do siebie elementy?

cafe_society4

7/10 

Radosław Ostrowski

Koniec trasy

Na hasło pisarz wiele osób wyobraża sobie człowieka bardzo inteligentnego, oczytanego, sięgającego tylko po rzeczy z wysokiej półki. I to z każdej gałęzi kultury – żadne tam chłamidła, krąży na najwyższym poziomie socjety, a wszyscy ludzie lgną do niego jak ćma do światła. W filmie Jamesa Ponsoldta „Koniec trasy” widzimy inne oblicze pisarza.

koniec_trasy1

Punktem wyjścia opowieści jest wywiad jaki dziennikarz Rolling Stone (niepozbawiony ambicji literackich) David Lipsky przeprowadził w 1996 roku z objawieniem literatury amerykańskiej, czyli Davidem Fosterem Wallacem. Pisarz promuje swoją gigantyczną (nie chodzi tylko o to, że ma ponad 1000 stron) powieść „Infinite Jest”, więc dziennikarz spędza z nim 5 dni pod koniec tej trasy. Całość jest zwykłym, spokojnym i „gadanym” filmem w klimacie „Dymu”. O czym rozmawiają panowie? O wszystkim: sławie, myślach, nałogach, wenie, książkach, sztuce, fanach i demonach. Co dziwne, nie jest to pretensjonalna, pełna bełkotu rozmowa. Podczas niej zaczynamy dostrzegać to, co pozornie może wydawać się banalne: pisarz to też człowiek. Lubi zjeść sobie z McDonaldzie, może być uzależniony od telewizji (jedyna używka Wallace’a, poza colą) i może pójść ze znajomymi na film Johna Woo. Razem z Lipsky’m próbujemy wejść w umysł naszego pisarza, by go rozgryźć. Ciągle pytając, czy to jest prawdziwy „on” czy jakaś maska, poza, mechanizm obronny przed otoczeniem. Podczas tych kilku dni panowie powiedzą o sobie więcej niż przez całe życie, a dla jednego z nich będzie to punkt zwrotny w karierze.

koniec_trasy2

Wszystko jest tutaj bardzo spokojne, bez wariactw, dzikiego montażu, ale ten wycinek mówi więcej o Wallace, a reżyser unika tworzenia biograficznego bryka. Relacja między panami ulega ciągłej dynamice: od szybkiego nawiązania kontaktu, luźne rozmowy po skrywaną (przez Lipsky’ego) zazdrość o talent, podskórnie jednak wyczuwana jest pewna nieufność. Nie brakuje kilku trudnych tematów (sława, zasłyszana plotka o braniu heroiny), przez co jest wiele mocnych dialogów, pełnych trafnych obserwacji.

koniec_trasy3

Całość nie robiłaby tak dobrego wrażenia, gdyby nie fantastyczny duet aktorski. Jesse Eisenberg jako Lipsky jest troszkę innym obliczem aktora: wycofany, z jednej strony zazdroszczący talentu, z drugiej bardzo podejrzliwy i nie wierzący w charakter Wallace. Ten pisarz w interpretacji Jasona Siegela jest bardzo trudny do rozgryzienia: jest świadomy swojego talentu, ale nie chcę sławy za wszelką cenę (walczy z ego), unika towarzystwa ludzi, choć ma paru znajomych, woli psy od ludzi. Na ile to jest on, a na ile to jego mechanizm obronny, pozostaje to zagadką. Aktor, znany dotychczas z komediowego emploi, kompletnie zaskakuje i wchodzi w buty Wallace’a tak płynnie, jakby na chwilę ożył. Przejął jego gesty, ale nie jest tylko małpowanie. Siegel intryguje, zwodzi, czaruje, wymyka się wszelkiej szufladki, tak jak jego bohater.

Reżyser „Cudownego tu i teraz” zrobił dobrą, pomysłowo zrealizowaną biografię, konsekwentnie ją prowadząc do samego końca. Choć finał jest dramatyczny, to film skłania do przemyśleń, a wiele tekstów jest trafnych jak diabli.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Night Moves

Troje młodych ekoaktywistów: pracownik ekologicznej farmy Josh, prowadząca spa Dana i weteran marines Harmon mają dość szkód, które wielkie korporacje wyrządzają naturalnemu środowisku. Powodowani frustracją i bezradnością postanawiają wysadzić mieszcząc ą się w Oregonie hydroelektryczną tamę, by zwrócić uwagę społeczeństwa na problemy zanieczyszczeń i przywrócić przyrodzie naturalny bieg. Precyzyjnie przygotowywany zamach wraz z towarzyszącym mu napięciem stopniowo pogrąża ich w atmosferze paranoi, poczucia winy i strachu przed konsekwencjami.

Pilotująca to przedsięwzięcie reżyserka Kelly Reilhardt postanowiła jednak nie iść w stronę standardowego thrillera czy filmu sensacyjnego. Wszystko toczy się tutaj bardzo spokojnym, wręcz leniwym rytmem. Samej eksplozji tutaj nie zobaczymy, a wszystko skupia się na relacji oraz emocjach trójki bohaterów.

night_moves1

I tutaj autorka dokonuje szokującej wolty pokazując, jak bardzo niebezpieczna może być skrajność proekologiczna, która doprowadza do zamachów terrorystycznych. Czy to znaczy, że nie należy dbać o przyrodę? Jak najbardziej trzeba, ale to nie oznacza od razu, że trzeba dokonywać destrukcji i niszczenia ludzkiego wysiłku. Problem w tym, że ta interesująca refleksja nie dostała interesującej formy. Wszystko opiera się na długich kadrach oraz pokazywaniu zbliżeń na postaciach. I dla mnie od momentu zamachu zaczyna robić się niestety, nudno i bez zaangażowania. Jest to bardzo duży test dla cierpliwych, bo dopiero pod koniec dochodzi do bardzo dramatycznej, ale i przewidywalnej sytuacji. Zabrakło mi w tym wszystkim jakiegoś pazura, wstrząsu, ognia.

night_moves2

Sytuację próbują ratować aktorzy, tylko że nie do końca wydaje się zrozumiała ich motywacja. Najmocniej zapada w pamięć Jesse Eisenberg – introwertyczny John to facet, który z zimną krwią jest w stanie zrobić wszystko dla przyrody. Nie jest on pozbawiony wrażliwości, jednak tłumi ją w sobie. Bardziej krucha wydaje się Dena grana przez Dakotę Fanning (ależ ona wyrosła), która nie jest pozbawiona entuzjazmu, ale i tak najbardziej zapada w pamieć Peter Sarsgaard. Skupiony, z przeszłością, najbardziej doświadczony, ma wiele za uszami, a dla Johna jest autorytetem.

night_moves3
Trudno mi jednoznacznie ocenić, ale można śmiało stwierdzić, iż nie jest to w pełni wykorzystany potencjał. Jest ciekawe i nieoczywiste przesłanie, tylko forma jakaś mało atrakcyjna, nie angażująca.

5/10

Radosław Ostrowski

Iluzja

Było raz sobie czworo iluzjonistów, którzy wiązali koniec z końcem. Daniel Atlas bawi się kartami, Merritt McKinney jest mentalistą, Jack Wilder „łamie” wszelkie metalowe rzeczy, zaś Henley Reeves wykonuje różne niebezpieczne sztuczki, typu zamknięcie się w szklanym pomieszczeniu i uwolnieniu się, zanim wejdą piranie. Aż to pewnego dnia zostają zaproszeni do jednego pokoju, znajdując coś, co zmieni ich życie. Po roku cała czwórka działa jak „Czterej Jeźdźcy” i dokonują niesamowitych rzeczy. A wszystko zaczyna się od zniknięcia z bankowego skarbca w Paryżu 3 milionów euro. A przecież oni byli w Las Vegas, prawda? Sprawą zajęło się FBI (agent Dylan Rhodes) i Interpol (Alma Dray).

iluzja1

Wiecie, co to jest heist movie? To kino opowiadające o grupie ludzi, którzy planują zrobić wielki skok – napad na bak, kasyno czy coś ten deseń. Tym właśnie jest n nowy film Louisa Leterreiera, którego wszyscy pamiętamy jako twórcę „Transportera” czy „Starcia tytanów”. Jest to kryminał, ale nowym jest to, że zamiast włamywaczy mamy iluzjonistów. Innymi słowy – stricte rozrywkowe kino. I muszę przyznać, że całość ogląda się naprawdę dobrze, a sztuczki magiczne robią wrażenie, choć trzeba przy tym wyłączyć komórki mózgowe. Ma to ręce i nogi, akcja pędzi na złamanie karku, a efekty specjalne są przyzwoite. Owszem, są pewne niedociągnięcia, wątek miłosny między śledczymi jest z dupy wzięty, a bohaterowie nie są jakoś rozbudowani, zaś końcówka wprawia w konsternację. Ale całość wypada zaskakująco nieźle i dobrze się to ogląda.

iluzja2

To także jest zasługa naprawdę niezłej i gwiazdorskiej obsady. Najważniejsza tutaj jest czwórka bohaterów, których grają Jessie Eisenberg (wygadany Atlas), Woody Harrelson (dowcipny i jajcarski McKinney), Dave Franco (twardy i silny Wilder) oraz atrakcyjna Isla Fisher (ambitna Henley). Poza nimi jest jeszcze uroczy Morgan Freeman (Thaddeus Bradley – demaskator magicznych tricków), ciapowato-słodki Mark Ruffalo (agent Rhodes) oraz urocza Melanie Laurent (Dray). I oni bawią się swoimi rolami, dodając czasem odrobinę humoru, rozładowującego sytuację.

Nie jest to nic zaskakującego, ale bawiłem się całkiem nieźle. Ja się dałem uwieść czarom, choć i tak najlepszym filmem z magią w tle pozostaje „Prestiż”.

6/10

Radosław Ostrowski

Zakochani w Rzymie

Woody Allen to jeden z tych reżyserów, których lubię. Oglądanie jego filmów przypomina trochę odwiedzanie starego przyjaciela – niby wiemy, co powie, znamy jego dowcipy, ale potrafi czasem zaskoczyć i jest ciągle uroczy. Ale nawet i jemu zdarzają się potknięcia. Po świetnym „O północy w Paryżu”, jego wycieczka do Włoch jest po prostu nudna. O ile koncepcja pokazania 4 przeplatających się ze sobą opowieści jest naprawdę ciekawa, to sposób realizacji jest dość toporny. Ale po kolei.

zakochani w rzymie2

Wątki zaprezentowane przez Allena to: opowieść młodego małżeństwa, które przyjechało do Rzymu dla lepszej pracy, ale żona się gubi i mąż na skutek okoliczności spędza czas ze swoimi krewnymi w towarzystwie… prostytutki; przeciętny pracownik Leopoldo Pisanelli nagle staje się celebrytą; Amerykanka Hayley zakochała się we Włochu i dochodzi do poznania obojga teściów; związek Jacka i Sally jest udany, aż do pojawienia się Moniki. W każdym z tych wątków przewijają się poboczne postacie, co wywołuje różne komplikacje, ale najciekawszy jest ten ostatni, chociaż też nie do końca powala. Brakuje w tym filmie charakterystycznego dla Allena poczucia humoru, błysku w dialogach (zaledwie niezłych), choć Rzym wygląda pięknie (zdjęcia Dariusa Khondji), a muzyka wypada fajnie.

zakochani w rzymie1

Zaś aktorsko jest naprawdę nieźle. Należy koniecznie wspomnieć samego Allena, który wraca na ekran po 6 latach przerwy i jest w dobrej formie, razem z Judy Davis tworzy zgrabny duet. Najlepiej wypadł jednak Alec Baldwin w roli architekta towarzyszącemu Jackowi (średni Jesse Eisenberg) i próbujący mu doradzić w pełnych ironii słowach. Najsłabszy jest wątek młodego małżeństwa, bo i najbardziej przewidywalny i zrobiony chyba tylko po to, by mogła się pokazać Penelope Cruz, zaś przyzwoicie wypada Roberto Benigni jako celebryta-przeciętniak.

Allen nigdy nie był wybitnym reżyserem, choć zdarzyło się parę arcydzieł. Niestety, „Zakochani w Rzymie” są jednym z jego najsłabszych filmów. Szkoda, bo to facet umiejętnie budujący klimat, ciekawie opowiadający o życiu i całej reszcie. Oby to była tylko mała wpadka przed czymś lepszym.

5/10

Radosław Ostrowski