Werdykt

Jim Sheridan był jednym z najbardziej rozpoznawalnych irlandzkich reżyserów końca XX wieku, co jest zasługą takich filmów jak „Moja lewa stopa” czy „W imię ojca”. Jednak w ostatnim czasie jego produkcje przeszły bez dużego rozgłosu jak na początku kariery. Po latach posuchy powraca z dramatem sądowym, który mocno inspiruje się „Dwunastoma gniewnymi ludźmi”.

Współtworzony przez Davida Merrimana „Werdykt” oparty jest na jednej z najgłośniejszych zbrodni w historii Irlandii. A dokładniej chodzi o morderstwo francuskiej producentki filmowej, Sophie Tuscan du Plantier, popełnionej w okolicy jej domu oddalonym od miasteczka Schull w południowo-zachodniej części Irlandii pod koniec roku 1996. Podejrzanym był dziennikarz Ian Bailey (Colm Meaney), który miał dzień wcześniej śledzić kobietę, był kilkukrotnie aresztowany za przemoc domową i pojawił się jako pierwszy na miejscu zbrodni. Miał też parokrotnie przyznać się do winy. Dla francuskiego wymiaru sprawiedliwości były to na tyle mocne poszlaki, że pismak został zaocznie skazany na 25 lat więzienia w 2019 roku. Jednak Irlandia nie zdecydowała się na wykonanie ekstradycji podejrzanego do Francji. Tyle tła i wstępu do tego filmu.

Sheridan pokazuje fikcyjny proces Baileya pokazując, co by się stało, gdyby Irlandia zdecydowała się dokonać ekstradycji oskarżonego do Francji. Akcja dzieje się już pod koniec procesu, w którym przysięgli mają jednogłośnie podjąć decyzję. I – jak w klasyku Lumeta – jedna z osób (Vicky Krieps) ma wątpliwości. Reżyser kilka lat wcześniej nakręcił o tej sprawie 5-odcinkowy serial dokumentalny dla Sky, więc miał bardzo sporą dokumentację. I ta mieszanka fikcyjnych obraz z zebranymi dowodami (zeznania, ekspertyzy sądowe) oraz masą archiwalnych materiałów tworzy intrygującą hybrydę, przypominającą fabularyzowany dokument. Reżyserzy nie bawią się w robienie sensacji wokół całej sprawy, tylko za pomocą przysięgłych (pozbawionych imion i nazwisk, tylko przedstawieni numerami) podejmuje się skrupulatnego oraz metodycznego analizowania dowodów. I muszę przyznać, że wciągnęła mnie ta cała dyskusja, mimo – a może dzięki – nie znajomości sprawy. Każdy z przysięgłych jest na tyle intrygująco zarysowany, by poznać lepiej ich przeszłość i podejście, które tłumaczy ich sposób myślenia oraz przekonania i uprzedzenia.

Całość nie jest technicznie jakoś imponująca i widać ograniczenia budżetowe, ale to dodaje pewnego reporterskiego sznytu. Nawet jeśli opuszczamy z przysięgłymi salę obrad (czy to w bufecie, czy podczas wizji lokalnej na miejscu zbrodni) albo widzimy Baileya w celi, Sheridan z Merrimanem skupiają się na dialogu oraz interakcjach z przysięgłymi. Aczkolwiek sam przebieg i finał był dla mnie bardzo przewidywalny, jeśli zna się inspirację twórców. Za to sytuację ratuje świetna obsada, z której najbardziej wybija się wspomniana Vicky Krieps, fantastyczny Jim Connors (przysięgły nr 3 – niemal do końca wierzący w winę) czy sam Jim Sheridan w roli przewodniczącego ławy.

„Werdykt” (w oryginale „Re-Creation”) jest powrotem Jima Sheridana z niebytu. Zgrabna mieszanką dramatu sądowego z docudramą i podcastem true crime. Choć potrafi być przewidywalny i jest świadomym hołdem dla klasyka Sidneya Lumeta, udaje się przekonująco pokazać subiektywizm prawdy. Cholernie dobra rzecz.

7/10

Radosław Ostrowski

W imię ojca

Aż trudno uwierzyć, że ta historia wydarzyła się naprawdę. W 1974 roku brytyjski wymiar sprawiedliwości oskarżył Gerry’ego Conlona – drobnego złodziejaszka –  o dokonanie zamachu terrorystycznego. Razem z nim oskarżono trzech jego kumpli z komuny hippisowskiej oraz całą jego rodzinę, bo jak wiadomo wszyscy Irlandczycy to terroryści. Dopiero po 15 latach znaleziono dowody niewinności.

w_imie_ojca1

Opromieniony sukcesem debiutu Jim Sheridan znów opowiada prawdziwą historię największej pomyłki w historii brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości, za którą do tej pory nikt nie odpowiedział. Sam film zaczyna się od zamachu bombowego, w którym zginęło 5 osób (w tle „In the Name of the Father” U2 i Gavina Fridaya), a następnie przenosimy się do Belfastu, w którym trwa wojna i z którego Irlandczycy uciekają, by być jak najdalej od polityki, zamachów itp. Jednak z momentem wsadzenia ojca i syna w jednej celi, zaczyna się opowieść o relacji ojciec-syn, która paradoksalnie zaczyna się odbudowywać, co w innych okolicznościach byłoby niemożliwe, choć trwa to bardzo stopniowo i subtelnie. Al też pokazuje nie tylko niesprawiedliwość, ale też do czego może doprowadzić nadużycie władzy i wykorzystywanie jej w oparciu na stereotypach. Wszystko to naprawdę dobrze zrealizowane od strony technicznej, ze świetną muzyką (nie tylko piosenkami, gdzie spotykają się tu m.in. Hendrix, Thin Lizzy, Ray Davies i Sinead O’Connor, ale też instrumentalną Trevora Jonesa).

Zaś wisienką w tym filmie są dwie kreacje, o których nie można zapomnieć. Wiadomo, że jak pojawi się Daniel Day-Lewis, to on i tak ukradnie cały film oraz, że ta rola będzie bardzo autentyczna. I tak też jest tutaj. Gerry to na początku zagubiony, młody chłopak, który może nie jest świętym, ale stara się być uczciwym.  I w więzieniu przechodzi pewną metamorfozę, buntuje się i walczy o prawdę na wszelkie sposoby. Równym partnerem dla niego okazał się równie przekonujący Pete Postlethwaite – spokojny, opanowany i stonowany, ale ufający swojemu synowi i wspierający go. Ten duet nakręca ten film i jest jego siłą napędową. Poza nimi nie można nie wspomnieć Emmy Thompson (Gareth Pierce, obrońca w procesie apelacyjnym) oraz Colina Redgrave’a (śliski inspektor Dixon).

w_imie_ojca2

Takie filmy jak „W imię ojca” wywołują poruszenie i wściekłość wobec tego, co się stało. To nadal mocne i surowe kino, broniące się świetnym aktorstwem oraz historią. Absolutnie trzeba to obejrzeć.

7/10

Radosław Ostrowski

U2 & Gavin Friday – „In the Name of the Father”


Moja lewa stopa

Czy mówi wam coś nazwisko Christy Brown? Był to malarz, który cierpiał na porażenie mózgowe, a jedynym jego sprawnym narządem była jego lewa stopa. Mimo to udało mu się odnieść sukces jako malarzowi, a potem swoją historię opisał w książce „Moja lewa stopa”, która potem została przeniesiona na ekran przez debiutującego Jima Sheridana.

Film biograficzny nie jest gatunkiem łatwym, a sposobów do przedstawienia postaci są przynajmniej dwa: pokazując najważniejsze i przełomowe chwile w życiu bohatera albo skupiając się na krótkim wycinku życia, dzięki czemu bardziej poznajemy bohatera. Sheridan wybrał to pierwsze rozwiązanie, zaś klamrą spajającą cała historię jest wizyta u lorda Castlewellanda na koncercie charytatywnym, gdzie Christym zajmuje się Mary. Czytając jego książkę poznajemy jego losy i niełatwe życie w wielodzietnej, biednej rodzinie irlandzkiej. I choć wydaje się, że reżyser idzie po najprostszej linii oporu, jego losy naprawdę mnie obchodziły, emocje były wyczuwalne. Bieda, mała walka z samym sobą (mowa, ruchy), niespełniona miłość – to wszystko jest, a jednocześnie dostajemy dość spójny portret człowieka trochę nadwrażliwego, ale głodnego życia.

stopa

I jest to piekielnie dobrze zagrane, choć nie jedna rola zasługuje absolutnie na wyróżnienie – Daniel Day-Lewis jest po prostu genialny w roli Browna, bardzo pokazując jego ułomności – tiki, zniekształcony głos, mimowolne ruchy ciała. A jednocześnie czuć jego emocje – złość, gniew, frustracje, odrzucenie i jednocześnie poczucie humoru, opanowanie i pomysłowość (kradzież węgla). Jemu się wierzy na słowo. Bardzo przekonująco zagrali też Brenda Fricker (oddana matka) i Ray McAnally (szorstki, ale kochający ojciec), a z innych kreacji należy wspomnieć Fionę Shaw (dr Cole – empatyczna nauczycielka) oraz Ruth McCabe (Mary).

Niby ten film powinien skrótowo potraktować bohatera, powinny być logiczne dziury, a jednak Sheridanowi udało się stworzyć spójną historię, pełną emocji i empatii. Tak się powinno kręcić biografie.

8/10

Radosław Ostrowski