Dolina w Los Angeles. To tutaj dwóch zabójców – Dosmo Pizzo i Lee Woods – ma ściągnąć dług od jednego takiego kolesia, Roya Foxxa. Usypiają jego żonę i zamiast zgarnąć kasę, zabijają go. Jakby mało było komplikacji, Lee zabija Dosmo i wysadza auto w powietrze. W sprawę wplątują się dwaj gliniarze z obyczajówki – Wes i Allan. W sprawę, wbrew swojej woli, zostają wplatani marszand i jego asystentka oraz reżyser samobójca (gra go reżyser Paul Mazursky).
Pomieszanie z poplątaniem? Film John Herzfelda to jeden z pierwszych naśladowców „Pulp Fiction”, gdzie mieszają się wątki różnych postaci zazębiają się w jednym zdarzeniu. Sama intryga kryminalna tylko pozornie okazuje się prosta, a reżyser i scenarzysta w jednej osobie robi wszystko, żeby pomieszać, zaskoczyć i wprawić w osłupienie. Tym czasem wszystko okazuje się banalnie proste (pieniądze), a cała ta historia sprawia wrażenie zwyczajnie przekombinowanej neo-noirowej historii. Nic nie jest takie, jakim się wydaje (mega spojler), a wątki poboczne są dodatkiem, czasami zaburzającym intrygę (nieudana próba samobójcza reżysera czy wzięcie zakładników przez Dosmo) i rozładowującymi napięcie humorem. Do tego jeszcze mamy niezłe dialogi (nie pozbawione czarnego humoru) oraz wplecione piosenki, co jest elementem charakterystycznym dla Tarantino, jednak sam film zwyczajnie nie chwycił za gardło.
Nie wiem, co nie zagrało w tej opowieści – czy to nadmiar wątków, przekombinowana i udziwniona na siłę intryga kryminalna, ale aktorzy zrobili wszystko, by uwiarygodnić całość. Dzięki nim ogląda się to przyzwoicie. Jest tu kilka petard, a największą jest James Spader. Lee w jego interpretacji to chłodny profesjonalista, którzy rzadko pozwala sobie na ciętą ripostę, a jego znakiem rozpoznawczym jest mierzenie ostatniej minuty życia zegarkiem. Drugim takim strzałem jest lekko zwariowany Alvin w brawurowym wykonaniu Jeffa Danielsa, a jego monolog o nienawiści do prostytutek to perła. A jeśli chcecie popatrzeć na coś pięknego, to cieszy oko Charlize Theron (Szwedka Helga) i w zasadzie na tym kończą się plusy. Reszta prezentuje się nieźle, z wyjątkiem Teri Hatcher (zasłużona nominacja do Złotej Maliny), której sztuczność i nadekspresyjność zwyczajnie irytowała.

Niezły kino w stylistyce Quentina T., w którym komedia, gangsterka i dramat mieszają się ze sobą. Nie zawsze wszystko się tu układa w całość i nie porywa wszystko, jednak kilka scen potrafi rozbawić.
6/10
Radosław Ostrowski



