Szatan kazał tańczyć

Pozornie jest to film o młodej pisarce o imieniu Karolina, która odniosła wielki sukces swoim debiutem, opartym na życiu swojej siostry. Kobieta ma słabe serducho, żyje sobie jak celebrytka (promocja nawet w Tajwanie), a całe jej życie bazuje na prostym szablonie: seks, dragi, obrazy z Instagramu, wymioty.

szatan_kazal1

Katarzyna Rosłaniec – wydawało mi się po debiutanckich „Galeriankach”, że mimo wad, jest pewien potencjał w tej reżyserce. Tutaj jest 56 dwuminutowych scenek, które – jak twierdzi sama autorka – można jakkolwiek zmontować, to zawsze będzie ten sam film. No i co z tego, skoro czegoś takiego jak scenariusz, reżyseria tu nie istnieje? Ciąg przyczynowo-skutkowy zastąpiono chaosem, bałaganem oraz scenkami sklejonymi z czapy. A co dostajemy? Krótkie rozmowy, przypadkowy seks, masturbację, wymioty, snucie się bohaterki po ekranie od miejsca do miejsca, od klubu do klubu, a żeby było jeszcze ciekawiej dostajemy fragmenty nowego dzieła Karoliny, a w tle zmieniająca się twarz głównej bohaterki. Brzmi to strasznie (bełkot podparty tak drażniącym głosem, że chciałem przewinąć te fragmenty), brakuje tu jakiejkolwiek myśli, przesłania, sensu, wreszcie bohaterów, którzy są ledwo liźnięci (skoro mieli tylko dwie minuty, to czego się spodziewać). Nie brakuje paru nawet ciekawych kadrów (obiad rodzinny czy rozmowa Karoliny z Jagodą), w tle potrafi rzucić się ciekawa muzyka („Papierowy księżyc” na początku i „Luciola” w finale), jednak to wszystko jest tylko ładną wydmuszką.

szatan_kazal2

Chciałbym coś powiedzieć dobrego o aktorstwie, bo ono istnieje. Doceniam wręcz poświęcenie Magdaleny Berus w prezentowaniu swojego ciała, tylko że nie jest ono w żaden sposób podparte. Nie wiele o niej wiemy, ale widać pewne zagubienie, próbę odnalezienia swojego miejsca. Problem w tym, że nie byłem w stanie się zidentyfikować z Karoliną, a jej los kompletnie mnie nie obchodził. Z pozornie bogatego (lecz pustego) drugiego planu najbardziej zapadły mi w pamięć trzy postacie: matka (zawsze trzymająca fason Danuta Stenka), chłopak Marcin (dobry Łukasz Simlat) oraz postrzelona przyjaciółka Jagoda (Marta Nieradkiewicz), chociaż nie wykorzystano w pełni potencjał tych postaci.

szatan_kazal3

Ja pierdolę, chyba Szatan mnie podkusił, by obejrzeć ten wyrób filmopodobny. Najlepiej by się sprawdził jako videoinstalacja w galerii sztuki niż stricte film. Oglądacie tylko na własną odpowiedzialność, zwłaszcza, że Rosłaniec popełnia dokładnie te same błędy, co zawsze. I cofam to, co napisałem na początku.

1/10

Radosław Ostrowski

Me and That Man – Songs of Love and Death

songs of love and death

Wydawało mi się, ze termin supergrupa jest nadużywany, zwłaszcza w naszym kraju. Ale jak inaczej nazwać sytuację, gdy osoby z tak różnych stron muzycznego świata decydują się połączyć siły i stworzyć kompletnie nowe przedsięwzięcie. Tak jest w przypadku składu Me and That Man, ale to nie są w żadnym wypadku leszcze. Przyjrzyjmy im się bliżej.

Na wokalach oraz gitarach udzielają się Adam „Nergal” Darski (Behemoth) i John Porter, bas obsługuje znany jazzman Wojtek Mazolewski, z kolei perkusją dowodzi metalowiec Łukasz Kumański. Wydaje się to kompletnie absurdalnym połączeniem? Tylko pozornie, gdyż w tej mieszance bluesa, rocka i folku wszystko działa na swoim miejscu, stawiając na energię oraz naturalność. Czuć to od otwierającego całość „My Church is Black” (kończy też to wydawnictwo w polskojęzycznej wersji jako „Cyrulik Jack”): nakręcające się obydwie gitary, westernowa harmonijka ustna i od razu czuć jakbyśmy pojawili się w jakiej spelunie czy saloonie. Nie zabrakło też szybkiego, skocznego numeru w postaci „Nightride” (brzmi ta melodia dziwnie znajomo) czy „On the Road”.

Dominuje gitarowy przester, gdzie nie liczy się popisówka technicznymi umiejętnościami, ale surowy styl oraz klimat pełen brudu, piachu zmieszanego z mrokiem. Na szczęście muzycy próbują całość ubarwić, więc mamy tutaj klaskanie („On the Road”), obecność… dziecięcego chórku (szorstki niczym struna „Cross My Heart and Hope to Die”, zawierające w sobie sporą obecność ducha Nicka Cave’a), solówki smyczków („Better The Devil I Know” z psychodelicznymi organami pod koniec) czy podśpiewywania reszty muzyków zespołu (prawie cały czas). Do tego jeszcze pojawia się odrobina akustycznego spokoju (troszkę meksykańska w formie „Of Sirens, Vampires and Lovers” oraz niemal folkowe „One Day”) czy agresywniejsza „Magdalena” i galopujące „Love & Death”. To jednak tylko rozgrzewka przed najmocniejszym „Voodoo Queen (nuta zapożyczona od „Runaway” Del Shannona) oraz „Ain’t Much Loving” (gdyby Nick Cave grał rocka, to tak by brzmiał), które dosłownie wgniatają w fotel.

Panowie Nergal z Porterem wpadli na pomysł, by piosenki śpiewać na przemian. I ta konwencja sprawdza się dobrze – surowy Porter uzupełnia się z „cave’owym”, czystym głosem Nergala (przecież ten facet tylko bezsensownie drze japę, jakby nic innego nie umiał), jakiego po nim nikt się nie spodziewał. Obydwa głosy współtworzą klimat tego wydawnictwa, co jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem. I mam nadzieję, ze na tym jednym albumie to się wszystko nie zakończy.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Wojtek Mazolewski – Chaos pełen idei

wojtek-mazolewski-chaos-pelen-idei-b-iext45139747

Drugiego takiego jazzmana na polskim podwórku jak Wojtek Mazolewski nie ma. Kontrabasista oraz lider Pink Freud, Wojtek Mazolewski Quintet tym razem postanowił zadziałać na własną rękę w swoim pierwszym solowym albumie, gdzie miesza wszystko, co się da i pozapraszał armię gości, co bardzo mocno oddaje tytuł albumu.

Na czym polega chaos? Że mamy tutaj mieszankę jazzu (parę razy w utwory wpleciono kompozycje Mazolewskiego z w/w grup), rocka, popu i muzyki alternatywnej, co też wynika z udziału gości (m.in. Natalia Przybysz, Justyna Święs, Piotr Zioła, Ania Rusowicz, Misi Furtak czy Wojciech Waglewski), którzy udzielają się wokalnie. Ale na początek dostajemy wiele oryginalny piosenek jak skoczne „Organizmy piękne”, gdzie płynna melodia przeskakuje z fortepianu na trąbki czy gitarowy „Kolor czerwieni”, gdzie nie zabrakło krótkich (ale głośnych) wejść dęciaków. Osobiście świetny był cover „White Rabbit” Jefferson Airplane idący w psychodeliczno-orientalne klimaty (dęciaki i klawisze), gdzie idealnie wpasowała się Ania Rusowicz. Między piosenkami pojawiają się sporadyczne utwory instrumentalne, gdzie muzycy grają bardzo ciekawie (krótki, lecz prześliczny „Świt” czy czarujący perkusjonaliami „L.A.S.”).

Ale to właśnie fuzje i sklejki dwóch utworów zrobiły na mnie największe wrażenie. Polega to na tym, że mamy podkład od Mazolewskiego oraz wokal i tekst zaproszonego gościa. Pierwsza to bardzo stonowany „Angel of the Morning” połączony z „Bangkokiem”, gdzie śpiewa Natalia Przybysz. Dalej jest „Gdybym” z „Get Free” (wolny, przyjemny, niemal „letni” jazz), które brzmi co najmniej intrygująco, zwłaszcza gdy pod koniec dochodzi do ostrego ataku gitarowego, prawdziwa petarda w postaci „Twoi idole/Bombtrack” z udziałem Vienia oraz mocniej uderzającym duetem fortepian/perkusja, a także „skreczującym” (nie wiem, jak to inaczej nazwać) saksofonem czy sklejająca „Heart shared box” Nirvany z „Love at First Sign” (bardzo delikatny głos Misi Furtak).

W zasadzie można oskarżyć Mazolewskiego, że nie jest zdecydowany w jakim kierunku pójść, a „Chaos pełen idei” jest rzeczywiście chaotyczny i niespójny. Dla mnie jednak to wydawnictwo przypomina kosz z łakociami, gdzie można sobie wybrać coś dla siebie. A wszystko jedynie postać kompozytora, sklejającego w całość różne oblicza muzyki jazzowej, nie bojąc się także grać z innymi gatunkami, co jest zawsze fajne. Doceniam pomysłowość oraz różne twarze tego dzieła.

7,5/10

Radosław Ostrowski

John Porter – Honey Trap

honey trap

Obok Raya Wilsona to najbardziej znany zagraniczny muzyk mieszkający w Polsce od lat. Gitarzysta, wokalista, autor tekstów, współtwórca Maanamu – to tylko nieliczne dokonania Johna Portera. Dwa lata temu Walijczyk wydał swój ostatni, studyjny album  „Honey Trap”, którą współprodukował z Philem Brownem (współpraca m.in. z Talk Talk, Robertem Plantem czy Bobem Marleyem). Co z tego wyszło?

Mieszanka rocka, bluesa z folkiem. Czuć ducha dawnych lat, co czuć w garażowym „My Dark Places” z falującymi riffami na początku, wprowadzając w mroczny nastrój. Podobnie jest w surowym „In The Blue Room”, które nadawałoby się idealnie do filmu Davida Lyncha (pulsujący bas, ścinająca gitara), by następnie zagalopować w tytułowym utworze, nadając odpowiednie tempo, nie zmieniając klimatu. I wtedy następuje niespodziewane wyciszenie w postaci „Light on a Darkened Road” z poruszającymi smyczkami oraz lirycznym fortepianem, kontynuowane przez rock’n’rollowy „Night Smoke”.

Jednak spokój nie trwa długo, co sygnalizują mroczne klawisze oraz powolny bas wsparty przez zadziorną gitarę w „Where The Sun Never Shines” oraz smęcący (ale za to jak!) „Black with the Blues” z plumkającymi smyczkami i ostrym riffem pod koniec, dając na finał… odjeżdżający pociąg. Bluesowe „Love Don’t Save You” z nieprzyjemnymi organami od połowy potrafi zmrozić krew w żyłach, a oniryczne „Dreaming of Drowning” ma w sobie coś z klimatu Nicka Cave’a.  I tak mroczno-lirycznie zostanie do końca (bluesowe „Something New”).

Sam Porter z lekko zmęczonym, „cave’owym” głosem robi niesamowite wrażenie, tak samo jak refleksyjne (i pozbawione banalności) teksty. Ta pułpka na miód okazała się zabójczo skuteczna i trudno będzie ją wymazać z głowy.

8/10

Radosław Ostrowski