Johnny Marr – Call the Comet

Johnny_Marr_-_Call_the_Comet

Cokolwiek by Johnny Marr nie nagrywał i zrealizował, zawsze pozostanie jedną drugą kreatywną składu The Smiths. Jednak ten zdolny gitarzysta po rozpadzie formacji działał najpierw jako muzyk sesyjny, by dopiero pięć lata temu spróbować sił jako solista. W tym roku wyszedł trzeci album sygnowany jego nazwiskiem i wydaje się, że udało się utrzymać poziom.

Niby dalej czuć ducha rocka z lat 80., co słychać w solówkach i brzmieniu reszty instrumentów, ale zrobione jest nowocześnie. Tak jak w zadziornym “Rise”, z którym, syntezatorowym wstępem czy punkowy w duchu “The Tracers”, jakim mógłby się pochwalić na ostatniej płycie Noel Gallagher. Surowszy, niemniej melodyjny “Hey Angel” podtrzymuje poziom, a nowofalowy singiel “Hi Hello” brzmi niczym zaginiony kawałek The Smiths (podobnie “Day In, Day Out”). Nie oznacza to, że Marr nie potrafi czymś zaskoczyć. Czy tu perkusyjną elektroniką (synth popowe “New Dominions”), przytłumionym fortepianem (“Walk Into the Sea”), lekko przerobionym głosem (taneczny “Bug”) czy przesterowaną gitarą a’la U2 (“Actor Attractor”), jednak to są drobne detale dla bardzo staroświeckiego rocka sprzed 30 lat. Strasznie mi się podobają te solówki Marra, tak samo jak jego głos.

Ktoś powie, że Marr troszkę stoi w miejscu i gra ciągle to samo. Ale trudno mi się przyczepić do tego, skoro jest to dobrze wykonane, przyjemnie się słucha i nadal ma swój klimat. Tą kometę możecie śmiało wezwać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Blondie – Pollinator

Blondie%27s_%22Pollinator%22_album_cover

Pamiętacie taki zespól Blondie? Jeden z prekursorów punk rocka (obok Ramones i Sex Pistols), który mieszał tak naprawdę różne gatunki: od rocka przez disco, funk i reggae, osiągając szczyty popularności w latach 80. Potem doszło do rozpadu, a Debbie Harry i spółka skrzyknęli się pod koniec lat 90. (ze starego składu ostali się tylko gitarzysta Chris Stein i perkusista Clem Burke), czasy się zmieniły, a grupa nie odnosiła tak spektakularnych sukcesów. Nie mniej nie odpuszczają, dzięki czemu trafiła jedenasta studyjna płyta.

Przy „Polimatorze” od strony produkcyjnej wsparcia udzielił John Congleton, zaś utwory na albumie są stworzone przez takie postacie jak Johnny Marr (gitarzysta The Smiths), Sia, David Sitek (TV On The Radio) czy Nick Valenci (The Strokes). Nad całością czuć ducha dawnego, przebojowego oblicza Blondie, co czuć już w energetycznym „Doom or Destiny”, gdzie wokalnie wsparcia udzieliła Joan Jett. Szybkie riffy, delikatne i rozbuchane klawisze, dynamiczna perkusja – brzmi jak czad? I tak też jest. Echa nieśmiertelnego „House of Glass” czuć w rytmiczno-nostalgicznym „Long Time” czy delikatnym „Already Naked” z zadziorniejszą gitarą w refrenie. Potencjalnym killerem imprezowym jest singlowe „Fun”, gdzie mamy nośny refren, chwytliwą nutę, funkową gitarę i dyskotekową perkusję z lat 70. oraz niemal punkowy „My Monster” (ta gitara szaleje). Nie brakuje też miejsca na bardziej romantyczne fragmenty, gdzie szansę ma się popisać klawiszowiec w „Best Day Ever” czy mroczniejszym „Gravity”, nie wspominając o niemal akustycznym „When I Gave Up on You”. Nie brakuje i dęciaków (niezły „Love Level”).

Blondie trzyma się swojej stylistyki, a wokal Debbie Harry jest na tyle wyrazisty, że nie można jej z nikim pomylić. Ale wiek zrobił swoje (wokalistka ma już 72 lata!) i choć nie ma on takiej mocy (wokal, nie czas) jak kiedyś, to nie wywołuje ona rozdrażnienia. Jest to solidny poziom, jakiego wiele osób może pozazdrościć.

„Polinator” to powrót Blondie do dobrej formy i przyjemnego, przebojowego popu zrobionego w starym, lecz nie archaicznym stylu. List przebojów i nowych fanów raczej nie zdobędą, ale nie mają czego się wstydzić. Dinozaury nadal się fajnie gibają i nie zamierzają jeszcze przenieść się do muzeum.

7/10 

Radosław Ostrowski

Johnny Marr – Playland

Johnny_Marr_Playland

Pewnie wielu z was nazwisko Johnny Marr nic nie mówi? A kojarzycie taki zespół The Smiths? To Marr z Morrisseyem byli mózgami tej formacji. Po rozpadzie grupy Marr działał jako muzyk sesyjny i współpracował m.in. z Paulem McCartneyem, The Pretenders, The The i nawet założył własną grupę (Johnny Marr & The Healers), która wydała na razie jedną płytę. Pod własnym szyldem i bez tworzenia kapeli działa od 3 lat, a „Playland” to drugie wydawnictwo sygnowane jego nazwiskiem.

Wydany dwa lata temu album zawiera melodyjnego rocka alternatywnego. Poza Marrem na gitarze i wokalu grają tutaj perkusista Jack Mitchell, basista Ivan Gronov oraz klawiszowiec i współproducent płyty James Doviak. Otwierający całość „Back In the Box” mógłby powstać śmiało w latach 80. (synth popowe klawisze, garażowa gitara) i nadaje się do tańczenia. Podobnie jak singlowy „Easy Money” z chwytliwym refrenem czy spokojniejszy „Dynamo” z szybką grą perkusją oraz płynącymi riffami. Chwila wyciszenia pojawia się w niemal akustycznym „Candidate”, gdzie słyszymy mandolinę, fortepian oraz falującą elektronikę spod znaku new wave. To jednak tylko krótka chwila oddechu, by przyspieszyć dynamicznym „25 Hours”, gdzie Marr bardziej nawija niż śpiewa, ale i tak brzmi to świetnie. „The Trap” brzmi bardzo romantycznie (ta łagodna gitarka i klawisze), przypominając troszkę dokonania The Smiths, co nie jest żadną wadą, a tytułowa kompozycja czerpie z punka (przesterowane i brudne gitara z basem) i melodyjnego popu.

Powrót do początku i skojarzenia z dawnym Franz Ferdinandem czuć w niemal metalicznym „Speak Out Reach Out”. Dalej jest równie melodyjnie i przebojowo, a wada jest tylko jedna: czemu to tak szybko się kończy? Marr lepszym jest gitarzystą, chociaż za mikrofonem radzi sobie naprawdę przyzwoicie i słychać, że sprawia mu to frajdę. Melodyjne, szybkie i pachnące starym, brytyjskim rockiem. Więcej chcieć nie trzeba.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Noel Gallagher’s High Flying Birds – Chasing Yesterday

Chasing_Yesterday

Kiedy doszło do rozpadu Oasis, wydawałoby się, że o braciach Gallagher już nie usłyszymy. Liam z resztą chłopaków założył Beady Eye, które kontynuuje ścieżkę Oasis, a Noel założył własny projekt, idąc swoją własną drogą. Po dość ciepło przyjętym debiucie na drugi album trzeba było czekać cztery lata.

I tak jak na poprzednim albumie słychać Noela zaczynającego każdy utwór od liczenia, potrafi zagrać interesujący riff i stworzyć miejscami mocno brudny klimat, podszyty melancholią. Jak w „Riverman” czy bardziej przebojowym „In the Heat of the Moment” z mocnym basem oraz… dzwonami. Facet wie jak zrobić potencjalny przebój, ale jednocześnie stara się, by tekst nie był o pierdołach. Czasami zdarzają się pewne podobieństwa do Oasis (melancholijne „The Girl with X-Ray Eyes” z Hammondami czy brudniejsze „Look All the Doors” z psychodelicznymi – troszkę – riffami), jednak Gallagher robi wszystko, by uniknąć monotonii, stąd m.in. pojawienie się dęciaków w „The Right Stuff” czy obecność Johnny’ego Marra w kończącym całość „The Ballad of Mighty I”.

Widać, że Noel lata wysoko i nawet pewne powtórzenia czy inspiracje macierzystą grupą jestem w stanie wybaczyć. Jedno jest pewne, Gallagher trzyma formę oraz fason, a słuchanie go sprawia naprawdę wielką frajdę. Mocny kandydat do płyty roku.

8/10

Radosław Ostrowski