Opiekunka: Demoniczna królowa

Pierwsza „Opiekunka” wzięła mnie z zaskoczenia. Mieszanka krwawej komedii z opowieścią o wyrywaniu się z dzieciństwa i wchodzeniu w wiek nastoletni dała mi masę frajdy. B-klasowy sznyt, samoświadomość i dużo humoru podziałały jak trzeba. Tym bardziej byłem zdziwiony, że było to dzieło McG, którego wielkim fanem nie byłem. No i pojawiły się wieści, że Netflix robi sequel. Nie powiem, czekałem i… o mój Boże. Jest więcej, bardziej oraz równie fajnie jak w jedynce.

Minęły dwa lata, a nasz Cole chodzi do liceum, gdzie traktowany jest jak wariat. Nikt nie wierzy w to, co się wydarzyło poprzednio. Że opiekunka razem z demonami należała do sekty i potrzebowano jego krwi, by spełnić swoje największe marzenia. Jedyną osobą wspierającą go jest blondwłosa Melanie. W szkole pojawia się jeszcze nowa, jeszcze bardziej wyobcowana Phoebe. Na wieść, że rodzice chcą go umieścić w psychiatrycznym liceum chłopak decyduje się na wagary z Melanie. Płyną łódką gdzieś na odległa wyspę (razem z kumplami) i okazuje się, że… Melania zawarła pakt z diabłem. No i trzeba krwi prawiczka, by wszystko doszło do skutku. Czyli wszystko zaczynamy od początku, jednak bohater ma wsparcie w postaci przypadkowo pojawiającej się Phoebe.

McG realizuje wszystko zgodnie z zasadą pradawnego amerykańskiego boga Box-Office’a. Jest inna lokalizacja, ale (prawie) ci sami bohaterowie. Jest więcej krwi, troszkę bluzgów oraz porąbanych pomysłów realizacyjnych. Zupełnie jakbym oglądał teledysk czy grę komputerową (scena walki jeden na jeden żywcem wzięta z jakiejś bijatyki): pojawiające się napisy, sceny retrospekcji dotyczące naszych złoli, w tle wpleciona muzyka z lat 70. i 80. (m.in. Focus, Jefferson Airplane czy Tangerine Dream), popkulturowe odniesienia w dialogach (bo nastolatkowie oglądają stare filmy i uczą się z nich) oraz groteskowe sceny zgonów. Wszystko w bardzo krzywym zwierciadle, z chwilami na złapanie oddechu oraz przewrotnym finałem.

W zasadzie mam jeden poważny problem, bo całość jest aż za bardzo przerysowana, szalona i chcąca być cool. W paru momentach jest tego aż za dużo, przez co można wybić się z seansu. I tylko dlatego dwójka jest filmem utrzymującym poprzednika, ale go nie przebijającym. Aktorzy wydają się wiedzieć, w co weszli i bawią się świetnie na planie, balansując między powagą a zgrywą. Ale czego kompletnie się nie spodziewałem, to pojawienie się Samary Weaving pod sam koniec jako cameo. Zaś starzy znajomi (m.in. Judah Lewis, Bella Thorne i Robbie Amell) nie sprawiają wrażenia znudzonych.

Druga „Opiekunka” nie jest w żadnym wypadku odgrzewanym kotletem, ale równie szaloną, zabawną, krwawą komedią dla nastolatków. Prosta, bezpretensjonalna zabawa konwencją jakiej troszkę na dzisiejsze czasy potrzebujemy.

7/10

Radosław Ostrowski

Kronika świąteczna

Coraz bliżej Święta, coraz bliżej Święta… – jak wiadomo, powoli zaczyna się zbliżać, a wtedy pojawiają się choinki, dzwoneczki oraz filmy z pewnym kolesiem w czerwonym stroju. Nie, nie jest to Deadpool, tylko koleś zwany świętym Mikołajem. Wiecie, gość wręczający prezenty w jedną noc, nikt go nie widzi i jego obecność przyjmuje się na wiarę. Tym razem swoją opowieść postanowił pokazać Netflix, wsparty tutaj producencką ręką Chrisa Columbusa (kultowy Kevin, co dwa razy był sam w domu).

kronika_swiateczna1

Sam punkt opowieści jest bardzo prościutki: mamy rodzinę, która straciła ojca-strażaka. Matka pracuje jako pielęgniarka w szpitalu, zaś dwoje dzieci coraz bardziej się od siebie oddala. Starszy brat (Teddy) nie wierzy w bzdury o Mikołaju i idzie na kolizję z prawem, zaś jego siostra (Kate) wydaje się tą bardziej naiwną, pocieszną oraz tą „grzeczną”. Ciężko utrzymać tą więź. W noc wigilijną dziewczynka znajduje na jednej z nagranych taśm pewną rękę z prezentem. Przekonuje brata, by sfilmować i „upolować” świętego Mikołaja. Żeby udowodnić jego istnienie, co w pewnym sensie się udaje. ale problem w tym, że sanie zostają rozbite, renifery zaginęły, a worek z prezentami odleciał w siną dal. Czyżby tegoroczna Gwiazdka miała się zakończyć katastrofą?

kronika_swiateczna2

Reżyser Clay Kaytis realizuje klasyczny film familijny, jakiego możecie się spodziewać. Każdy problem zostaje dość szybko rozwiązany, humor jest miejscami bardzo slapstickowy (wręcz ograny do bólu), a finał jest równie oczywisty jak kolejność dni w tygodniu. Są renifery? I nawet ładnie wyglądają, elfy też potrafią być urocze (z wyjątkiem jednego narwańca), a w tle czuć klimat świąt, co także jest zasługą muzyki. Wiadomo, jak to się skończy: prezenty zostaną dostarczone, Mikołaj będzie szczęśliwy, a dzieciaki odnowią swoją więź, pokonując pewne demony. Historia nie porywa, ale ogląda się całkiem nieźle.

kronika_swiateczna3

Najbardziej podobała mi się wizja świata św. Mikołaja. Facet ma dość wypasione sanie (mogą być nawet lekkim samolotem) oraz kilka gadżetów – lokalizator worka, będącego wrotami do domu świętego oraz jego ekipy elfów, zaś sam odnosi się z dużym dystansem do swojego medialno-popkulturowego wizerunku. Jego zderzenie z rzeczywistością staje się źródłem kilku zabawnych sytuacji (scena w areszcie, gdzie wykonuje koncert niczym dawni Blues Brothers), zaś rozpoznawanie swoich podopiecznych, gdy jako dzieci prosili o prezenty, też sprawia troszkę frajdy.

Samo aktorstwo jest poprawne, ale jest jeden mocny punkt: święty Mikołaj. Ale czy może być inaczej, jeśli tą postać gra sam Kurt Russell? I ten Mikołaj jest absolutnie cudowny: z jednej strony wierzy mu się, potrafi wyczarować różne prezenty, chociaż wygląda na troszkę starszego i mniej zadbanego, z drugiej ma masę luzu, dystansu oraz wnosi lekkość tej postaci. Zawsze pozostaje przekonujący, odpowiednio charyzmatyczny, a jednocześnie bardzo jowialny. I jego obecność nakręca ten cały film (tak jak krótki epizod pani Mikołajowej – sami zobaczycie, kto się wcielił w tą postać).

Jaka jest ta „Kronika świąteczna”? Całkiem fajna, chociaż trzeba bardzo mocno zawiesić oko na wydarzenia ekranowe. Lekki, niezobowiązujący seans z rodziną w towarzystwie najbardziej cool Mikołaja w historii. Czy można się rozczarować?

6/10

Radosław Ostrowski

Summer of ’84

Nie wiem, czy zauważyliście, ale moda na lata 80. od paru lat coraz bardziej się nasila. Sukcesy takich dzieł jak „Stranger Things”, „Gość” czy „Coś za mną chodzi” doprowadziła, że każdy chce jeszcze zgarnąć z tego nostalgicznego tortu ile się da. Czy na tym sentymencie można jeszcze coś ugrać? Wygląda na to, że tak i tej retro fali powstrzymać się nie da. Już tytuł filmu „Summer of ‘84” nakręcony przez trio RYSS wskazuje kierunek.

lato_84_1

Jesteśmy gdzieś na przedmieściach hrabstwa Cape May w roku 1984 roku. Nic się nie dzieje i nie ma zbyt wiele do roboty, zwłaszcza gdy jesteś nastolatkiem w rodzaju geeka, masz ojca reportera. Wtedy jedynym zajęciem (poza dorywczą pracą jako gazeciarz) jest podglądanie sąsiadów (w szczególności sąsiadek) oraz zabawa z najbliższymi kumplami. Tak właśnie ma Davey, mający bardzo bujną wyobraźnie. Zmianę tej sytuacji może wprowadzić sprawa seryjnego mordercy, który porywa dzieci. Z jakiegoś powodu Davey uważa, że poszukiwanym mordercą może być… jego sąsiad, Wayne Mackey. Tylko, że jest on policjantem – bardzo lubianym i szanowanym. Dlatego trzeba tą tezę udowodnić.

lato_84_2

Kanadyjscy filmowcy mieszają tutaj Alfreda Hitchcocka, mocno inspirując się „Oknem na podwórzu” (motyw podglądactwa) polewając sosem z lat 80. Detale w postaci przedmiotów (walkie-talkie z G.I. Joe, rowery, walkmeny, biblioteka) oraz pojazdów budują wiarygodność realiów. Tak samo jak bardzo elektroniczna muzyka, pełna syntezatorów i perkusji brzmiącej tylko w tych czasach. Ale twórcy zgrabnie podpuszczają i mylą tropy, skupiając się na jednym pytaniu: czy nasz bohater ma rację czy zwyczajnie odleciał? A że większość „śledztwa” toczy się nocą, to suspens miejscami jest elektryzujący i klimatem zahacza wręcz o horror (świeżo zakopana ziemia w ogródku, zamknięte na kłódkę pomieszczenie, nadmierna serdeczność podejrzanego), co działa tylko na plus. Ale zapomnijcie o jump scare’ach, tutaj liczy się nastrój oraz klimat.

lato_84_3

Sam tytuł w konwencji mystery movie opowiada o zamknięciu pewnego etapu w życiu człowieka, po którym nic już nie będzie takie samo. choć najważniejszy pozostaje Davey, pozostali bohaterowie tez mają bardzo poważne i nawet ciężkie tło związane z rodzicami: rozwód rodziców (Nikki, będąca obiektem pożądania), przemoc („Eats”), ciężka choroba matki (Woody). Jest to ledwo liźnięte i zaznaczone, ale stanowi istotne tło. A monolog o tym, że pod każdym idealnie wyglądającym ogródkiem oraz domem czai się mroczna tajemnica, wybrzmiewa coraz bardziej.

Kolejny film wpisujący się w retro klimat, ale zrobiony z sercem. Świetnie zagrany przez kompletnie nieznanych aktorów (między chłopakami jest chemia), konsekwentnie buduje napięcie aż do przerażającego, brutalnego i nieoczywistego finału. Parę razy zmroziło mi krew, co nie zdarza się często.

7/10

Radosław Ostrowski

Opiekunka

Cole jest młodym chłopcem, lat 12. Mieszka z rodzicami, jest ogólnie pojmowanym loserem, który ma bardzo duże kompleksy: boi się praktycznie wszystkiego, jest szykanowany, nieśmiały, chociaż ma szeroką wiedzę. Że nie jest dojrzały może wskazywać fakt, że ma… opiekunkę. Bee jest taką laską, z którą udaje mu się nawiązać silną więź (poza koleżanką ze szkoły, która jest jego sąsiadką). Pewnego wieczora, gdy jego rodzice jadą za miasto, chce z ciekawości zobaczyć, co robi jego opiekunka, gdy śpi. To, co zobaczy przejdzie jego najśmielsze oczekiwania.

opiekunka1

McG – Joseph McGinty Niccol – reżyser, który filmy robił albo złe, albo ch***we, więc nie spodziewałem się po jego nowym filmie niczego specjalnego. Muszę jednak przyznać, ze ten horror na wesoło bardzo mnie zaskoczył. Sama historia nie jest jakaś super skomplikowana oraz pełna klisz, tylko że wszystko zostało wzięty w duży nawias. Mamy tutaj grupkę ludzi potrzebujących krwi do zawarcia paktu z diabłem, ścieżkę dźwiękową inspirowaną klasycznymi horrorami i elektroniką oraz sporą dawkę kiczu zmieszaną z humorem. Żartem są pojawiające się napisy w trakcie, nadmiar (celowy) krwi oraz makabrycznych zgonów (akcja z policjantami), czyniąc ten film bardziej podkręconą wersją „Kevina samego w domu” w reżyserii Sama Raimi w latach 80.

opiekunka2

Pojawiają się ograne chwyty w postaci pojawienia się znikąd przeciwnika, ukrywanie się przed uzbrojoną opiekunką w przedpokoju, ale to wszystko zostaje ograne czy to za pomocą dowcipnej gatki (starcie z ranną cheerleaderką, którą może da się słowem przekonać) albo wykorzystaniem piosenki (wjazd na chatę w rytm nieśmiertelnego „We Are The Champions”) czy pomysłową inscenizacją (ucieczka pokazana z perspektywy twarzy bohatera czy konfrontacja na fundamentach). I to wszystko działa aż do samego końca, gdy bohater zyskuje szacunek dawnych wrogów, poznaje fajną dziewuchę i – mówiąc najprościej – staje się dorosły.

opiekunka3

Poza zaskakującym wyczuciem konwencji, reżyser też pewnie prowadzi aktorów, choć tak naprawdę liczy się tylko dwoje z nich: Judah Lewis oraz bardzo apetyczna Samara Weaving. Pierwszy bardzo dobrze przedstawia typowego zakompleksionego, niepewnego siebie chłopaka. Niby takich było na ekranie wielu, ale i temu kibicowałem do końca. Z kolei Weaving to diaboliczna mieszanka uroku, seksapilu oraz bezwzględnej determinacji. Wodzi za nos swoim niewinnym spojrzeniem, by później wbić noże w łeb. I jak tu przejść obok niej obojętnie? Drugi plan też jest zaskakująco bogaty, a aktorzy wczuli się w tą poważną-niepoważną historię.

opiekunka4

Nie spodziewałem się, że kiedyś to powiem, ale McG zrobił naprawdę dobry film. „Opiekunka” to kolejny przykład udanych, ostrych i krwawych jaj z horroru. Przyspieszony kurs dojrzewania oraz zgrywa z gatunku, dodatkowo z klimatem oraz napięciem, dodatkowo zrobione w bezpretensjonalny, lekki sposób. Panie McG, zwracam honor i mam nadzieję, ze następne filmy będą przynajmniej na tym poziomie.

7/10

Radosław Ostrowski

Destrukcja

Davis jest pozornie zwykłym japiszonem, który kocha swoją pracę, ma piękną zonę, którą kocha. Dość spokojne i uporządkowane życie wywraca się do góry nogami przez wypadek samochodowy. On przechodzi bez żadnego zadrapania, ale żona ginie. I wtedy dochodzi do innego wydarzenia – próbując kupić M&Msy, maszyna z jedzeniem zacina się. Pismo do firmy odbiera pracownica Karen, która wieczora dzwoni do niego. Ona ma chłopaka i rozwydrzonego dzieciaka, zaczynają się spotykać.

destrukcja1

Dziwne to jest kino, choć dotykające ważkiego tematu – żałoby. Jednak zapomnijcie o delikatności i subtelności z „Nie ma mowy!”. Reżyser Jean-Marc Vallee po prostu idzie mocno po bandzie, pozwalając sobie na krótkie ujęcia, dość szybko montowane i przeplatane ze sobą. Dodatkowo jeszcze polane jest to mocno absurdalnym humorem, co wywołuje jeszcze większy rozgardiasz. Zdarzenia przychodzą i odchodzą jak w kalejdoskopie, zmieniając tempo oraz dorzucając kolejne sceny symboliczne (wyrwane drzewo, oddzielenie skarpetek od bielizny czy demolka własnego mieszkania). To wszystko powoduje, że trudno zachować sympatię do bohaterów – niedopasowanych do swoich ról outsiderów z popapranym życiorysem i nie radzącym sobie z niczym. Przechodzimy od sceny do sceny i… ja nie poczułem nic. Absolutne nic. Rozumiem próby łagodzenia pokręconym humorem, by mimo wszystko poczuć się lepiej, ale to kompletnie nie działa.

destrukcja3

Sytuację próbują ratować aktorzy i to częściowo się udaje. Ale czy może być inaczej, jeśli się zatrudnia Jake’a Gyllenhaala? Davis w jego wykonaniu sprawia wrażenie lekko stukniętego – nieogolony, ze słuchawkami na uszach i pustymi oczami. Bredzi od rzeczy i chociaż nie potrafi niczego naprawić, zaczyna brać się za majsterkowanie, a mówiąc wprost, za niszczenie wszystkiego. To ma być taki sympatyczny misio, który przeżywa żałobę, mając wszystko gdzieś i mówiąc to, co naprawdę myśli. Na przykład, że nigdy nie kochał swojej żony i nie zwracał uwagi na wszystko dookoła. partneruje mu Naomi Watts, której dawno (czyli od „Birdmana”) nie widziałem i jest równie pokręcona (jej postać) jak Davis. Samotnie próbuje wychować krnąbrnego i szczerego do bólu syna (fantastyczny Judah Lewis), a przy okazji pali zioło. Nieźle? Zaczyna się tworzą miedzy tą dwójką więź, ale trudna do jednoznacznej oceny – zauroczenie, współczucie, miłość? Wszystkiego trzeba się domyślić (to fajne), ale brakuje nawet poszlaki (nie fajne).

destrukcja2

Trudno mi ocenić „Destrukcję”. Z jednej strony ma mocnych aktorów oraz nietypową formę realizacji, ale z drugiej trudno mi było wejść w skórę naszego bohatera. To, co się z nim działo było mi w zasadzie obojętne, chociaż widać, że coś w nim siedzi. Wielu z was odrzuci dość mocna symbolika i nierówne tempo, podobnie humor. Potwierdza się teza, że aby zbudować coś nowego, trzeba wyburzyć stare.

6/10

Radosław Ostrowski