Tylko jedna noc

Komedia romantyczna na dużym ekranie dzisiaj pojawia się bardzo rzadko, a sam gatunek – bardzo popularny w latach 90. i początku lat 2000-nych – dominuje na platformach streamingowych. Niemniej czasami udaje się taką produkcję dać do kin, nawet jeśli nie zarabia kosmicznych pieniędzy. Taki jest też przypadek nowego dzieła Willa Glucka, z intrygującym pomysłem na świat przedstawiony, ale czy czymś ponadto?

Akcja „Tylko jednej nocy” dzieje się w alternatywnej rzeczywistości Ameryki, gdzie od trzech obowiązuje zakaz seksu przedmałżeńskiego. Z wyjątkiem tylko jednej nocy w roku, co dla singli płci obojga oznacza 364 dni poszczenia. I tego wyjątkowego wieczora będziemy towarzyszyć dwójce ludzi, szukających partnera/ki na numerek. Owen (Callum Turner) jest właścicielem pizzerii, mieszkającym u matki (Molly Ringwald). Choć ma dziewczynę Malikę (Maya Hawke), ta jednak woli spędzić tą noc w towarzystwie sąsiada. Z kolei Allie (Monica Barbero) to aspirująca piosenkarka, która ma tremę przed występami publicznymi (dlatego tylko śpiewa w studiu do reklam), mieszka ze współlokatorką i jest… romantyczką. Nie trzeba być wnikliwym, by dojść do wniosku, że losy tej dwójki się przetną więcej niż raz.

Fabuła w sumie jest dość standardowa jak na ten gatunek. Dwójka obcych ludzi (przez większość czasu jednak będący osobno), będących chodzącymi kontrastami, co początkowo nie przepadają za sobą, by na końcu… tu raczej można się domyślić finału. Ale najciekawsze jest tutaj światotwórstwo z koncepcją seksualnej abstynencji dla singli. Tutaj jest źródło najzabawniejszych momentów: od przeróbek piosenek jako… reklam przez różne napisy na ścianach, hasłach po (dość nieudolne) próby podrywania oraz dziwnych komplikacji. Nawet takie drobne detale jak chodzący lubrykant, odliczanie do rozpoczęcia nocy (niczym w noc sylwestrową) pozwalają wejść do tego pokręconego świata. Jak choćby desperackiego znalezienia prezerwatywy w sklepach, wejścia na imprezę zamkniętą czy potencjalnych partnerów/partnerki. A kiedy kończy się odliczanie, a w ludziach budzi się dzika żądza, wywołuje to niedowierzanie i pląsawicę oczną. I choć widać tu także zalety tego poszczenia jak choćby nieobecność influencerów oraz ludzi filmujących telefonami wszystko czy braku gwałtów.

Niemniej jeśli ktoś spodziewałby się bardziej pieprznej komedii, która byłaby bardziej pieprzna i silniej zabarwiona erotycznie, to możecie poczuć się lekko rozczarowani. Gluck nie szczuje golizną czy wulgarnymi tekstami, choć te rzadkie pieprzne teksty (głównie rzucane przez nastoletniego Troya) potrafią złapać z zaskoczenia. Same dialogi są całkiem niezłe, postacie nie popadają w przerysowanie i karykaturę, parę razy doprowadzając do spazmów śmiechu.

A to wszystko działa dzięki dwójce głównych aktorów. Zarówno Callum Turner jak i Monica Barbaro są bardzo czarujący, a chemia między nimi jest bardzo naturalna. Chce się za nimi podążać oraz kibicować, oboje wyglądają atrakcyjnie (szczególnie Barbero w zielonej sukience), a kolejne przecięcia ich ścieżek nie sprawiają wrażenia wymuszonych na siłę. Jednak najbardziej tutaj błyszczą kreacje drugo- oraz trzecioplanowe, które kradną ekran: zaskakujące epizody Bobby’ego Cannavale i Pete’a Davidsona (aktorzy grający policjantów w kręconym filmie) oraz Nicholasa Brauna (Woodrow K. Mullhand), świetna Molly Ringwald z LeVar Burtonem (matka Owena i jej chłopak Rick), Julia Fox (barmanka Skye), czy Quintesa Swindell (Arya). Wszyscy oni wnoszą momenty lekkości, a także czynią całość bardziej przyziemną.

Takie filmy jak „Tylko jedna noc” są odpowiednikami imprezowego koktajlu: musują, są lekkie, orzeźwiające oraz pozwalają zapomnieć o świecie na półtorej godziny. Bezpretensjonalna, sympatyczna rozrywka, nie tylko do oglądania dla singli.

7/10

Radosław Ostrowski

Nieoszlifowane diamenty

Howard Ratner jest nowojorskim jubilerem, który jeszcze jakoś funkcjonuje. Jakoś tam ciągnie, ma żonę, dzieci i kochankę, a takie życie musi sporo kosztować. Dlatego Howard ma długi, sporo długów, a by spłacić bardzo mocno lawiruje. Pożyczki, ryzykowne zakłady, zastawianie się – jeszcze jakoś jest na powierzchni, tylko na jak długo. W końcu trafia mu się okazji, czyli bardzo cenny czarny opal, wystawiony na aukcję. Kamieniem bardzo zainteresowany jest koszykarz Kevin Garnett, który bardzo chciałby go mieć u siebie.

uncut gems1

Bracia Safdie wracają z nowym thrillerem. I tak jak „Good Time” jest to bardzo energetyczny, dynamiczny film skupiony na jednej postaci. Uwierzcie mi, będziecie chcieli od niego trzymać się z daleka, bo gość śmierdzi. Oszukuje, kluczy, kombinuje, kłamie, ucieka – wszystko by jakoś wyplątać się z finansowych tarapatów. Chociaż nie mogę pozbyć się wrażenia, że jego los już dawno został przesądzony. A kiedy już zbiera kasę, by wyjść na prostą, podejmuje szalone decyzje, zakładając się i licząc na większą sumkę. Wielokrotnie łapałem się za głowę, myśląc, co jeszcze ten gość wymyśli. Przecież zachowuje się jak totalny idiota, pozbawiony instynktu samozachowawczego jakby adrenalina była dla niego jedynym paliwem. Żyłka ryzykanta połączona z pewnością siebie oraz arogancją – to nie jest zbyt dobra kompilacja. Ale mimo to bardzo zależało mi na tej postaci, mimo swojej antypatyczności oraz wręcz szybko podejmowanych decyzjach.

uncut gems2

Wszystko jest podporządkowane Howardowi, więc kamera niemal otacza go, jest przyklejona do jego sylwetki. Najbardziej uderza tutaj udźwiękowienie, pokazujące cały miejski gwar. Tutaj niemal wszyscy do wszystkich krzyczą, bo są na ulicy, wiec muszą jakoś zwrócić na siebie uwagę. Ten miejski puls jest zaprezentowany świetnie, a sama intryga trzyma w napięciu. I jest tutaj bardzo intensywnych momentów jak ucieczka przed wierzycielami ze szkoły, licytacja opalu czy finał z bardzo wysokim zakładem w tle. To wszystko potęguje bardzo oniryczna muzyka Daniela Lopatina oraz szorstkie zdjęcia Dariusa Khondji.

uncut gems3

Jednak największą niespodziankę rodzeństwo zostawiło w kwestii castingu. Bo kto by się spodziewał, że naszego śliskiego Howarda zagra Adam Sandler. By było jeszcze śmieszniej, panowie Safdie napisali tą postać specjalnie dla tego aktora. Ten odpłacił się z nawiązką, tworząc najlepszą swoją rolę w karierze – antypatycznego desperata, mającego kompletnego fioła na punkcie diamentów oraz koszykówki. Najlepiej Sandler radzi sobie w momentach, gdy jest wyszczekany, puszczają mu nerwy albo podczas oglądania meczu. Reszta postaci jest zepchnięta na dalszy plan, chociaż najbardziej z tego grona wybija się jeszcze bardziej cwana kochanka w wykonaniu debiutującej Julii Fox oraz grający samego siebie koszykarz Kevin Garnett.

Warto uważniej przyglądać się braciom Safdie, którzy kolejny raz udowadniają jak bardzo się rozwijają. „Nieoszlifowane diamenty” biją na głowę ich poprzednie filmy, gdzie nawet w spokojnych momentach czuć namacalne napięcie oraz poczucie zagrożenia. Bardzo mocne, drapieżne kino z życiówką Sandlera.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski