W lesie dziś nie zaśnie nikt 2

Dla wielu ludzi oglądanie polskich filmów jest horrorem – same ważne, poważne tematy oraz rzeczywistość tak nieprzyjemna, że tylko się zabić. Jeśli dodamy do tego niewyraźne zdjęcia oraz chujowy dźwięk – tragedia gotowa. Przy seansach niektórych tytułów powinny być dołączane żyletki oraz pigułki pomagające szybciej opuścić ten świat. Ale jeszcze nikt na to nie wpadł. Ja jednak nie o tym, ale o polskim horrorze.

w lesie dzis nie zasnie nikt2-1

„W lesie dziś nie zaśnie nikt 2” to sequel zaskakująco udanego slashera od Bartosza M. Kowalskiego i mamy tu dwa wątki. Z jednej strony mamy Zosię (Julia Wieniawa), która po zdarzeniach z „jedynki” trafia na posterunek policji. Ale tak naprawdę wszystko widzimy z perspektywy Adama (Mateusz Więcławek) – młodego policjanta, który jest twardy, męski i waleczny. Szkoda, że tylko w snach. Bo tak naprawdę to miękkiszon pizdowaty, co jak widzi zagrożenie najchętniej by się ukrył. I wtedy staje się najgorsze: komendant poszedł z Zosią na wizję lokalną, a ta kończy się w najgorszy możliwy sposób. Dziewczyna trafia na maź meteorytu, zmienia się w monstrum, zaś gliniarz zostaje rozszarpany na pół. I co robić?

w lesie dzis nie zasnie nikt2-2

Reżyser bawi się regułami gatunku, tym razem jednak zgrabniej balansując między samoświadomym humorem a krwawą rzeźnią. Tutaj zamiast ataku na las, mamy tutaj grupkę ludzi, co ruszają na obławę. I jest to pokręcona zbieranina postaci: cykorowaty Adam razem z brawurową Wanessą to jedyni gliniarze w akcji, gdzie to ona wydaje się podchodzić racjonalnie oraz jest gotowa na konfrontację. Jako wsparcie dostajemy dwóch braci z Obrony Terytorialnej, co znają teren i pułapki zastawić potrafią oraz ukrywającą się w obozie Adrenalina prostytutkę. Wariacki skład, nie ma co, a jakie mają szanse? Relacje między postaciami nie są pozbawione humoru, co daje pewnego emocjonalnego kopa.

w lesie dzis nie zasnie nikt2-3

Ale gdzieś w połowie dochodzi do wolty, gdzie widzimy akcję z perspektywy kosmicznych monstrów. I tu robi się najciekawiej: nasza parka zaczyna mówić w nieznanym językiem, gdzie nawet sceny mordu potrafią być obrzydliwe oraz zabawne. Nadal imponująca jest charakteryzacja, zaś destrukcja ciał wygląda bardzo realistycznie. Jest też napięcie (próba złapania za pomocą przynęty) przeplatane z humorem, świetne zdjęcia oraz elektroniczno-pulsująca muzyka Jimeka. Zagrane jest to bardzo porządnie, z paroma znanymi twarzami (Więcławek, Grabowski, Wabich), ale szoł skradli Sebastian Stankiewicz (Mariusz z Obrony Terytorialnej) oraz Zofia Wichłacz (Wanessa). To ostatnie aż mnie wprawiło w osłupienie.

w lesie dzis nie zasnie nikt2-4

Kowalski pokazuje, że można zrobić w Polsce udany film z gatunku horror und groza und krew. O wiele brutalniejszy i makabryczny, lepiej wykonany, z iskrzącymi relacjami oraz o wiele pewniejszą ręką. Niemniej tak jak przy pierwszej części pozostaje jedno pytanie: czy ktoś pójdzie tym tropem i pojawią się kolejne opowieści z dreszczykiem i/lub wiadrem krwi.

7/10

Radosław Ostrowski

Wszyscy moi przyjaciele nie żyją

Nadrabianiu kolejnych konwencji gatunkowych na naszym podwórku ciąg dalszy. Tym razem poszło w młodzieżową komedię imprezową z czarnym humorem. Całość powstała dla Netflixa pod koniec zeszłego roku i… co z tego wyszło?

Wszystko ogranicza się do jednego domu, gdzie tuż po Nowym Roku przybywa policja. Na miejscu stróże prawa zauważają, że doszło dosłownie do jatki. Masa trupów i tylko jedna ocalona, bredząca coś bez sensu oraz z uszkodzonym kręgosłupem. Jak stwierdza inspektor: „coś poszło nie tak”. Tylko co? A na imprezie była masa osób, nie wszyscy w wieku nastoletnim, bo jest typ MILF-a chodzącego z chłopakiem o wiele lat młodszym. Rodzeństwo, gdzie siostra jest bardziej świadoma seksualnie, a brat ma dziewczynę i oboje są dość delikatni w swojej sypialni, chłopak-fotograf znający się na broni, dwaj bracia chcący zaliczyć, młody dresiarz o ambicjach raperskich, dwie tępe panienki, a nawet dołącza dostawca pizzy. Wszystko zaczyna się od przypadkowego strzału podczas seksu.

Debiutujący reżyser Jan Belcl chyba naoglądał się filmów zza Wielkiej Wody i niekoniecznie tych dobrych. Jest to zdecydowanie świadome kino klasy B, przeestetyzowana, przerysowana oraz miejscami z dialogami na granicy wulgarności. Bluzgi, podteksty seksualne miały chyba rozwalić pruderyjność naszego podwórka i może to odrzucić. Postacie może są ledwo zarysowane, ale mają swoje momenty. Ale jest to, niestety, bardzo nierówny poziom. Najbardziej jednak zadziwiło mnie powolne tempo, gdzie przez większość czasu zgon utrzymywany jest w tajemnicy. Czekałem na moment rozpierduchy, ale po drodze doszło do paru drobnych zaskoczeń (przeszłość Glorii – najstarszej uczestniczki tego cyrku). Satysfakcjonuje za to finał, czyli ostatnie 20 minut to już jazda po bandzie. Kule świszczą, pięści idą w ruch i wszystko idzie w najgorszym kierunku.

Trudno technicznie mi się do czegoś przyczepić. Zdjęcia są ładne, w tle gra odpowiednio budująca nastrój oraz dobrane piosenki, a dźwięk jest czysty oraz zrozumiały. Jeśli zaś chodzi o obsadę to mamy masę młodzików, z których wybija się kilka znanych twarzy. Z tego grona wybija się najbardziej Mateusz Więcławek (Filip), ale film kradnie zjawiskowa Monika Krzywkowska (Gloria – nasz odpowiednik matki Stifera) z mocnym monologiem o starzeniu się. Zaskakuje pozytywnie Julia Wieniawa, będącą „nawiedzoną” na punkcie spraw astralno-nadprzyrodzonych oraz wyluzowany Wojciech Łozowski z cudnym monologiem o pizzy. Troszkę rozczarowuje Adam Woronowicz jako inspektor policji, sprawiając wrażenie zmarnowanego potencjału.

Debiut Belcla ma wszelkie zadatki na kultowego klasyka w pewnych kręgach. Jest świadomie przerysowany i przegięty, pozbawiony wielkich ambicji, ale balansujący na granicy smaku oraz miejscami nudnawy. Innymi słowy obejrzeć można, a z kumplami przy piwku seans będzie bardziej satysfakcjonujący.

5,5/10

Radosław Ostrowski

W lesie dziś nie zaśnie nikt

Pierwszy polski horror – tak reklamowano najnowszy film Bartosza M. Kowalskiego, który ostatecznie trafił na Netflixa. Marketingowcy troszkę minęli się z prawdą (w Polsce pierwszym horrorem był „Dybuk” Michała Waszyńskiego z 1937 roku), chyba że mówimy tutaj o pierwszym polskim slasherze. To wtedy tak – to już bliżej prawdy. Czy warto sięgnąć po „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, czy lepiej sięgnąć po polską komedię romantyczną? Bo jest bardziej przerażająca niż śmieszna.

Punkt wyjścia jest tutaj prosty: mamy grupę nastolatków trafiającą do obozu offline. Z dala od Internetu, telefonów komórkowych mają przejść coś jakby obóz survivalowy. Wiecie, składanie namiotów, zbieranie jedzonka i takie tam. Skupiamy się na piątce z nich oraz ich opiekunce, co niejeden obóz przeżyła. Jednak na to, co czeka ich w lesie, nie można być przygotowanym. No i są bardzo duże szanse, że nie wszyscy z tego wyjdą cało.

Widać, że reżyser niejeden slasher widział i wie, jak to wszystko ma działać. Jednocześnie wie, że nie może za bardzo trzymać się tych szablonów, bo dziś strachu to nie wywołuje. Zbyt wiele już widzieliśmy, znamy te klocki oraz tricki, więc wyjścia są dwa. Albo ubrać to wszystko w nawias i polać humorem jak w „Krzyku” czy „Domu w głębi lasu”, albo zalać wszystko wiadrami krwi, rzeźnią oraz posoką. Kowalski idzie gdzieś tak pośrodku tymi ścieżkami. Jest to samoświadomy slasher, gdzie oblewa to żartem, zna reguły gry (wypowiadane są przez jednego z bohaterów – nerda Julka) oraz szablonowe postacie: twarda laska z mroczną przeszłością, wysportowany chłopak, nerd, puszczalska blondynka. Las wygląda pięknie i imponująco, co jest pewną niespodzianką. Bohaterowie niby są znani, a jednak niektórzy mnie obchodzili. To drugie zaskoczenie, choć jest tutaj parę wad.

Po pierwsze, tempo czasem szwankuje. Gwałtownie przyspiesza, by równie szybko się zatrzymać. I nie zawsze można zaangażować się w tą historię. Po drugie, jest to przewidywalne jak cholera, a ludziom podczas zagrożenia IQ spada na łeb na szyję. Ale tego po gatunku należało się spodziewać. To tak jakby się czepiać, że w komedii jest dużo żartów. Chociaż nie wszystkie trafiają w punkt (ostatnia scena). No i jeszcze chciałoby się dać więcej czasu kilku postaciom pobocznym (komendant obozu, smolarz, ksiądz, policjant). Ale zakończenie w pełni satysfakcjonuje i daje obietnicę na ciąg dalszy.

Jeszcze bardziej dziwi, że jest tutaj co grać. Zarówno cała ta młoda ekipa z Julią Wieniawą oraz Wiktorią Gąsiewską na czele wypadają dobrze. Mają też troszkę zarysowaną przeszłość, więc ich los potrafi zaangażować. Z doświadczonej ekipy najbardziej zaskakiwał Mirosław Zbrojewicz (smolarz) oraz Piotr Cyrwus (ksiądz) w innej roli niż zwykle. No i niezapomniany epizod Wojciecha Mecwaldowskiego jako komendanta obozu – tak nakręcony oraz pełen energii, że głowa mała. Szkoda, że potem znika.

Jest to dla mnie pewna niespodzianka, bo mimo znajomych tropów oraz szablonów „W lesie dziś…” to bardzo porządny, kompetentny slasher. Aż dziwne, że do tej pory nikt nie spróbował tego gatunku. Pozostaje mieć nadzieję, że pojawią się naśladowcy, idąc krok dalej, czego sobie życzę.

6,5/10

Radosław Ostrowski