Vice

Czy ktoś z tu obecnie wchodzących i czytający moje teksty oglądał kiedyś „House of Cards”? pewnie wielu z was zastanawiało się co by było, gdyby Frank Underwood istniał naprawdę i próbował dążyć do władzy absolutnej w USA? Przecież Kongres czy Izba Reprezentantów byłaby go w stanie powstrzymać, prawda? To chyba nie słyszeliście o Dicku Cheneyu. Może nie był prezydentem najpotężniejszego kraju świata (nie, nie jest to Polska, ani Rosja), ale zmienił historię kraju. Jak? O tym opowiada najnowszy film Michaela Moore’a, eeee, Adama McKaya.

vice1

Wszystko zaczyna się w latach 60., kiedy z Chaneya był kawał dicka. Zamiast się uczyć na poważnej uczelni, pracuje naprawiając oraz montując druty telefoniczne. Oprócz tego lubi dużo wypić oraz spuścić wpierdol tym, którzy go zaczepiają. W końcu jego żona ma tego dość i stawia mu proste ultimatum: albo się weźmie w garść, albo ma wypierdalać z jej życia. Jak myślicie, co wybrał? Po studiach trafił do Kongresu, gdzie poznał Donalda Rumsfelda, który miał dość istotny wpływ na polityczną karierę Cheneya.

vice2

McKay jako reżyser jest świadomy, że tak naprawdę przeciętni ludzie mają politykę (tak jak świat ekonomiczny) głęboko w dupie i woleliby obejrzeć np. kolejną część „Szybkich i wściekłych” albo kolejne wybitne dzieło Patryka Vegi. Lecz tak jak w „Big Short” twórca kombinuje w ten sposób, by w tym mętnym świecie odnaleźć się i przy okazji dostarczyć rozrywki. Dlatego mamy tutaj zabawę montażem, pojawia się przewodnik zwany Kurtem (zwykły robotnik, który sam się nazywa – „krewnym Cheneya”) oraz – na początku – łamana chronologia, by pokazać karierę Cheney’a, który z pijusa zmienia się w prawdziwego politycznego szachistę. Mówi niewiele, ale uważnie obserwuje i czeka na swój moment. Ale reżyser nie demonizuje naszego bohatera – przynajmniej na początku. Lecz bardzo brutalnie pokazuje do czego zdolni są ludzie, by pozyskać władzę absolutną, za wszelką cenę. Trzeba rozpętać wojnę? Nie ma sprawy. Trzeba potępić małżeństwa homoseksualne? Jasne. A że masz w rodzinie osobę homoseksualną, chuj z tym. Pójść na układy z dużymi korporacjami w sprawie ropy naftowej, rozregulować podatki dla najbogatszych? Od czego jest manipulacja grup fokusowych. Informacje wywiadowcze najpierw dostaje prezydent? Trzeba je przejąć. Stosowanie tortur podczas przesłuchań? Jeśli prezydent coś robi, to jest to legalne. (kto pamięta „Frost/Nixon”?) Ale są przecież wyborcy i media, mający patrzeć na ręce politykom, prawda? Gówno prawda, bo Fox News (telewizja) mamy pod kontrolą, a ludźmi można przecież manipulować i tak mydlić oczy, że po latach się nie zorientują, iż coś jest nie tak. Bardzo gorzka to refleksja, nawet jeśli miejscami polewana humorem.

vice3

Poza wspomnianym montażem (fenomenalnym), McKay skupia uwagę zarówno precyzyjnym, pełnym ciętych dialogów scenariuszem. Czy trzeba znać mocno fakty, by się w tym wszystkim odnaleźć? Niekoniecznie, bo wiele jest wyjaśniane w istotnych kwestiach. Pojawiają się znajome twarze (Colin Powell, Condolezza Rice, Donald Rumsfeld) oraz wydarzenia (11 września, inwazja na Irak czy przypadkowe postrzelenie przez Cheneya). Tylko, że niemal wszystko zza kulis, bez kamer oraz świadków. Dawno nie widziałem tak pewnie, znakomicie poprowadzonego filmu.

vice4

No i jak to jest zagrane. Genialny jest Christian Bale w roli głównej, pokazując kolejny raz swoją zdolność do metamorfozy. I nie chodzi tylko o charakteryzację oraz kwestie fizyczne, lecz sposób mówienia, mowę ciała oraz spojrzenie. Zmiana naszego bohatera w bezwzględnego polityka, korzystającego z każdej okazji do umocnienia swojej pozycji jest bezbłędna, przyciąga uwagę i jest dość niebezpiecznie pociągająca. Równie cudowna jest Amy Adams jako Lynne. Pozornie wydaje się cichą i wspierającą męża kobietą, ale ma więcej charakteru i jaj niż cała partia polityczna. To bardzo ciekawy, nieszablonowy duet, gdzie nie do końca wiadomo, kto tak naprawdę tu pociąga za sznurki. Dla mnie jednak film kradnie Steve Carrell jako błyskotliwy, niemal diaboliczny Donald Rumsfeld oraz Sam Rockwell w roli George’a W. Busha, tutaj przedstawionego jako tępego, łatwo podatnego na manipulacje. A i to nie wszyscy warci uwagi aktorzy (zwróćcie uwagę na pewne drobne epizodziki, gdzie nie brakuje znanych twarzy).

Jeśli nadal po tym filmie NIE będziecie uważać, że politycy to grupa bezwzględnych skurwysynów działających dla własnych korzyści, to zazdroszczę Wam naiwności. „Vice” to z jednej strony cięta satyra, z drugiej akt oskarżenia wobec polityków z ostatnich lat. Wielu może się rzucić, że jest to kino z tezą, a reżyser nie ukrywa swoich bardziej liberalnych poglądów, co jest po części prawdą. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to prowokujące i zmuszające do czegoś, czego amerykańscy ludzie (i nie tylko oni) nie potrafią robić od dawna – myśleć.

8,5/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski

Ostatnia miłość pana Morgana

Matthew Morgan to emerytowany wykładowca filozofii na Uniwersytecie w Princeton. Od lat jednak mieszka w Paryżu razem z żoną. Gdy go poznajemy, jego żona umiera. Mężczyzna rzadko utrzymuje kontakt ze swoimi dorosłymi dziećmi, ograniczając się do rozmowy przez telefon. I w jego puste i monotonne życie przypadkowo wchodzi młoda dziewczyna – Pauline, nauczycielka tańca.

pan_morgan1

Już wiem, co pomyślicie? Że między nimi dojdzie do romansu? I poniekąd film Sandry Nettlebeck wydaje się iść w tym kierunku, jednak tak naprawdę jest to obyczajowo opowieść o stracie, odnajdywaniu sensu życia oraz niezadrapanych ranach Reżyserka opowiada całość w subtelny sposób, bez sentymentalizmu czy kiczowatości, zachowując przy tym ciepło oraz sympatię dla bohaterów, którzy prowadzą intelektualne rozmowy o życiu i całej reszcie. Potem pojawiają się dorosłe dzieci, a wraz z nimi zmienia się tonacja na bardzie poważną. Niezagojone rany, blizny i pretensje w sprawie wychowania i nie tylko. Plus naturalistycznie przedstawiony Paryż i odrobinka humoru (nieznajomość francuskiego przez Amerykanów pozwala na różne złośliwe uwagi pod tym katem). Nadal jednak zostaje zachowane ciepło, a finał (unikający jednoznaczności i dopowiedzenia) był satysfakcjonujący.

pan_morgan2

Swoje tez zrobili znakomici aktorzy. Michael Caine po raz kolejny potwierdza swoją klasę i nie schodzi poniżej wysokiego poziomu, do jakiego przyzwyczaił. Zręcznie portretuje ból, cierpienie, cynizm i zagubienie, ale też przemianę oraz otwarcie się na drugiego człowieka. Urocza jest Clementine Posey w roli Pauline – młoda, serdeczna, troszkę naiwna kobieta, która nawiązuje nić porozumienia z panem Morganem.  Nie sposób też nie wspomnieć Justina Kirka (skryty Miles) oraz Gillian Anderson (cyniczna Karen), bardzo dobrze radzących sobie w rolach dorosłych dzieci pana Morgana.

pan_morgan3

Wbrew tytułowi nie jest to melodramat, ale ciepłe kino obyczajowe, w dodatku nie głupie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Anioły w Ameryce

Rok 1985, Nowy Jork. Bohaterami są dwaj ludzie, których różni wszystko, ale łączy jedno – obaj są chorzy na AIDS. Prior Walter to młody chłopak, który na skutek choroby ma halucynacje i widzi anioły. Roy Cohn to doświadczony adwokat, który nie akceptuje swojej diagnozy, ukrywa swoją chorobę i orientację seksualną. Ich losy przeplatają się z innymi mieszkańcami Nowego Jorku.

anioly_ameryka1

Przenoszenie na ekran sztuki teatralnej zawsze jest wyzwaniem, nawet jeśli jest to robione przez fachowców. Sztuka Tony’ego Kushnera zebrała wiele prestiżowych nagród i była wydarzeniem roku 1998. Przeniesienie jej na ekran było kwestią czasu. I w 2003 roku powstał 6-odcinkowy miniserial dla telewizji HBO, wyreżyserowany przez Mike’a Nicholsa i napisany przez samego Kushnera. I mam pewien problem z tym dziełem. Jest to ambitna produkcja, w której jest masa tematów i wątków: moralność, władza, seks, AIDS, hipokryzja, normy niszczące człowieka. Dialogi są bardzo mocne i inteligentne, realizacja imponuje, widać duży budżet, mamy obsadę składającą się zarówno z wielkich gwiazd, jak i dużo młodszych kolegów, zaś efekty specjalne nadal robią wrażenie. Więc w czym problem? Niczym ten serial nie zaskakuje – nie chodzi mi tylko o tematykę, ale też o samą treść pełną symboliki, metafor. Mimo ciekawej realizacji, czuć teatralny rodowód. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to ciekawe, choć bardziej wymagające dzieło.

anioly_ameryka2

Nichols świetnie prowadzi aktorów, nawet jeśli grają po kilka postaci. Tym bardziej imponuje Meryl Streep (Hannah Pitt/Ethel Rosenberg – prześladująca Roya/rabin Chemelwitz) i Emma Thompson (anioł/pielęgniarka/bezdomna), które są po prostu fantastyczne i zawsze wypadają inaczej. Ale tak naprawdę najważniejsi są dwaj aktorzy: Justin Kirk jako Prior, który walczy o swoje życie do końca, ma różne wizje, gdzie jest prorokiem (żal faceta) oraz Al Pacino wcielający się w Roya Cohna – potężnego prawnika, który próbuje oszukać śmierć. Wywołuje on obrzydzenie, współczucie i szacunek jednocześnie. Tutaj właściwie trudno się do kogokolwiek przyczepić, bo pozostali aktorzy także wypadli przynajmniej bardzo dobrze (ja zdecydowanie wyróżniłbym Mary-Louise Parker i Patricka Wilsona – małżonków Mormonów – ona chora psychicznie i nadużywająca leków, on ukrywający swój homoseksualizm).

anioly_ameryka3

Serial ten zdobył wiele prestiżowych nagród, choć nie do końca się z nimi zgadzam. Jedno jest dla mnie pewne: „Anioły w Ameryce” trzeba obejrzeć, choćby po to by samemu wyrobić zdanie. Ale ostrzegam: to nie jest łatwy, lekki i przyjemny tytuł.

7/10

Radosław Ostrowski