Lokatorka

Pomysły na potencjalny film podobno leżą na ulicy i wystarczy się po nie schylić. Filmowcy jednak zapominają, że poza tematem trzeba mieć coś jeszcze. Taki – niestety – jest przypadek „Lokatorki”, który inspiruje głośną aferą reprywatyzacyjną w Warszawie. Innymi słowy, chodziło o „odzyskiwanie” kamienic i domostw przez spadkobierców właścicieli, którym odebrano te budynki na mocy dekretu Bieruta. Dzięki procesom sądowym oraz sfałszowanym dokumentom. Sporo z tych domostw miało już lokatorów, czyli ciężaru jaki należało się pozbyć wszelkimi możliwymi sposobami. Po co? By móc potem sprzedać je z dużym zyskiem. Proceder działał w latach 1996-2016, kiedy nagłośniono skandal z udziałem urzędników miasta, zakończony dymisjami oraz powołaniem Komisji Weryfikacyjnej.

lokatorka1

Historia filmu Michała Otłowskiego skupia się na wydarzeniach z 2011 roku, kiedy doszło do morderstwa lokatorki oraz działaczki społecznej Jolanty Brzeskiej (w filmie nazywa się Markowska). Kobieta jako jedyna nie zdecydowała się opuścić swojego mieszkania, z czasem angażując się o walkę w imieniu lokatorów. Widzimy sztuczki, jakich można się spodziewać: siłowe otwieranie drzwi, policyjne interwencje (określane jako „przemoc domowa”), zastraszanie, przekupstwo. Jednocześnie reżyser pokazuje równolegle świeżo upieczoną policjantkę, Annę Szerucką. Zaczyna od patrolowania, przypadkiem trafiają na Markowską. Na własną rękę interesuje się sprawą kamienicy i zaczyna odkrywać powiązania urzędników, policjantów, prawników.

lokatorka2

I tu się zaczynają schody, bo… coś tu ewidentnie nie zagrało. Ta dwutorowa narracja wywołuje poważny zgrzyt, albowiem każda część jest zrobiona w innej konwencji. Wątek Markowskiej (najbardziej błyszcząca Sławomira Łozińska) przypomina kino społeczne, gdzie dokonywana jest zbrodnia w majestacie prawa. A jest to możliwe za pomocą – ulubione słowo miłościwie nam panujących – UKŁADU. Urzędnicy państwowi, gliniarze, sędziowie, prokuratorzy, uliczni bandyci, a nawet dawna ubecja. Drugi wątek dotyczy dochodzenia Szeruckiej (strasznie bezbarwna Irena Melcer) w sprawie śmierci Markowskiej – kobieta została spalona w lesie kabackim – co doprowadza do odkrycia UKŁADU. Czyli mamy tu kryminał, tylko że… sprawców poznajemy już wcześniej.

lokatorka3

Do tego stopnia, iż cała ta bandycka ekipa (grani przez m.in.: Jana Frycza, Jacka Lenartowicza, Leszka Lichotę, Tomasza Sapryka i Piotra Głowackiego) w zasadzie dominuje cały film. Wszystko inne zostaje zepchnięte na dalszy plan, przez co tak brakuje w pełni emocjonalnego zaangażowania. Przynajmniej od połowy filmu, gdzie skupiono się na dochodzeniu. Postacie są jednowymiarowe, zagrane w bardzo przerysowany sposób (poza Łozińską, która jako jedyna wnosi życie do tego przedsięwzięcia), a dialogi – o Jezus Maria! Uszy krwawiły krwią w ilościach znanych z najbrutalniejszych horrorów. Do tego jeszcze mamy masę znanych twarzy, którzy są kompletnie niewykorzystani. Kamil Nożyński pojawia się raptem w jednej scenie, wypowiada JEDNO zdanie i tyle. Andrzej Grabowski jako komendant ma aż TRZY sceny, tak samo Głowacki czy Krzysztof Stroiński. Za takie marnotrawstwo takiej ilości talentów powinien być paragraf.

lokatorka4

Jestem wściekły na Otłowskiego, który po mocnym debiucie w postaci „Jezioraka” nie potrafi się zbliżyć do tego poziomu. Niespójny, płytki, pozbawiony napięcia oraz postaci, które by mnie obchodziły. Jak widać sam temat nie wystarczy do zrobienia dobrego filmu.

4/10

Radosław Ostrowski

Ślepnąc od świateł

Warszawa – miasto leżące między Pruszkowem a Wołominem, gdzie wszystko żyje i oddycha tylko jedną rzeczą: kokainą. Ona czyni ten świat w miarę funkcjonującym, a jednym ze sprzedawców tego dopalacza jest Kuba. Nikt nie wie o nim nic, jego chata bardziej przypomina ascetyczną twierdzę, zaś jego jedyną przyjaciółką jest Pazina. Kuba pracuje dla niejakiego Jacka, który wydaje się być szefem tego mrocznego świata. A nasz Kubulek planuje wyjechać z miasta na troszkę dłużej, gdzieś tak przed świętami. Tylko, że wtedy wszystko zaczyna się wywracać do góry nogami, co spowodowane jest pewną torbą oraz wychodzącym z więzienia gangsterem Dario.

slepnac_od_swiatel1

O adaptacji powieści Jakuba Żulczyka mówiło się od dwóch lat, ale w końcu się udało. Reżyser Krzysztof Skonieczny miał bardzo trudne zadanie, bo cała historia była jednym wielkim monologiem głównego bohatera, przeplatanym z onirycznymi wstawkami. Więc jak z tego skleić historię? Skonieczny bardzo mocno bawi się formą, co pozwala jeszcze bardziej wejść w ten chropowaty, brudny świat. Świat stroboskopowych świateł nocnych klubów, brudnych kamienic, bogatych apartamentów przeplatających się ze skromnymi pokojami jeszcze z czasów PRL-u. i ten świat jest nakręcany przez pieniądze, narkotyki, stanowiące paliwo dla niepowstrzymanego wyścigu szczurów. Tutaj przetrwanie jest ważniejsze, a głód tak silny, że bez niego nie jesteś w stanie w żaden sposób funkcjonować.

slepnac_od_swiatel2

„Ślepnąć od świateł” to także brudny, brutalny świat gangsterów, którzy za Chiny nie przypominają tych legendarnych szlaków znanych z „Ojca chrzestnego” czy nawet filmów Martina Scorsese. Tutaj każda próba cwaniactwa czy pójścia na skróty może skończyć się tylko w jeden sposób – zgonem. Tutaj wszyscy biorą dragi: bogaci biznesmeni, skorumpowani gliniarze, politycy, celebryci oraz szaraczki ze szkół. Gangsterzy mogą wydawać się tutaj bardzo przerysowani i nie tylko dlatego, że strasznie klną czy szablonowych obrazów. Bo są bezwzględni brutale z ulicy (Stryj i jego świński duet), drobne płotki z dilerki, troszkę wyżej mierzący Jacek o mentalności dresa czy bardziej bezwzględnego mafioza ze starej szkoły.

slepnac_od_swiatel3

Skonieczny potrafi pokazać ten brudny i ostry świat w taki sposób, że nie byłem w stanie oderwać oczu. Walące po oczach neony, opuszczone budynki w teledysku (nawija Piorun), ale z drugiej strony mamy piękną wyspę, gdzie nasz bohater wyobraża sobie przyszłość, zaś z trzeciej są jeszcze oniryczne sny bohatera (wyglądają jakby filmowane z VHS-u, gdzie jest wąski ekran, mocno wyprane kolory oraz bardzo lepka czerń).  Nie brakuje tutaj zarówno fantastycznych zdjęć, pełnej długich ujęć, wręcz lepkiego mroku, z bardzo wręcz ostrym montażem. Pozornie może wydawać się dziwacznym, chaotycznym eksperymentem, jednak reżyser panuje nad materiałem i wsysa. I jeszcze mamy na dokładkę bardzo eklektyczną muzykę, mieszającą dźwięki klasyków muzyki, jak i bardziej popularne dźwięki (KNŻ, Myslovitz, Run the Jewels, PROBLEM, The Streets), co wywołuje stan prawdziwego odlotu. I to jest ten świat, który nas otacza.

slepnac_od_swiatel4

Do tego jeszcze Skoniecznemu (grąjącemu także rapera Pioruna) udało się zebrać wręcz mocarną obsadę i każdy – nawet drobny epizod – zapada bardzo mocno w pamięci. I nie ważne czy mówimy o Zbigniewie Suszyńskim (poseł), Krzysztofie Szczerbińskim (inspektor Zgrywus), ekspresyjnym Krzysztofie Zarzeckim („Maluch”), czy choćby Michale Czarneckim (prokurator). Klasę potwierdza bardzo szorstki Janusz Chabior (ostry „Stryj”), coraz bardziej wybijający się Jacek Beler („Sikor”) czy coraz bardziej wracający do dyspozycji Cezary Pazura (szowman Mariusz Fajkowski) oraz Eryk Lubos (gliniarz-hazardzista Marek). Serial jednak kradną Marta Maliszewska, Robert Więckiewicz oraz Jan Frycz. Maliszewska w roli Paziny potrafi przykuć uwagę swoją naturalnością, intrygującą osobowością, potrafiącą nawiązać dziwną więź z Kubą. Więckiewicz jako lekko nerwowy, bluzgający Jacek potrafi rozbawić swoimi wiązankami. Ale to Frycz tutaj rozdaje karty – sprawia wrażenie bardzo spokojnego, wręcz stoickiego Dario (ten opanowany głos), jednak w jego oczach jest coś demonicznego, co nie pozwala mu się sprzeciwić. Magnetyzująca petarda, na której wybuch czekasz z niepokojem, bo nie wiesz, co zrobi i do czego jest zdolny.

slepnac_od_swiatel5

A jak sobie radzi w roli głównej debiutujący Kamil Nożyński? Moim zdaniem całkiem nieźle, choć Kuba to bardzo specyficzna postać. Sprawia wrażenie jakby nieobecnego, elegancko ubranego ziomala, skupionego na jak najlepszym wykonaniu swojego fachu, z bardzo twardymi zasadami, które zostają przez niego złamane (nie z własnej winy). Ma w sobie pewną tajemnicę – te oniryczne sceny – ale kiedy zaczyna się wypowiadać, wydaje się sztuczny, bardzo mechaniczny, jakbyśmy słuchali robota. I to może odrzucić wiele osób, jednak dla mnie jest to metoda pokazująca, jak bardzo fałszywy jest sam bohater, że jego pedantyczna kontrola była tylko pułapką.

Chociaż miniserial ma otwarte zakończenie, „Ślepnąć od świateł” pozostaje zamkniętą historią człowieka, który zamiast wyrwać się ze zgniłego miasta, coraz bardziej się w nie zapada. I trudno oderwać od tego brudu oczy, co przypomina troszkę „Taksówkarza”. Niesamowite, chropowate dzieło, którego na naszym podwórku po prostu nie było i na pewno jeszcze do niego wrócę.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski