Barbie

Lalki Barbie – dla wielu uważana za popkulturową ikonę kobiecości, obiekt pożądania każdej dziewczynki, dla innych obiekt seksualizacji i męskiej fantazji erotycznej. Że jest nadal popularna świadczy fakt, iż powstało chyba setki filmów animowanych dla dzieci. Tym bardziej byłem zaskoczony faktem o powstaniu live-action filmu o Barbie. Za 140 milionów dolarów (!!!). Przez Warner Bros. W reżyserii kojarzonej z kinem niezależnym Grety Gerwig (!!!), która także napisała scenariusz ze swoim partnerem Noah Baumbachem. Ktoś tu oszalał i efektu nie był w stanie przewidzieć ktokolwiek.

Wszystko toczy się w fikcyjnym świecie Barbie Land, gdzie Barbie pełnią wszystkie najważniejsze funkcje: od prezydenta przez urząd sędziego a nawet otrzymują Nagrody Nobla. Ale główną bohaterką jest Stereotypowa Barbie (Margot Robbie), która codziennie przeżywa idealny dzień. Śniadanie, kąpiel, czas z psiapsiółkami i nocne balety. Oczywiście jest też tu paru(nastu) Kenów i jeden Allen (Michael Cera), którzy tak patrzą na te laski, ale niekoniecznie one odwzajemniają to spojrzenie. Szczególnie blondwłosy Ken (Ryan Gosling), co uwielbia plażing oraz wzdycha do Stereotypowej Barbie. Ale ona ma o wiele poważniejszy problem, bo zaczyna… myśleć o śmierci.

I cały idealny dzień następny idzie kompletnie nie tak. Śniadanie przypalone, woda za zimna pod prysznicem, a jeszcze pojawia się… płaskostopie. By zbadać sprawę bohaterka trafia do Morfeusza, eee, Dziwnej Barbie (Kate McKinnon). Ta tłumaczy, że to nietypowe zachowanie wynika z połamania bariery między nią a osobą, co się nią bawi. I to mocno wpływa na Barbie, a by wszystko naprawić musi wyruszyć do Prawdziwego Świata oraz dotrzeć do swojej „właścicielki”. Jako pasażer na gapę trafia Ken i ta wyprawa mocno zmieni ich oboje.

Gerwig już od początku pokazuje, że nie jest to poważny dramat. Sam Barbie Land wygląda tak różowo, kiczowato i kolorowo jakby to był bardziej ekscentryczny Wes Anderson. Tylko bez symetrycznych kadrów, z bardzo umowną, choć imponującą scenografią. O co mi chodzi? Jak choćby domki naszych Barbie wyglądają jak te zabawkowe, tylko powiększone, z prysznica nie leci woda, napoje czy filiżanki zawsze są puste, zaś lalki wychodzą z domów… leciutko niczym piórko z dachu. Bo czemu nie? Nawet fale morskie czy przejście do Prawdziwego Świata jest tak sztuczne, że aż prawdziwe. Wizualnie „Barbie” bardzo pieści oczy, w czym pomagają także zjawiskowe kostiumy oraz zdjęcia.

Ale w momencie trafienia lalki do „naszego” świata, czyli do Los Angeles to się zaczyna się ironiczna jazda. O czym nie wspomniałem to fakt, że nasze Barbie wierzą, iż mają one ogromny wpływ na nasz świat. Że kobiety są silne, pełną ważne funkcje w dużych firmach czy kluczowych urzędach władzy tak jak mają u siebie. Oj, zderzenie z rzeczywistością mocno wpłynie zarówno na Barbie, jak i odkrywającego patriarchat Kena. Gerwig ogrywa ten dość znajomy punkt wyjścia w bardzo komediowy sposób, gdzie obrywa się szowinizmowi, korporacyjnemu kapitalizmowi (trafiamy nawet do siedzimy… Mattela, czyli producenta lalek), patriarchatowi i nawet feministkom. Nie jest to jednak cyniczną kalkulacją czy zrobioną za dużą kasę reklamą, lecz służy to jako historia o poszukiwaniu swojej tożsamości. ŻE CO? Kim jesteś, gdy zdejmiesz z siebie ciuchy i czy pozycja społeczna, płeć, praca i myślenie mają na mnie jakiś wpływ? Kim jesteś jako osoba? W kontekście historii o Barbie i Kenie raczej nie spodziewałbym się takich pytań.

Wszystko trzyma na barkach fenomenalny duet Margot Robbie/Ryan Gosling. Ona wydaje się idealnie dopasowana do roli Stereotypowej Barbie – naiwnej, prostolinijnej i niezbyt lotnej intelektualnie. Przynajmniej na początku, ale jest w tym szczera. Zderzenie jej naiwności z pewnym cynicznym, zgorzkniałymi ludźmi powinno ją załamać i zniszczyć, co początkowo się dzieje. Z czasem jednak zaczyna nabierać pewności siebie, inicjatywy oraz dostrzegać inną perspektywę. Za to Gosling tworzy jedną ze swoich najlepszych kreacji, choć początkowo nie byłem do niego przekonany. Facet jest tak bardzo zabujany w Barbie i on chce tylko jednego – by odwzajemniła jego uczucie. Ale ona go olewa, ignoruje, co doprowadza do kompleksów, braku pewności siebie i szacunku. Jego brutalna przemiana pod wpływem poznania patriarchatu robi piorunujące wrażenie (ten ciemny kostium z napisem Ken w czcionce Metalliki!!!! – Hetflied powiedziałby YEAH). Jeszcze dodajmy pełniącą rolę narratorki Helen Mirren (cudowna jest) oraz przebogaty drugi plan, z którego najbardziej wybija się pokręcona Kate McKinnon (Dziwna Barbie), charyzmatyczny Simu Liu (konkurencyjny Ken), wycofany Michael Cera (Allen) oraz Kingsley Ben-Adir (Ken). Troszkę blado wypada Will Ferrell jako prezes Mattela, dla mnie trochę za bardzo przypominający Lorda Prezesa z „Lego Przygody”, lecz bez tej ikry. Jest też jeszcze masa znajomych twarzy, ale to sprawdzicie sami na ekranie.

Powiem szczerze, że nie miałem jakiś konkretnych oczekiwań wobec nowego filmu Grety Gerwig. „Barbie” trochę klimatem przypomina mi filmy Pixara, które serwują rozrywkę dla dorosłych oraz dzieci. Tak, nie oszalałem, bo dzieci śmiało mogą iść na ten film, chociaż nie wszystkie żarty będą dla nich zrozumiałe. Ta mieszanka komedii, satyry i nawet musicalu, bez popadania w skrajne moralizatorstwo działa po prostu świetnie. Czysta zabawa z niegłupim morałem, jakiego po takim filmie się nie spodziewałem.

8/10

Radosław Ostrowski

Nie ma drugiej takiej

Umieranie jest jedną z najtrudniejszych rzeczy, z jaką człowiek nie potrafi się pogodzić. Zwłaszcza, jeśli dotyczy ona osoby nam najbliższej. Taki jest przypadek Abbie oraz Sama. On jest nauczycielem fizyki, ona wydaje książki dla dzieci i organizuje spotkania z autorami. Są narzeczonymi i powoli przygotowują się do ślubu. Ale wtedy u niej pojawia się Pan Rak i to najgorszy z możliwych, bo w ostatnim stadium. Obojgu ciężko jest się z tym pogodzić, lecz kobieta próbuje znaleźć swojemu mężczyźnie… partnerkę.

nie ma drugiej takiej1

O tym filmie Netflixa mało kto mówił, nawet kiedy wyszedł. Ale muszę przyznać, że punkt wyjścia dzieła Stephanie Laing dawał troszkę inne spojrzenie na powolne przygotowanie się do opuszczenia świata. Reżyserka (dość sprawnie) balansuje między momentami dramatycznymi a jednocześnie wpuszcza troszkę komediowego powietrza. W efekcie powstaje film bardzo naznaczony melancholijnym klimatem, zdominowanym przez smutek. Nie żal, depresję, lecz smutek. I nawet momenty pozornie poważne (wizyty w grupie wsparcia, gdzie jego członkowie… szydełkują czy chemioterapii) są rozładowywane humorem oraz barwnymi postaciami. Nawet jeśli nie są one zbyt wyraziście zarysowane i mają po kilka minut do dyspozycji. I mimo poczucia absurdalności całej sytuacji, byłem w stanie zrozumieć kobietę oraz jej decyzje.  Dlaczego szuka mu dziewczyny na Tinderze, kupuje pierścionek, a nawet umawia na randkę. Tylko, że to nie może zakończyć się sukcesem. Nie tylko dlatego, że on ją bardzo kocha i chce ją wspierać w walce do końca. Lecz także dlatego, iż jakakolwiek forma kontroli nad rzeczami, na które nie mamy wpływu jest z góry skazana na przegraną.

nie ma drugiej takiej2

I powoli zaczynamy obserwować moment, kiedy Abbie (cudowna Gugu Mbatha-Raw) powoli zaczyna dochodzi do tych wniosków. Po części pomaga jej w tym relacja z poznanym na grupie wsparcia Myron (zaskakująco ciepły Christopher Walken). Ten starszy pan towarzyszy kobiecie przy jej wariackich eskapadach, mimo bardzo sceptycznego stosunku do tych akcji. Jednak mimo choroby stara się cieszyć drobnymi przyjemnościami do samego końca. I to ta relacja była dla mnie o wiele ciekawsza niż między kobietą a Samem (solidny Michael Huisman), pełną tarć, prób ponownego złapania języka oraz odnalezienia się na nowo. Tutaj było dla mnie troszkę przewidywalne i nie byłem w stanie wejść.

nie ma drugiej takiej3

To jest naprawdę niezły kawałek kina niezależnego, pokazujący inne oblicze na dość ograny temat. Nawet jeśli nie angażuje tak bardzo jak mógłby, ma w sobie wiele ciepła i serca, by nie przejść obojętnie wobec niego.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Gorący temat

Słyszeliście o stacji Fox News? To bastion konserwatywnej Ameryki, co kocha Boga, ojczyznę oraz prezydenta, kierowana przez Rogera Ailesa, namaszczonego przez magnata prasowego Ruperta Murdocha. Ale nie wszystko trwa wiecznie. Punktem zwrotnym dla stacji jest debata polityczna z 2016 roku, gdzie doszło do zderzenia między (wówczas) kandydatem Donaldem Trumpem, a dziennikarką stacji Fox Megyn Kelly. Tam gwiazda mediów oskarżyła biznesmena o seksizm i przedmiotowe traktowanie kobiet. To jednak tylko fragment do prawdziwej petardy, którą potem odpaliła inna dziennikarka ze stacji, Gretchen Carlson. Najpierw została przesunięta poza prime time (czas najwyższej oglądalności), a następnie zwolniona. Po tym zdarzeniu złożyła pozew przeciw Ailesowi, wcześniej dyskutując kwestie z prawnikami, oskarżając go o molestowanie seksualne. W całym tym zamieszaniu znajduje się Kayla – młoda dziennikarka, pragnąca przebić się w branży oraz zrobić karierę.

goracy temat1

Losy tej trójki postanowił opowiedzieć Jay Roach w swoim najnowszym filmie „Gorący temat”. Opierając się na prawdziwych wydarzeniach oraz materiałach archiwalnych rekonstruuje jeden z najgłośniejszych skandali obyczajowych ostatnich lat. I nie chodzi tu o sprawę Harveya Weinsteina, ale medialnego potentata Ailesa. Mężczyzna związany ze stacją od samego początku, czyli od 1996 roku, wykorzystywał seksualnie dziennikarki, producentki oraz realizatorki programów telewizyjnych. Jednocześnie utrzymując dobre relacje z prawicowymi politykami, których poglądy prezentowała stacja. Nic dziwnego, że ten człowiek dokonywał swoich czynów od dekad, ale to nie jest jego biografia. Reżyser skupia się na trójce bohaterek, przeskakując z wątku na wątek. Przy okazji poznajemy mechanizmy, pozwalające funkcjonować Ailesowi w realizacji swoich zachcianek: krótkie spódniczki dziennikarek na wizji, szklane biurka, tajemniczy „drugi pokój” czy rozmowy Rogera z dziennikarkami, gdzie mają krążyć dookoła.

Wszystko to zostaje ubrane w formę, jaką znamy choćby z „Big Short”, czyli bardzo reporterski styl (nerwowa praca kamery, szybki montaż), łamanie czwartej ściany oraz chronologii. Co wyjaśnia choćby udział operatora Barry’ego Aykroyda. Dla mnie jednak problemem jest to, że cała ta historia z powodu formy zostaje rozcieńczona oraz mało angażująca. Ponad półtorej godziny na historię kobiet molestowanych seksualnie, jednocześnie pokazując różne techniki manipulacyjne, mające rozbić żeńską solidarność. Szantaże, wbijanie noży w plecy, szczucie na siebie kobiet oraz silne poczucie władzy. Bo jest jedna niepisana reguła w świecie korporacji: nie możne oskarżyć swojego szefa, bo nie tylko przegrasz, ale też szansa na pracę w innym miejscu jest niemożliwa. Bo kto zatrudni kogoś, kto nie jest zbyt lojalny wobec swojego przełożonego?

goracy temat2

Nie brakuje tutaj kilku naprawdę mocnych scen. Takie było pierwsza rozmowa Kayli z Ailesem, wyznanie koleżance przez telefon o całym zajściu czy wyznania innych kobiet, gdzie na ekranie widzimy tylko zdjęcia wyznających osób z wpisanymi imionami. Wtedy czuć pazur i ból ofiar, a te momenty potrafią dotknąć. Problemem jest dla mnie wątek Gretchen, gdzie dialogi wręcz ocierają się o publicystykę, idąc na totalne skróty i pozbawiając emocjonalnego zaangażowania. Zupełnie inaczej niż w przypadku początkującej Kayli oraz bardziej doświadczonej Megyn, próbującej na własną rękę ustalić fakty. Drugim problemem jest nadmiar postaci przewijających się przez ekran. Rozumiem, że chodziło o pokazanie innych osób zamieszanych w sprawę, ale wywołało to we mnie dezorientację.

goracy temat3

A jednak zaskakująco przyjemnie się to ogląda, co jest przede wszystkim zasługą świetnego aktorstwa. Na mnie największe wrażenie zrobiła kompletnie nie do poznania Charlize Theron jako Megyn Kelly. Dziennikarka kompetentna, troszkę cyniczna, ale kompletnie pozbawiona wyrachowania. Sprawia wrażenie twardej, nieulegającej presji, aczkolwiek próbuje zachować spokój w tej nienormalnej, konfliktowej sytuacji, mając bardzo dużo do stracenia. No i jeszcze ten głos, gdzie przelewają się wszelkie emocje. Dobrze wypada także Margot Robbie jako młoda, naiwna, zaczynająca swoją pracę Kayla, dla której praca w stacji będzie bardzo ważnym doświadczeniem. Mocna kreacja, potrafiąca złapać za gardło. Najsłabiej z tego grona wypada Nicole Kidman, która zamiast bycia postacią staje się symbolem kobiety walczącej o godność, przypominając o tym zbyt nachalnie. A jeszcze bardziej przeszkadzała mi w tym wszystkim bardzo plastikowa twarz po zbyt wielu operacjach plastycznych. Nie można też zapomnieć o dawno nie widzianym przeze nie Johnie Lithgowie jako Ailesie. Może wygląda jak stary dziad, jednak jest bardzo bezwzględnym paranoikiem, czerpiącym w pełni ze swojej władzy. Samą obecnością potrafi przerazić, kiedy odkrywamy kolejne brudy i ofiary. Choć na drugim planie pojawia się masa znajomych twarzy, m.in. Mark Duplass, Malcolm McDowell, Brigette Lundy-Paine, Alice Eve czy Allison Janney, film kradnie mała rólka Kate McKinnon. I troszkę szkoda, że grana przez nią Jess pojawia się tak rzadko.

Mam problem z „Gorącym tematem”. Z jednej strony dotyka ważnego tematu i jest świetnie zagrany, ale z drugiej Roachowi bardzo dużo brakuje do Adama McKaya, na którym się bardzo wzoruje. Nie angażuje tak bardzo jak powinien, choć bardzo przekonująco pokazuje mechanizmy działania seksualnego predatora w korporacyjnym światku. Tylko, że to jest troszkę zbyt płytkie i sprawia wrażenie na siłę wpychającego nadmiar informacji.

6/10

Radosław Ostrowski

Szpieg, który mnie rzucił

Audrey to typowa Amerykanka, czyli ładnie wygląda, a w głowie niekoniecznie dużo. Ale to jest nic w porównaniu z jej postrzeloną przyjaciółką, Morgan. I ma strasznego pecha: praca taka sobie, do tego jeszcze rzuca ją chłopak. Za pomocą SMS-a. Co za upokorzenie. A spokojne życie tej dwójki zmienia się, kiedy są świadkami… zabójstwa eks-chłopaka Audrey, który okazał się szpiegiem. Przed śmiercią mężczyzna prosi swoją kobietę o dostarczenie figurki nagrody do Wiednia.

szpieg rzucil1

Z komediami zza Wielkiej Wody nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać. Ale jeśli mamy tutaj intrygę opartą na pomyśle, że mamy dwie nie za mądre kobity wplątane w szpiegowską aferę. Wydaje się, że to będzie samograj, dający spore pole do popisu. Bałem się tylko poczucia humoru, gdzie będzie sporo prostackich żartów. O dziwo, tak się nie dzieje, choć niektóre gagi i sytuacje są mocno na granicy smaku. Dominuje tutaj zderzenie dwóch kobit ze światem tajnych agentów, gonitwy za MacGuffinem, morderców, oszustw, fałszu itd. Same sceny akcji są zrobione tak, jak na rasowe kino sensacyjne przystało: strzelaniny są podkręcone adrenaliną (jatka w kawiarni mogła by się pojawić w którejś części „Kingsman” czy samotna potyczka agenta w podniszczonej Sali gimnastycznej), pościgi budują poczucie zagrożenia (ucieczka taksówką Ubera), zaś intryga ciągle się komplikuje. Nie wiadomo kto jest kim, kto udaje przyjaciela, kto jest zdrajcą – kolejne twisty, wolty oraz zakręty. Niemniej nie czułem się w żaden sposób zdezorientowany, tempo zachowywane przez większość czasu, a po drodze zwiedzimy kawał Europy.

szpieg rzucil2

A czy wspomniałem, że film ma R-kę? Czyli będzie krew, będą rzucane kurwy na prawo i lewo (nie w sensie kobiety, tylko słowo je opisujące), trupy będą pojawiać się często, zaś zgony są zrobione w sposób szalony i miejscami bardzo kreatywny. Ale tak naprawdę „Szpieg” jest historią o kobiecej przyjaźni, będącej bardzo silną więzią, mimo kompletnie różnych charakterów. Kwestie jak wiele można dla drugiej osoby zrobić, do czego się posunąć są pokazywane w sposób nienachalny, ani prostacki. Jedynie troszkę zawiódł mnie finał, ale do tego momentu zabawa jest naprawdę dobra.

szpieg rzucil3

Zwłaszcza, że reżyserka ma w garści bombę atomową w postaci Kate McKinnon, choć zrozumiem tych, dla których ta postać będzie irytująca. Rozpędzona swoim gadulstwem, bardzo energiczna oraz z dziką wyobraźnią, jakiej nie jestem w stanie sobie stworzyć. A jednocześnie nie jest do końca świadoma swojej głupoty, co doprowadza do różnych komplikacji. Tworzy bardzo świetny duet z Milą Kunis, której postać wydaje się o wiele bardziej stąpać po ziemi. Ta więź jest tutaj mocno zaznaczona i wybrzmiewa w każdej scenie. Cała reszta ekipy (zwłaszcza tutaj tajniacy grani przez Justina Theroux i Sama Heughana) tak naprawdę jest tylko wsparciem dla tego dość pokręconego duetu.

szpieg rzucil4

„Szpieg, który mnie rzucił” to buddy movie z kobietami na pierwszym planie pożenione z komedią sensacyjno-szpiegowską. Nie zawsze ten humor trzyma poziom (ukrycie pendrive’u w… nie, nie powiem tego), tempo oraz napięcie bywa stabilne jak elektrownia atomowa podczas rozczepienia uranu, ale to i tak jedna z pozytywnych niespodzianek w ostatnim czasie. Rzadki ptak to jest, choć moja ocena jest troszkę naciągana.

7/10

Radosław Ostrowski