Amnestia

Okres tuż po 1945 roku był dla wielu ludzi bardzo ciężki. Także dla naszego bohatera. Rysiek to młody chłopak, pracujący w milicji we Wrocławiu. Ale ten chłopak ma pewien problem – wcześniej należał do podziemia i nie ujawnił się. Z jednej strony próbuje się odnaleźć w tym nowym porządku, z drugiej chce pójść do lasu, dołączyć do oddziału.

amnestia1

Takich niby wojennych, ale bardziej dramatów z wojną w tle powstało w naszym kraju sporo. Co nowego do tego gatunku wnosi „Amnestia” z 1981 roku? Chyba największą niespodzianką jest jej reżyser, czyli Stanisław Jędryka – twórca specjalizujący się w głównie w filmach i serialach o tematyce dziecięcej. Już samo to połączenie wydawało się intrygujące, ale wyszedł z tego klasyczny snuj. Czyli mamy bohatera miotającego się między obecnym życiem, dawną przeszłością oraz trzema kobietami (prawie jak w „Przedwiośniu”). Wszystko to układa się w ciąg nie zawsze powiązanych scenek oraz masy wątków, które nie zostają do końca rozwinięte. Zarówno kwestie miłosne, praca w milicji, potem w fabryce jako kierowca dyrektora i rozterki związane z przeszłością (postać dawnego kumpla z lasu, Teodora) to wszystko jest strasznie skrótowe, potraktowane po łebkach, nie wygrane oraz nie angażujące za bardzo. Wyjątkiem od tego są spotkania i schadzki Ryśka z Bianką – młodą, ale poharataną przez wojnę dziewczynę (śliczna Monika Stefanowicz) oraz z doświadczoną Karoliną (zaskakująca Emilia Krakowska), skrywająca pewną tajemnicę.

amnestia2

Ale to wszystko reżyser marnuje, nie ma pomysłu na narrację ani na postacie, które – poza Ryśkiem (niezły Michał Juszczakiewicz) – pojawiają się i znikają niczym w kalejdoskopie. Pojawiają się, coś mówią, ale niewiele z tego wynika. Jeśli to miało pokazać chaos oraz zagubienie naszego bohatera, to nie zagrało to za bardzo. Doceniam fakt, że nie jest to propagandowa agitka, a wszystko wydaje się bardziej przyziemne. Jednak to troszkę za mało, by mówić o godnym uwagi dziele.

amnestia3

„Amnestia” zwyczajnie przynudza, nie angażuje. Doceniam próbę odnalezienia się w zupełnie nowym dla siebie środowisku, jednak efekt mocno rozczarowuje. Bardzo archaiczne kino w złym znaczeniu tego słowa, gdzie nuda nudzi.

5/10

Radosław Ostrowski

Układ zamknięty

Wszyscy pamiętamy sprawę firmy, której właściciele zostali aresztowani i osadzeni przez rok. Firma zbankrutowała, panowie dostali śmieszne odszkodowania, zaś sprawcy tej całej prowokacji mają się dobrze. Ta historia zainspirowała Ryszarda Bugajskiego do nakręcenia filmu pt. „Układ zamknięty”.

uklad1

Emocjonalnie jest to mocne kino, gdyż trudno przejść obojętnie wobec takiej niesprawiedliwości. Nie pierwszej i nie ostatniej, nie tylko w naszym kraju, ale w ogóle. I nie oszukujmy się, że to tak łatwo się zmieni. Atmosfera jest bardzo nieprzyjemna, a reżyser pokazuje system (ludzi przy władzy) jako chciwych i pazernych sukinsynów, którzy mają prawo i sprawiedliwość (przypadkowa zbitka słów) na ustach i tylko na ustach. A sami robią większe przekręty niż mafia i tajne służby razem wzięte. Jednak nie jest to film taki idealny. Prosty, czarno-biały podział, wykorzystanie dość typowych klisz (prokurator zły, biznesmeni dobrzy, a dziennikarz tropi prawdę mimo wszystko), ospałe tempo akcji, porzucenie naszych przedsiębiorców w dalszej części filmu – to może przeszkadzać. Jednak reżyser wie, na jakich strunach grać, by mimo wszystko zaserwować kopa w cztery litery.

Jeśli zaś chodzi o stronę aktorską, to jest ona naprawdę niezła, ale i tak uwagę skupiało dwóch facetów. Pierwszy to niezawodny Janusz Gajos w roli prokuratora Kostrzewy. Dręczony wyrzutami sumienia cyniczny prawnik, stosujący wręcz makiaweliczne metody (kruczki prawne i archaiczne przepisy). Drugą mocną rolą jest naczelnik skarbówki grany przez dawno nie widzianego Kazimierza Kaczora. Aktor bardzo przekonująco zagrał pedantycznego urzędnika, który jednak okazuje się tym trochę lepszym. Zaś trzecim do pary jest młody prokurator Słodowski (Wojciech Żołądkiewicz, który dziwnie przypomina Zbigniewa Ziobrę) – ambitny, świadomy działań szefa bydlak przejmujący pałeczkę w kantowaniu. Reszta niestety robi tylko za tło, a chciałoby się więcej.

uklad2

„Układ” ma sporo wad, ale jakimś dziwnym cudem działają one na korzyść filmu. Silne emocje, ponura wizja naszej rzeczywistości, gdzie jedyną obroną jest stworzenie własnego układu, a prawda nikogo nie obchodzi. Na Zachodzie takich filmów powstało multum, a ten wpisuje się w ten nurt. Czy po obejrzeniu mieliście ochotę stąd zwiać?

7/10

Radosław Ostrowski