Facet na miarę

Wszystko zaczęło się banalnie. Jak każda tego typu historia. A konkretnie od telefonu, który został zgubiony przez kobietę. Na szczęście został znaleziony. Mężczyzna dzwoni przez niego na numer oznaczony w kontaktach jako „Dom” i umawia się na spotkanie. Jakie musi być wielkie zdziwienie, gdy przybyły na spotkanie mężczyzna o imieniu Alexandre jest… strasznie niski. Ale od rozmowy do rozmowy zaczyna się tlić coś poważnego.

facet na miare1

Nie wiem czemu, ale francuskie komedie ostatnimi czasy trzymają naprawdę przyzwoity poziom. Poważne tematy pokazane w lekki sposób, bez nadmiernego zadęcia, lecz także bez przekraczania dobrego smaku to coś, co do mnie trafia. Nie inaczej jest z romantyczną komedią „Facet na miarę” od Laurenta Tirarda. Tutaj mamy bowiem do czynienia z miłością, gdzie dość istotnym problemem może być wzrost. Przynajmniej dla niej – no bo przecież wbijano (gdy byliśmy o wiele, wiele młodsi) do łba, że facet to powinien być rycerz na białym koniu, co będzie w stanie obronić, zawalczyć i być twardym. Problem w tym, że pewne nasze wyobrażenia nie pokrywają się z rzeczywistością, zaś reakcja otoczenia nie jest nieistotna. Tylko, czy o naszym szczęściu mają decydować inni czy my sami? Oto jest najważniejsze pytanie, jakie przy okazji stawia ten film.

facet na miare2

Film bardzo dowcipny, gdzie nie brakuje pewnego błysku w dialogach, trafnych puent oraz slapstickowych gagów. Ile można humoru w oparciu o ten kontrast, potrafi pozytywnie zaskoczyć. Tak samo, jak – mimo pewnej otoczki wyższych sfer – przyziemność całego filmu. Nie ma tutaj jakiś fajerwerków, przejaskrawień czy bajkowości. I dla mnie to jest duży plus. Owszem, całość jest przewidywalna, ale ma ona sporo uroku, nie irytuje, zaś w tle jest odpowiednio dopasowana muzyka.

To wszystko nie zagrałoby, gdyby nie świetnie dopasowany duet. Absolutnie błyszczy tutaj Jean Dujardin w roli tytułowej, nadal czarując swoim uśmiechem oraz urokiem. Nie oznacza to jednak, że jest to jedyna rzecz, jaką ma w swoim arsenale. To jest przykład bardzo silnego charakteru, który twardo stąpa po ziemi, jest pełen wsparcia, ale też i zaradności. Aktor świetnie sprzedaje każdą chwilę, nawet tak błahą jak zderzenie z wielkim psem. Wspierany jest przez śliczną i zjawiskową Virginię Efirę, będącą tą troszkę niepewną, choć bardzo próbującą zerwać z byłym partnerem kobietą. Choć wydaje się być poukładana, inteligentna, to jednocześnie pełna wątpliwości wobec reakcji otoczenia. Chemia między tą dwójką jest prawdziwym paliwem rakietowym, dostarczającym kopa.

facet na miare3

„Facet na miarę” to lekka, sprawna i zabawna komedia znad Sekwany w dobrym wydaniu. Z niegłupim przesłaniem, że nie należy oceniać ludzi po wyglądzie oraz słuchać należy własnego serducha i intuicji. Bo tylko w ten sposób można osiągnąć szczęście.

7/10

Radosław Ostrowski

Ona się doigra

Brooklyn, czyli mocno „czarnoskóra” dzielnica Nowego Jorku. To tutaj mieszka niejaka Nola Darling – dziewczyna o zamiłowaniu artystycznym. Tworzy kolaże, wcześniej próbowała grać na fortepianie, ale nic nie wyszło. Co ją wyróżnia z tłumu? Że spotyka się z trzema facetami naraz. Dlaczego? próbujemy w trakcie seansu znaleźć odpowiedź na to. Jamie jest dojrzały oraz odpowiedzialny, Greer jest przystojny i ma fioła na swoim punkcie. Za to Mars ubiera się jak raper i nie radzi sobie z dorosłym życiem, ale potrafi być zabawny.

ona sie doigra1-1

W 1986 roku nikt nie wiedział kim jest Spike Lee. „Ona się doigra” to reżyserski debiut, mocno inny od kolejnych tytułów. Jest to zdecydowanie kameralna opowieść, gdzie sprawy rasowe czy polityczne praktycznie tu nie istnieją. Przecież na planie nie było żadnego białego aktora. Sam film ubrany jest w konwencję dokumentu, gdzie (nieobecne na ekranie osoby) słyszymy rozmowy na temat Noli. Opowiadają o niej jej chłopacy, koleżanka, dawna lokatorka, a nawet sama zainteresowana. Jaki wyłania się z tego obraz naszej bohaterki? Niezdecydowana, zagubiona, pewna siebie, a może jest nimfomanką oraz seksoholiczką? Reżyser powoli zaczyna odkrywać kolejne karty, choć sama bohaterka wydaje się bardzo nieosiągalna. Utrzymanie całości w czarno-białej taśmie oraz jazzowej muzyce tworzy bardzo specyficzny klimat. Troszkę melancholijny, trochę nostalgiczny, ale zdecydowanie intymny. Nie brakuje tutaj formalnych eksperymentów, zabawy montażem (przyspieszona scena erotyczna), zaś sam seks pokazany jest w bardzo delikatny, nienachalny sposób. Takiego operowania oświetleniem w tego typu scenach nie widziałem od dawna.

ona sie doigra1-3

Spike Lee tutaj klimatem bardziej przypomina pierwsze filmy Jima Jarmuscha, bo jako takiej akcji tu nie ma. Wszystko tu opiera się na dialogu, nastroju oraz klimatu. Ale jednocześnie czułem, że coś wisi w powietrzu i ten układ musi zostać zweryfikowany. Bo panowie nic o sobie nie wiedzą. Przynajmniej na początku. Bo pojawia się pytanie – kogo ostatecznie wybierze? O ile kogoś wybierze. Bo czemu jest ich aż tylu facetów? Czyżby nie istniał idealny mężczyzna posiadający wszystkie potrzebny cechy: powaga, poczucie humoru oraz pewność siebie? Sami poznajcie odpowiedź, bo sam wam jej nie udzielę.

ona sie doigra1-2

No i jest to cudownie zagrane przez mniej znanych aktorów. Wyjątkiem jest tutaj niedojrzały Mars grany przez samego reżysera, który pasuje do niedojrzałego pseudorapera. Strasznie pociągająca jest Tracy Camilla Jones w roli głównej. I kompletnie mnie dziwi, że nigdy więcej o niej nie słyszałem, bo miała zadatki na gwiazdę. Podobnie wcielający się w pozostałych partnerów Tommy Hicks (Jimmy) oraz John Canada Terrell (Greer), tworząc bardzo wyraziste charaktery.

ona sie doigra1-4

„Ona się doigra” rozpoczęła karierę Spike’a Lee, pokazując spory talent młodego filmowca. Tytuł był tak ważny dla reżysera, że dwa lata temu (w formie serialu) twórca na nowo ożywił ten tytuł dla Netflixa. Czy jest tak udany? O tym powiem innym razem, zaś sam film rekomenduję. Lee się nie doigrał i bardzo dobrze.

8/10

Radosław Ostrowski

Udanej rocznicy!

Trzy lata w związku to kawał czasu. Mollie i Sam wydają się żyć ze sobą dobrze. Ona razem z kumplem (brytyjski Hindus) próbuje sprzedawać własne koszulki. Ona bardziej skupia się na domu. Jednak to w dzień trzeciej rocznicy ona rzuca słowa: „Nie czuję się szczęśliwa”. I te słowa stają się jak iskra w prochu, zmuszając oboje do refleksji nad swoim związkiem.

happy_anniversary1

Komedia o miłości od Netflixa – co mogło pójść nie tak? W zasadzie wydaje się, że mamy do czynienia standardowy motyw historii miłosnej z perspektywy dwojga ludzi, niejako przez spory czas oddzielając ich od siebie. Ale poza dialogami, reżyser Jared Stern stosuje tutaj sporo retrospekcji, które uatrakcyjniają fabułę i pozwalają prześledzić całą relację od samego początku (flirt w barze) aż do chwili obecnej. Początkowo mogą one wywoływać pewną dezorientację, ale na szczęście łatwo je rozróżnić. I to pozwala spojrzeć szerzej na związek, który zawsze jest ryzykiem, by zastanowić się, czy zwyczajnie warto się wiązać z mężczyzną, niekoniecznie będącym ideałem. Jednocześnie widzimy też inne pary, co też zmienia perspektywę. Bo są i rodzice Mollie (chory na raka ojciec oraz matka słuchająca Tory w formie audiobooka), czekający na dziecko Ed z Priyą (akurat ich nie ma razem zbyt wiele), a także zaskakująco zgodni Hao i Lindsay – każde z nich pokazuje różne oblicza związków, dodając odrobinę humoru.

happy_anniversary2

Reżyser jednak nie osądza, ani nie krytykuje swoich zagubionych bohaterów (Mollie i Sam), którzy nie do końca wiedzą czego chcą. Pokazuje zarówno ich wady (Mollie bardzo lubi stawiać na swoim, Sam wydaje się być niezdecydowanym w każdej kwestii), ale pokazuje – o czym chyba rzadko się mówi – iż miłość to jest ryzyko i loteria. Że nie ma co szukać i czekać na idealnego partnera, bo taki nie istnieje. Że trzeba znaleźć jakiś sposób na to, by być w stanie razem egzystować bez gniewu czy wściekłości. Ale jak znaleźć tą formułę? Na to odpowiedź trzeba samemu znaleźć.

happy_anniversary3

„Udanej rocznicy!” nie oglądałoby mi się z tak dużą frajdą, gdyby nie sporo ironii, złośliwości, ale też grający główne role Ben Schwartz oraz Noel Wells. Oboje grają naprawdę dobrze, bardzo naturalnie, czuć między nimi chemię w każdej scenie, zaś ich dylematy nie są w żadnym wypadku wydumane. Na drugim planie wybija się rozbrajający Rahul Kohli (Ed) oraz troszkę cierpki Joe Pantoliano (ojciec Mollie), dodając troszkę charakteru.

Czy „Udanej rocznicy!” to typowy średniak Netflixa? Na szczęście nie. To naprawdę zabawna, ale i miejscami wzruszająca opowieść o miłości młodych ludzi, próbujących wypracować swój sposób na związek. Myślę, że można spokojnie obejrzeć z drugą połówkę.

7/10

Radosław Ostrowski

Plan Maggie

Poznajcie Maggie – młoda dziewczyna, która pracuje na styku sztuki oraz biznesu. Ma za to jeden konkretny plan na życie: chce mieć dziecko, ale niekoniecznie męża. Dlaczego? bo nie jest w stanie się z nikim zakochać na dłużej niż pół roku. Ale jest potencjalny dawca nasienia, czyli biznesmen odpowiedzialny za pikle Guy. Tylko trzeba załatwić spermę i wszystko będzie dobrze. Problem jednak w tym, że plany lubią się sypać. Na drodze pojawia się niejaki John Hardin – wykładowca akademicki, który pracuje nad fabułą. Poza tym ma żonę (też intelektualistka) i dwójkę dzieci. To jednak nie przeszkadza Maggie w zakochaniu się w mężczyźnie, co komplikuje pewne rzeczy.

plan_maggie3

Co wam przychodzi do głowy, kiedy myślicie o komedii romantycznej z intelektualistami oraz Nowym Jorkiem w tle? Na pewno myślicie o Woodym Allenie, lecz „Plan Maggie” to dzieło Rebeki Miller. Niemniej wszystko skupia się na trójkącie miłosnym (Maggie, John i jego żona), próbując znaleźć odpowiedź na niemal odwieczne pytanie dotyczące zakochania, odkochania i poczucia odpowiedzialności. Czy można sobie zaplanować czyjeś życie, co próbuje zrobić nasza bohaterka w drugiej połowie filmu, a może należy wszystko przyjmować z dobrodziejstwem inwentarza. Duch nowojorskiego okularnika przewija się w muzyce, gdzie nie brakuje ducha jazzu czy portretów części miasta. Nie ma jednak tutaj takiego ironicznego humoru, choć nie brakuje tutaj trafnych obyczajowych obserwacji. Intryga może na początku wydawać się wydumana, jednak z czasem zaczyna nabiera pewnego rozpędu, w czym pomaga pewna drobna wolta. Bo akcja przeskakuje na 3 lata i stan zakochania oraz małżeństwa aż do kryzysu.

plan_maggie1

Wtedy „Plan Maggie” zaczyna niejako się od początku, bo co zrobić, jak się już plan się spełnił? Zaczynają się pojawiać pytania, a jednocześnie dostrzegać pewne niedoskonałości tej drugiej połówki. No i zaczynają się dylematy: zostać, odejść czy może… wymyślić jakiś nowy plan? Robi się troszkę dowcipniej (zwłaszcza postać Tony’ego), ale nie wywołuje to gwałtownego ataku śmiechu. I to dla paru kinomanów może być przeszkodą.

plan_maggie2

Jednak cały ten „Plan” działa, co jest także zasługą wiarygodnych, nieidealnych, lecz sympatycznych postaci. Tytułową Maggie gra Greta Gerwig i jest dość pokręconą, postrzeloną dziewczyną, która całkiem nieźle ogarnia pewne kwestie i ma odrobinę dziewczęcego uroku. Ale z drugiej strony jest naiwna i tak naprawdę nie do końca wie, czego chce. Jednak film tak naprawdę kradną dwa wierzchołki trójkąta, czyli Ethan Hawke oraz Julianne Moore. Ten pierwszy, czyli niespełniony artysta Paul, wydaje się troszkę pierdołowaty, bo zaniedbuje obowiązki ojcowskie i mocno skupiony na sobie. Z drugiej jednak strony jest szczery, może pełen kompleksów (zwłaszcza na polu zawodowym), co czyni tą postać złożoną. Na podobnym tonie błyszczy Moore ze swoim duńskim akcentem, sprawiając wrażenie chłodnej, dystyngowanej kobiety, z błyskotliwą karierą naukową w tle. Humoru troszkę wnosi Bill Hader (Tony) oraz Travis Fimmel (Guy) na drugim planie.

Film może wydaje się niepozornym, sympatycznym filmem obyczajowym, okraszony odrobinką humoru. Miller wydaje się być bardziej lightową wersją Woody’ego Allena, ale jednocześnie udaje się stworzyć swoją własną tożsamość. I nawet Gerwig mnie nie irytowała, co jest rzadkością.

7/10

Radosław Ostrowski

Orzeł kontra rekin

Gdybym sugerowałbym się tylko samym tytułem, spodziewałbym się jakiegoś filmu z jakimiś zmutowanymi zwierzętami, które się naparzają. Wiecie, jak Godzilla z King Kongiem, Obcy z Predatorem, PiS z PO (to akurat słaby przykład) czy Jaegery z Kaiju. Jednak już pierwsze minuty debiutanckiego filmu Taiki Waititiego okazują się zwykła wkrętką. Ale może po kolei.

Poznajcie Lily – pozornie zwykła dziewczyna pracująca w fast-foodowej knajpie. Ale jest dość dziwna, bo nikt jej nie lubi – ani koleżanki z pracy, ani szef. Poza bratem, który jest prawdziwym nerdem i ma z nim najsilniejszą więź. I jest jeszcze ktoś, kto jej się bardzo podoba, do którego wzdycha, choć nie zauważa jej. To jest Jarrod – pracownik sklepu ze sprzętem elektronicznym, który wygląda dość osobliwie. W końcu dostaje szansę, by go bliżej poznać, a to z powodu zaproszenia na imprezę.

orzel_kontra_rekin1

Skoro nie jest żadna naparzanka czy inne filmy z mordobiciem w tle (choć jest scena walki, ale TO trzeba zobaczyć samemu), to czym jest „Orzeł kontra rekin”? To typowy film nowozelandzkiego twórcy, zdominowanego przez samych ekscentrycznych bohaterów, szukających tego, co szukają wszyscy ludzie: akceptacji innych, miłości, szczęścia. Tutaj jest bardziej lub mniej pokręcony, co może wynikać z pewnych przykrych doświadczeń (śmierć najbliższych), ale też pewnych własnych oczekiwań zderzonych z rzeczywistością oraz poczuciem porażki, przegranej. Tutaj wariactwo czy ekscentryczność (haker-amator, który zawirusował swój komputer, rodzeństwo prowadzące własny – nieudany – biznes z ciuchami oraz kosmetykami) jest czymś absolutnie normalnym, a reżyser traktuje swoje postaci z życzliwością.

orzel_kontra_rekin2

Waititi serwuje tutaj bardzo specyficzne poczucie humoru, polane absurdem, które może dla wielu być zbyt niedorzeczne i niezrozumiałe. Ale w tym całym wariactwie jest metoda, bo lubi się te postacie, mimo dziwaczności, chce się z nimi pobyć jak najdłużej. Zarówno z tą bardzo empatyczną, ciepłą Lily (olśniewająca Loren Taylor – ten uśmiech), która po prostu jest i nie wymaga niczego więcej, jak i Jarroda (świetny Jemaine Clement), chociaż do tego drugiego trudniej dotrzeć. Jest wielkim egoistą, który mocno ubarwia pewne rzeczy, by przez chwilę poczuć się lepszy. I to on musi pogodzić się z pewnymi kwestiami, by w ten sposób odnaleźć szczęście, doceniając to, co ma.

orzel_kontra_rekin3

Trudno jednoznacznie ocenić, kto wygrał ten pojedynek, ale jedno jest pewno. Sam film pozostaje bardzo pokręconą komedią romantyczną, przerabiając reguły tego gatunku na swoją modłę i polewając humorem a’la Taika. Jeśli dodamy do tego piękne animowane wstawki oraz śliczną muzykę w duchu indie, będziemy mieli bardzo ciepły i pogodny film, jeśli lubicie „inne”, mniej mainstreamowe dzieła.

8/10

Radosław Ostrowski

Podatek od miłości

Na hasło „polska komedia romantyczna” wiele osób reaguje alergią, agresją, strachem i wrogością. Nachalny product placement, bohaterowie wzięci z kosmosu (nie, że wyglądają jak Obcy czy inny Predator), zachowujący się w sposób co najmniej irracjonalny i mieszkający w mieszkaniach, na jakie ich zwyczajnie nie stać, pocztówkowo pokazany świat rodem z seriali TVN, niemal te same twarze non stop (Stramowski, Roznerski, Karolak, Adamczyk) oraz kompletny brak dobrych żartów. Jakim cudem takie filmy przyciągają ogromną widownię? Nie wiem. Szczerze mówiąc, spodziewałem się mniej więcej tego samego w przypadku „Podatku od miłości”, w czym utwierdziła mnie promocja. Dodatkowo całość wyprodukowało TVN, a przed kamerą stanął debiutujący reżyser Bartłomiej Ignaciuk. Idealny przepis na katastrofę, prawda?

podatek_od_milosci1

Punkt wyjścia jest dość prosty, czyli zderzenie dwójki kontrastowych bohaterów. Ona (Klara) jest sztywną, trzymającą się przepisów urzędniczką skarbową, mieszka z chłopakiem lubiącym bardziej zioło niż nią, z katolickim backgroundem oraz słoikowym rodowodem. On (Marian) nie jest młodzieniaszkiem, ale nadal ma w sobie masę uroku, utrzymuje się z… no właśnie, nie do końca wiadomo – coach, terapeuta czy męska dziwka. Już ich pierwsze spotkanie mocno elektryzowało, choć nie tak jak byśmy się spodziewali i już mieli się więcej nie zobaczyć, bo skończyło by się to wielką masakrą. Tylko, że Marian ma problemy ze skarbówką, a Klara ma zbadać całą sprawę.

podatek_od_milosci2

„Podatek” nie idzie do końca tropem klasycznego kom-romu, bo przez pierwszą połowę prowadzący jest wątek, powiedzmy, że kryminalny. Powoli zaczynamy poznawać bohaterów, którzy – w przeciwieństwie do swoich poprzedników – stąpają bardziej po ziemi i mają wiele problemów, pokazanych w sposób przekonujący. Ona nie chce mieć dzieci i skupia się na karierze, on z kolei próbuje pomóc swoim bliskim, pakując się w tarapaty. Momentami film potrafi poruszyć, nie brakuje miejscami ciętych, ironicznych dialogów (scena chrzcin) i przede wszystkim jest śmieszny: od slapstickowych gagów (bójka na imprezie) przez sytuacyjne scenki (obserwacja Mariana) i zderzenie charakterów. Jeśli w tle dodamy przyjemną, jazzową muzykę, płynny montaż, reżyser dostarcza wiele rozrywki. Jedyną rzeczą, do jakiej mógłbym się przyczepić jest zakończenie: niby zgodnie z konwencją, ale już za bardzo odlatuje i bazując na wielu zbiegach okoliczności. Na szczęście nie jest w stanie zniszczyć dobrego wrażenia.

podatek_od_milosci3

Jeszcze bardziej mnie zaskoczyła obsada. Fantastyczny jest Grzegorz Damięcki jako troszkę taki amant (uroku ma więcej niż Roznerski z Zakościelnym i Karolakiem razem wzięci), od razu budzący sympatię oraz mający spore pole do działania. Bywa czasem nieporadny (wspomniana bójka czy rozmowy z siostrzenicą), ale nigdy nie popada w przesadę czy przerysowanie. Jeszcze większym zaskoczeniem była Aleksandra Domańska – tutaj tworząc mieszankę uporu, sztywności, sarkazmu z wrażliwością i empatią. Idealna mieszanka, zachowująca wiarygodność aż do końca. Co najważniejsze, czuć chemię między tymi postaciami, podnosząc film na wyższy poziom. No i drugi plan ma tutaj co robić: od solidnej Romy Gąsiorowska (Agnieszka) przez dobrego Michała Czarneckiego (śliski szef Klary) po kradnącą film epizodzik Magdaleny Popławskiej oraz trzymającego fason Zbigniewa Zamachowskiego (sfrustrowany ojciec Klasy).

Powiem szczerze, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym debiutem. „Podatek od miłości” jest zabawny, ze zgrabnie poprowadzoną intrygą, sympatycznymi bohaterami oraz nie odlatuje (poza finałem) zbyt mocno od ziemi. To na pewno kino z Polski? Aż nie chce się wierzyć.

7/10

Radosław Ostrowski

Ajlawju

Wszyscy kojarzymy Adasia Miauczyńskiego – największego furiata III RP, który stał się naszą odpowiedzią na Woody’ego Allena. W tej wersji jest krytykiem literackim oraz niespełnionym poetą po rozwodzie. Mieszka z byłą żoną i synem pod jednym dachem, ciągle wierząc, że pojawi się gdzieś ta jedyna, która odmieni jego życie. Podczas ślubu pojawia się ona – Małgorzata, też rozwiedziona, wychowująca córkę. On z Łodzi, kurwa, ona z Wrocławia. I próbują jakoś zbudować coś na kształt związku.

ajlawju1

„Ajlawju” nie jest klasyczną komedią romantyczną, choć pojawia się product placement (firma Hortex chyba się nieźle obłowiła), mamy parę bohaterów płci obojga oraz troszkę scen rozbieranych. Ale tak naprawdę Koterski opowiada tą samą historię sfrustrowanego człowieka, będącego mieszanką nerwicy natręctw, frustracji, lęków, obsesji na punkcie punktualności oraz seksualnego niespełnienia. Pojawia się kobieta, która chce z nim być, chociaż też nie jest idealna – lubi sobie golnąć, jest bardzo apetyczna i napalona, troszkę nimfomanka. Już bardziej kontrastowe postacie nie mogły się spotkać na drodze. Do tego ich lęki i demony, które mogą być barierą nie do przebicia – wszak jesteśmy w Polsce, a wszystko widzimy z jego perspektywy. I Koterski nie ułatwia zyskania sympatii dla Miauczyńskiego (drugi raz Cezary Pazura i jest świetny) – faceta marzącego o spotkaniu idealnej kobiety. Ale jednocześnie ma obsesję na punkcie czasu, musi mieć wszystko pod kontrolą i być według jego myśli, bo inaczej będzie źle. Jednocześnie jest bardzo wyczulony na pewne zachowania, słowa, nadinterpretując pewne rzeczy aż za bardzo, a nawet dopuścić do przemocy. Miłość tutaj jest bardzo wyboista, niestabilna oraz pełna sprzecznych sygnałów, jakby dla naszej pary była to ostatnia szansa na zmianę swojego beznadziejnego, szarego życia czy jazdy z Łodzi kurwa do Katowic. Tylko, czy będą w stanie pokonać swoje demony?

ajlawju2

Koterski pewnie prowadzi swoich bohaterów. Nawet Pazura w roli Miauczka parę razy balansuje na granicy przerysowania, ale zawsze pozostaje człowiekiem – czasem rozgoryczonym, rozdrażnionym, sfrustrowanym, wściekłym i żałosnym jak my wszyscy. Ale moją uwagę skupiła Katarzyna Figura, czyli Gosia. To bardzo charakterna i złożona postać, choć może tego na pierwszy rzut oka nie widać, bo alkohol troszkę zmienia ją. Ale bez niego jest świadomą swojej atrakcyjności kobietą, pełnej wręcz anielskiej cierpliwości oraz dużej ilości ciepła. Oboje to postacie połamane przez życie, przez co mają bardzo pod górkę.

ajlawju3

„Ajlawju” to jeden z mniej lubianych filmów Koterskiego i w żadnym wypadku nie jest komedią stricte. Ale tego po twórcy „Dnia świra” należało się spodziewać. Brutalnie, gorzko, szczerze jak to tylko możliwe. Wiele osób odbije się od tego dzieła, ale dajcie szansę i wiele osób spojrzy na swoje życie jak w lustrze.

7/10

Radosław Ostrowski

I tak cię kocham

Chicago to małe miasto, gdzie jakoś trwa życie i to tutaj przyszło żyć niejakiemu Kumailowi. To młody chłopak z Pakistanu, która za dnia pracuje dla Ubera, a wieczorami występuje jako komik. Jest w tym nawet niezły, chociaż żyje w cieniu rodziny trzymającej się tradycji: aranżowane małżeństwa, modlitwy do Allaha. Wtedy na jego drodze pojawia się Emily – młoda, śliczna, ale biała kobieta. Tylko jak się odnaleźć w tym wszystkim. Ostatecznie dochodzi do rozstania, a dziewczyna trafia do szpitala.

i_tak_cie_kocham1

Ten opis, jak i zwiastuny mogły sugerować, że dzieło Michaela Showaltera byłoby remakiem „Ja cię kocham, a ty śpisz”. Nie jest to też – co sugerowałoby polskie tłumaczenie – banalna, naiwna i głupiutka komedia romantyczna. Twórcy serwują takie słodko-gorzkie spojrzenie na świat (i to lubię), gdzie humor miesza się z dramatem. Dodatkowym smaczkiem jest tutaj zderzenie dwóch kultur: amerykańskiej oraz islamskiej, z jednym małym detalem. Rodzina Kumala trzyma się tradycji, ale nie są to religijny fanatycy ani fundamentaliści. A całość jest polana lekkim, komediowym sosem, co nie osłabia bardziej dramatycznych fragmentów. Niby jest to film o miłości, ale dla mnie to opowieść o dojrzewaniu do odpowiedzialności oraz odnalezieniu swojej własnej tożsamości i życiowej drogi. Chociaż pozornie akceptacja od dziewczyny (oraz przyszłych teściów) oraz spełnienie oczekiwań rodziców wydaje się nie do pogodzenia. I te bardziej dramatyczne wydarzenia (niemal połowa filmu) nie jest pozbawiona emocjonalnego kopa aż do finału (w żadnym wypadku nie przesłodzonego). Po drodze będzie wiele faków, wnikliwej obserwacji świata, związków oraz byciu prawdziwym sobą.

i_tak_cie_kocham2

Ta miejscami gorzka, miejscami poważna i zabawna komedia nie miałaby siły ognia, gdyby nie świetne aktorstwo. Nie jestem w stanie wyrazić pełnego zachwytu nad Kumailem Naijanim (film jest oparty na jego własnych doświadczeniach) w pełni oddając jego strach przed odrzuceniem, lawirowanie oraz próbę usamodzielnienia się. To wszystko jest wygrane bez cienia fałszu, a sceny stand-upowe brzmią tak naturalnie. Partneruje mu Zoe Kazan (którą uwielbiam od lat), która w środku filmu jest ograniczona do leżenia, mocno zapada się w pamięć jako lekko postrzelona kobieta z paroma przejściami. Też boi się zranienia (ostra scena rozstania) i szuka związku, chociaż mówi co innego. Ale i tak film kradnie bezczelnie niezawodna oraz charakterna Holly Hunter (matka Emily) w duecie z wycofanym Rayem Romano, tworząc prawdziwą hekatombę.

i_tak_cie_kocham3

„I tak cię kocham” nie jest stricte filmem walentynkowym, gdzie jest od cholery słodzenia, happy endu oraz życia długo i szczęśliwie. Daje wiele poważnych refleksji, wnosi wiele lekkiego humoru oraz zgrabnie miesza romans, komedię z dramatem. Ładny ten związek wyszedł.

i_tak_cie_kocham4

7,5/10

Radosław Ostrowski

Rejs w nieznane

Wszyscy pamiętamy to, co robił Guy Ritchie na przełomie wieków. To, jak odświeżył kino gangsterskie w UK, dodając teledyskową wręcz formę, smolisty humor oraz barwnych bohaterów. Nic dziwnego, ze porównywano go do samego Quentina Tarantino. Ale w 2002 roku ten zdolny Brytyjczyk wpakował się w wielką kabałę i do tej pory zastanawiam się jak można było zrobić taki film jak „Rejs w nieznane”.

rejs_w_nieznane1

Ale po kolei. Punktem wyjścia filmu jest wycieczka trzech par z Włoch do Grecji. Oczywiście wszystkie pary są Amerykanami. Jak to bogaci – są wybredni, chcą się bawić i zaszaleć. Tylko jedna osoba sprawia wrażenie zmuszonej do eskapady, czyli Amber Leighton. Kobieta ma bardzo wysokie przekonanie o sobie i potrafi doprowadzić wiele osób do szewskiej pasji. Tak jak Giuseppe – rybaka, będącego członkiem załogi. Wskutek pewnego zbiegu okoliczności oboje zostają uwięzieni w łódce pośrodku morza, a ich animozje doprowadzają do większych uszkodzeń. Aż trafiają na bezludną wyspę, gdzie są zdani na siebie.

rejs_w_nieznane2

Początek nie jest nawet najgorszy i nawet ten lekko slapstickowy humor nie drażnił, choć reżysera stać było na znacznie więcej. Jednak, gdy mamy tylko dwójkę naszych antagonistów, „Rejs” zaczyna się kompletnie sypać jako komedia, stając się festiwalem niepotrzebnych bluzgów, wzajemnych wyzwisk i upokorzeń. Role zaczynają się odwracać, co mogłoby dać komediowe spięcie, ale nie do końca zostało to wygrane. Ritchie wydaje się tutaj wręcz prymitywnym dresiarzem, zupełnie pozbawionym czegokolwiek. Psychologia postaci leży, gdyż te animozje mają doprowadzić do zakochania się, wreszcie miłości. W tym wydaniu brzmi to po prostu fałszywie, sztucznie, a miedzy bohaterami zwyczajnie brakuje chemii. Co jeszcze gorsze, końcówka skręca w tak melodramatyczne tony, że przyprawia to o prawdziwy ból.

rejs_w_nieznane3

Ten film mógłby być nawet średniakiem, gdyby nie fatalne aktorstwo. Ale czy może być inaczej, gdy główną rolę dostaje Madonna (ówczesna żona reżysera). Jej Amber jest tak odpychająca, jak tylko to jest możliwe, także pod względem fizycznym. Nawet, gdy zaczyna robić się mniej agresywna, to przesadza w drugą stronę. Samym głosem doprowadza do irytacji, a rzadko zdarza się taka reakcja z mojej strony. Troszkę lepszy jest Adrianno Giannini jako Giuseppe, który jest mocno przerysowany, jednak potrafi być zabawny (zabawa w kalambury czy rozmowy z kapitanem). Tylko między tą parą nie ma zgrania, a „miłość” między nimi nie jest w żaden sposób przekonujący.

rejs_w_nieznane4

Chciałbym powiedzieć coś dobrego o tym filmie (ok, wyspa ładnie wygląda, ale to raczej jej zasługa niż filmowców), ale kompletnie nic się nie zgrało. „Rejs w nieznane” rozbił bank Złotych Malin i zakończył współpracę z producentem Matthew Vaughnem. Rehabilitacja oraz powrót do formy zajął Brytyjczykowi wiele, wiele lat. Dzięki czemu udało się zapomnieć o tym gniocie, który jest propozycją dla „koneserów”.

2/10

Radosław Ostrowski

Zacznijmy od nowa

Czasami bywa tak, że dwoje dorosłych ludzi rozstaje się ze sobą. Dlaczego? Przyczyny są różne, ale najczęściej pojawił się ktoś trzeci do tańca dla par. i tak było w przypadku państwa Potterów (nie, nie są spokrewnieni z niejaki Harrym), bo ona poszła w tango, ale powodem była też ambicje kariery wobec pani Potter. Więc on, kompozytor Phil odchodzi, bo tak wypada. Wyrusza do Bostonu, do brata psychiatry, by się na nowo pozbierać. Brat (a dokładniej bratowa) próbują go wyswatać z pewną znajomą, Marilyn Holmberg. Pierwsza randka, delikatnie mówiąc, nie należała do udanych. Ale jak wiadomo, wystarczy sobie dać troszkę czasu.

zacznijmy_od_nowa_1979_1

Po zrobieniu wielu filmów z gatunku sensacji oraz thrillerów krytycznie odnoszących się do władzy, Alan J. Pakula wraca do tematyki relacji na linii kobieta-mężczyzna. Wspiera go przy tym scenarzysta James L. Brooks (cztery lata przed realizacją „Czułych słówek”) i tutaj mocno czuć jego wpływ. Słodko-gorzkie kino obyczajowe ze znacznie większą dawką humoru niż w poprzednich filmach Pakuli, co daje spore pole do popisu. Ale poza żartami i odrobiną ironii, bardzo uważnie przyglądamy się relacji dwojga ludzi po przejściach. Czy dadzą sobie szanse na nowy początek i nowy etap? Tutaj wiele dają pewne drobne scenki jak nowa praca w szkole (pierwsza lekcja kończy się po… 5 minutach) czy warsztaty dla rozwiedzionych mężczyzn, gdzie panowie opowiadają o swoich doświadczeniach. Wtedy pojawiają się pewne refleksje i pytania, dlaczego miłość gaśnie po prawie 45 latach czy dlaczego ciągle zakochujemy się w tej samej osobie. Ale nadal w orbicie jest Phil i Marilyn, którzy próbują ustawić, gdzie są w tej drodze, bo miłość ma to do siebie, że przychodzi wtedy, gdy nie rozglądamy się za nią, nie czekamy. Czasami chcemy tylko z kimś spędzić miło czas, aż nagle staje się ta persona dla nas kimś bardzo ważnym.

zacznijmy_od_nowa_1979_2

Refleksje przyszły mi do głowy po seansie, gdyż w trakcie wiele razy (nawet więcej niż wiele) padałem ze śmiechu. Żarnów, gdy dochodzi do drobnych złośliwości („topienie” na festynie za pomocą trafienia piłką w cel czy pierwsze spotkanie, gdy ona widzi w nim gwałciciela – w końcu łaził troszkę obok niej), jak i bardziej poważniejszych momentach (nagły atak paniki Phila w centrum czy nagłe pojawienie się byłej w mieszkaniu, gdzie jest obecna partnerka), gdzie dochodzi do odrobiny niezręczności. Wszystko to jest wygrywane bezbłędnie i bez pójścia po proste gagi. Może zakończenie może wydawać się lekko przesłodzone (oświadczyny na… boisku koszykarskim), ale nawet to zostaje przełamane żartem.

zacznijmy_od_nowa_1979_3

I jak to jest jeszcze zagrane. Bardzo pozytywnie zaskakuje wyborny Burt Reynolds, który zwyczajnie nie gwiazdorzy i daje prawdziwy popis swojego (nie do końca wykorzystanego) kunsztu. Jego Phil to facet, z którym łatwo się identyfikować. Dowcipny, inteligentny, złośliwy, ale też i zdeterminowany w realizacji swojego celu. Jednocześnie jest przed nim widmo byłej żony (dobra Candice Bergen) i przez to nie zawsze mógł się przestawić ze swoim statusem singla oraz związkiem z nową kobietą (rozmowa telefoniczna z była podczas Święta Dziękczynienia), ale ciągle nad tym pracuje i próbuje to przełamać. A partneruje mu Jill Clayburgh (Marilyn) wcielając się w najbardziej neurotyczną postać kobiecą, podobną do Diane Keaton, ale nie zagranej przez Diane Keaton. Wiem, to skomplikowane, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że widzę klon Diane z filmów Allena. Pod tymi neurozami jawi się zwyczajny strach przed ponownym zranieniem, dlatego nie wywołuje ona takiej irytacji, jak by się mogło wydawać. Na nich opiera się cała ta maszyneria i po pewnym czasie chemia między nimi staje się intensywniejsza.

Uderza lekkość z jaką zrobiony został ten film, gdzie bohaterowie są traktowani z sympatią, bez jednoznacznego podziału i klisz typowych dla komedii romantycznych. Pisarski talent Brooksa w połączeniu ze świetnym warsztatem Pakuli stworzył bardzo sympatyczny, ale i refleksyjny film. Dziwne, że w dniu premiery był kasową porażką. Nie łapię tego.

8/10

Radosław Ostrowski