Świąteczny szok

Wszyscy wiemy jakie są reguły tzw. kina świątecznego. Muszą grać w tle dzwoneczki, dekoracje na choince i prezenty, a ludzie w ten dzień pozwalają sobie na szczerość i dzięki temu rozwiązują swoje życiowe problemy, co trwają miesiące albo lata. Czasami może to wyjść dobrze, mimo pozornego fałszu na papierze. Czy tak jest w przypadku filmu „Świąteczny szok”?

Punkt wyjścia wydaje się niezbyt skomplikowany. Mamy dwie dziewczyny – Abby i Harper – żyją ze sobą od dłuższego czasu. I przychodzi ten moment, że nasze panie chcą wspólnie spędzić święta Bożego Narodzenia. W domu rodzinnym Harper, gdzie ojciec jest politykiem i stara się o urząd burmistrza, zaś matka wszystkie wydarzenia z życia rodziny umieszcza na Instagramie. Do tego jeszcze przyjeżdżają siostry dziewczyny, co troszkę komplikuje sytuację. Ale jest jeszcze jeden poważny problem: Harper nie wyznała swoim rodzicom, że jest lesbijką. Decydują, że będą udawać współlokatorki. Co może pójść nie tak podczas tych paru dni?

Tu się zaczyna cała heca, którą postanowiła pokazać reżyserka Clea DuVall. „Świąteczny szok” miejscami bardzo przypomina farsę, gdzie humor oparty jest na prostych gagach i pomyłkach. Reżyserka wykorzystuje zbliżającą rodzinną uroczystość do przestawienia (bardzo grubą kreską) spojrzenia na rodzinę. Bardzo konserwatywną familię, gdzie liczy się wizerunek. Z powodu tematyki całość mogła iść w stronę depresyjnego, bardzo poważnego dramatu. Bo strach przed „wyjściem z szafy” przed rodzicami w obawie przed brakiem akceptacji to jest sprawa dla wielu bardzo ważna. I czuję, że ten film nie unika tej kwestii, ale jednocześnie nie jest śmiertelnie poważny. Kolejne komplikacje (przybycie najinteligentniejszej córki z dwójką dzieci, była dziewczyna i były chłopak) nie są niczym zaskakującym, ale – co zabrzmi paradoksalnie – jest na tyle sprawnie zrealizowane oraz wyegzekwowane, że nie było miejsca na nudę. Przy wielu miejscach szczerze się zaśmiałem (zwłaszcza przy każdym wejściu przyjaciela Abby oraz najbardziej ignorowanej siostry Harper), nie zabrakło paru poruszających chwil i nad wszystkim wisiała ta atmosfera znana z tego typu filmów.

Nie brakuje tutaj barwnych postaci, które są absolutnie wyraziście zagrane. Kradnący szoł Daniel Levy jako Jack (przyjaciel-gej, jednak nie będący karykaturą) oraz Mary Holland wcielająca się w Jane (neurotyczka z obsesją na punkcie fantasy) są absolutnie cudowni i dodają wiele lekkości. Swoje robi zaskakująca Aubrey Plaza, czyli była dziewczyna Harper, Riley, potrafiąca zelektryzować samą obecnością. To wszystko trzymają jednak na swoich barkach Kristen Stewart oraz Mackenzie Davis, które są przeurocze i ładnie się uzupełnią. Zwłaszcza Davis, tworząca bardzo skonfliktowaną postać, chcącą zarówno akceptacji rodziców, jak i swojej partnerki.

Czy to będzie wielki świąteczny klasyk? Nie sądzę, bo jest bardzo schematyczny oraz przewidywalny, a jednocześnie przeuroczy i pełen frajdy. Wiem, że jest to paradoks, lecz tak właśnie to czuję. I nawet zakończenie nie było w stanie tego zepsuć. Prawdziwy szok.

7/10

Radosław Ostrowski

Najdłuższy marsz Billy’ego Lynna

Irak – wojna, w którą Amerykanie przestali wierzyć i podzieliła mieszkańców tego kraju tak samo jak kiedyś Wietnam. I nie ma co się dziwić, bo motywacje okazały się wielkim kłamstwem (nie było broni masowego rażenia), społeczeństwo padło ofiarom manipulacji, a heroizm i poświęcenie żołnierzy wystawiane są na ciężką próbę. Dlatego ten naród potrzebuje bohaterów, by wierzyć, że ta wojna ma sens. Kimś takim jak Billy Lynn – 19-letni chłopak z Teksasu, który stanął w obronie ranionego dowódcy, sierżanta Shrooma. I to staje się pretekstem do krajowego tournée.

billy_lynn1

Tym razem o wojnie w Iraku postanowił opowiedzieć Ang Lee – jeden z najbardziej intrygujących reżyserów spoza Ameryki, który przygląda się temu krajowi dość uważnie. Tym razem oparł swoją opowieść na książce Bena Fountaina, bardzo krytycznie odnoszącej się do wojny. I nie tylko, bo reżyser miesza tutaj trzy przestrzenie czasowe. Pierwsza, czas wojny z kulminacyjnym momentem ataku wygląda porządnie. Druga to powrót Billy’ego do rodziny oraz jego relacja z siostrą, przeciwniczką wojny. Trzecia to występ dla telewizji podczas meczu footballu amerykańskiego w Święto Dziękczynienia. I wszystkie te wątki przeplatają się ze sobą, pozornie wywołując wielką konsternację, ale wychodzi z tego bardzo spójne dzieło.

billy_lynn2

Lee dotyka tutaj wiele rzeczy. Z jednej strony mamy poczucie lojalności oraz silne przywiązanie do drużyny, ale z drugiej Billy zaczyna dostrzegać bezsensowność nie tyle działań wojny, ile postawy społeczeństwa wobec żołnierzy. Niby doceniają to, co robisz i są w szoku, ale tak naprawdę chcą cię wykorzystać do celów propagandowych (brzmi jak „Sztandar chwały”), obiecuje się im złote góry (dużą kasę za ekranizację), ale i tak będą musieli wrócić na wojnę. By jeszcze bardziej podkręcić immersję, reżyser nakręcił całość z kamerami w prędkości 120 klatek na sekundę w formacie 4K, co było przyczyną komercyjnej porażki, bo nie było tyle kin, gdzie można było pokazać tą wizję. Czy ta immersja działa? Dla mnie ta bardzo intensywna płynność wywołuje dość surrealistyczne doznania, jakby to wszystko się działo na moich oczach. I to dotyczy zarówno sceny batalistycznej, jak i widowiska na stadionie, gdzie nie brakuje efekciarskich popisów oraz fajerwerków. A wszystko polane jest bardzo gorzkim finałem, zostawiając losy bohatera pod znakiem zapytania.

billy_lynn3

Lee świetnie realizuje film, ale aktorsko nie brakuje tutaj paru strzałów na oślep. Dramatyczne oblicze próbuje pokazać Vin Diesel (sierżant Shroom), jednak brzmi bardzo średnio. Dialogi w jego wykonaniu (pełne karmy oraz odniesień do filozofii hinduskiej) przyprawiają o ból uszu, a sama postać wydaje się nieciekawa. Kontrastem dla niego jest dość wyrazisty Garrett Hadlund (sierżant Dunn), który jest twardy, acz uczciwy i ma kilka mocnych scen. Solidnie prezentuje się za to Kristen Stewart (siostra), co dla wielu może być ogromnym zaskoczeniem, a tło tej postaci potrafi poruszyć. Podobnie zaskakuje Chris Tucker (cwany Albert) oraz Steve Martin (śliski Oglesby) w zupełnie nie komediowych rolach. A jak sobie radzi debiutujący Joe Alvyn? Lynn w jego wykonaniu to bardzo zagubiony chłopak rozdarty między lojalnością, a chęcią prowadzenia zwykłego życia. I to wszystko pokazuje wiarygodnie do samego końca, za pomocą oszczędnych środków (tutaj oczy robią wielka robotę).

Ktoś powie, że opowiadanie o Iraku jest już pozbawione sensu, zwłaszcza będąc bardzo krytycznym do tego wydarzenia. Jednak Lee w swojej eksperymentalnej formie trafia w punkt, nawet jeśli motywy wydają się dziwnie znajome, to jednak unika patosu oraz napuszenia. Hipokryzja tego kraju nie przestaje mnie zadziwiać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Śmietanka towarzyska

Bobby jest młodym Żydem z Bronksu, który jest niepoprawnym romantykiem. Marzy o miłości i bogactwie, więc przenosi się do Los Angeles i liczy na fuchę u swojego wujka, producenta filmowego. Powoli zaczyna nawiązywać kontakty, odnajdując się w tym świecie. Towarzyszy mu wyznaczona przez wuja sekretarka, Vonnie, w której się zakochuje. Ona jednak (o czym nasz Bobby nie wie) ma romans z wujem bohatera.

cafe_society2

Jeśli w tle słyszysz jazzową muzykę oraz oszczędną czołówkę, to wiesz, że oglądasz Woody’ego Allena. Ten melancholijny nowojorczyk, mieszający powagę, refleksję i błyskotliwy humor w zasadzie opowiada historię taką jak zawsze, ale nigdy poniżej pewnego poziomu nie schodzi. „Śmietanka” pozornie wydaje się zbiorem charakterystycznych elementów stylu reżysera: jazzowa muzyka w tle, skomplikowane układy miłosne oraz refleksje nad nieprzewidywalnością ludzkiego życia. Materiału jest tu tyle, że można było zrobić kilka filmów i każdy z nich byłby ciekawy. Nie ważne czy byłby to elegancki melodramat, satyra na środowisko filmowe pełne blichtru oraz pustki czy gangsterską działalność brata Bobby’ego, Bena. Wszystko jest podana tak jak zawsze: lekko, dowcipnie i ze stylem. Mimo wtórności, nadal to wszystko ma urok, a osadzenie opowieści w realiach lat 30. dodaje pewnego szyku. Plusem jest przepiękna stron wizualna, pokazująca wręcz bajkowo tamten czas. Zarówno zdjęcia (tym razem odpowiadał za nie legendarny Vittorio Storaro), jak i scenografia z kostiumami wyglądają wprost oszałamiająco. Zarówno biuro Sterna, dawne posiadłości czy nocny klub robią dobre wrażenie i nie ma żadnych zgrzytów czy przesytu.

cafe_society1

Allen nadal potrafi trafić puentą i zgrabnie poprowadzić nawet przewidywalną historię (nawet Allen jako narrator nie gryzie). Jedno się nie zmieniło: ciągle ma rękę do aktorów, którzy nie zawodzą i tutaj. Główną rolę dostał tym razem Jesse Eisenberg i bardzo dobrze odnalazł się w roli romantycznego, uroczego młodzieńca (scena z prostytutką – perełka), wiarygodnie pokazując jego przemianę w pewnego siebie człowieka interesu. Także Steve Carell w roli wujka Phila trzyma fason. Pozornie człowiek sukcesu, ale jest w nim coś melancholijnego, pewien smutek, niespełnienie. Drugi plan jednak kradnie dla siebie Corey Stoll jako obrotny, chociaż bezwzględny Ben, powiązany z półświatkiem. A skoro Allen i miłość, to muszą pojawić się kobiety. Przyznam się od razu, że jestem kompletnie zaskoczony obecnością Kristen Stewart, która nigdy wcześniej nie wyglądała tak pięknie. Vonnie w jej wykonaniu to prosta, sympatyczna dziewczyna, początkowo marząca o sławie, a aktorka gra po prostu świetnie. Ale nawet ona wypada blado przy zjawiskowej Blake Lively (Veronica), kradnącej ekran samą obecnością.

cafe_society3

Woody Allen w „Śmietance towarzyskiej” nie odkrywa Ameryki i tworzy dokładnie to, czego się po nim spodziewamy: słodko-gorzką historię o tym, ze życie to komedia pisana przez sadystycznego dramaturga. Mimo wchodzenia do tej samej rzeki, seans jest bardzo przyjemny, lekki, a jednocześnie bardzo refleksyjny. Kto potrafi tak mieszać pozornie nie pasujące do siebie elementy?

cafe_society4

7/10 

Radosław Ostrowski

Motyl (Still Alice)

Choroba towarzyszy człowiekowi niemal od początku. Kino też interesuje się różnymi chorobami z jednej strony dlatego, że jest to bardzo interesujące i pozwala obserwować osoby inaczej odbierające rzeczywistość (choroba psychiczna) albo pomagają oswoić nam daną chorobę, zrozumieć ją. Myślę, że taki też cel przyświecał twórcom filmu „Still Alice” – Richardowi Glatzerowi oraz Washowi Westmorelandowi.

Poznajcie Alice Howland – jest doktorem wykładającym lingwistykę na Uniwersytecie Columbia, bardzo inteligentna kobieta w wieku średnim, lat 50 dokładnie. Mieszka z mężem (lekarzem i naukowcem), wychowała troje dzieci – można śmiało stwierdzić, że jest szczęśliwa i spełniona. Jednak zaczynają zdarzać się drobne problemy z pamięcią – zapominanie słów, zagubienie się w terenie. Pozornie wydaje się to czymś normalnym – przecież z wiekiem organizm słabnie. Jednak badania lekarskie u neurologa stawiają ostateczną diagnozę: Alzheimer we wczesnym stadium. Trzeba mówić coś więcej?

still_alice1

Wydaje się, ze ta choroba nie jest zbyt atrakcyjna dla filmu – jest mało „widowiskowa”, że się tak wyrażę. Zmiany następują w ludzkiej psychice, a nie w warstwie fizycznej. Tutaj mózg rozpada się wcześniej od reszty. Pytanie jak to pokazać na ekranie? Twórcy stawiają tutaj na prostotę realizacyjną – pomaga tutaj zarówno montaż działający niemal jak repeta, by pokazać pewne momenty zapominania (pojawiające się fragmenty starego filmu jako zamglone wspomnienia) oraz pokazanie w sposób niewyraźny wszystkiego poza samą bohaterką. Przy okazji choroba działa nie tylko na nasza Alice, która coraz bardziej staje się bezradna i nieporadna, ale też na jej najbliższych.okazuje się, ze jej odmiana Alzheimera jest genetyczna i jej dzieci mogą mieć to samo. Twórcy idą w delikatne subtelności, obyczajowe obserwacje oraz odrobinę czarnego humoru. Jak mówi sama Alice: „Wolałabym mieć raka. Nie czułabym takiego wstydu. Dla chorych na raka ludzie noszą różowe bransoletki, biegają w maratonach, zbierają datki, a ja nie czułabym się jak jakiś społeczny… zapomniałam słowa.” Na pewno twórcom udało się wiarygodnie przedstawić rozwój choroby, poczucie pewnej bezsilności oraz bezradności –  to powolne umieranie, gdzie jesteś tak naprawdę zależny od innych i zostajesz pozbawiona swojej osobowości, intelektu, nie mogąc zrobić nic.

still_alice2

Film też jest pamiętany głównie ze względu na nominowaną do Oscara kreację Julianne Moore. Bardzo lubię i cenię tą aktorkę, jednak jej nominacja jest dla mnie zastanawiająca. Czy to jest źle zagrane? Nie, ale sama rola nie wymagała jakiejś fizycznej metamorfozy, nie jest w żaden sposób efektowna czy dynamiczna. Z drugiej strony są kreacje, które nie są zbyt efektowne czy widowiskowe, ale miały siłę rażenia niemal atomowej bomby. Tutaj Moore radzi sobie dobrze i oddaje to, co powinna przeżywać osoba cierpiąca na ta chorobę – zagubienie, przygnębienie, bezradność. Nie mniej i więcej, jednak ma kilka mocnych momentów (przemowa dla Stowarzyszenia Osób Chorych na Alzheimera) i potrafi poruszyć. Ale chyba więcej mieli do przedstawienia jej partnerzy. Zarówno Alec Baldwin (oddany i starający się wesprzeć mąż), jak i kompletnie zaskakująca in plus Kristen Stewart (skłócona z matką córka Lydia) pokazują więcej i przykuwają moją uwagę bardziej.

still_alice3

Po obejrzeniu „Still Alice” przychodzą do głowy przymiotniki: smutny, ciężki, depresyjny. O happy endzie możecie zapomnieć, bo nie ma na to na razie lekarstwa. Na pewno będę  tym filmie przez jakiś czas myślał i parę scen będę pamiętał. Mam taką nadzieję.

6,5/10

Radosław Ostrowski