Krime Story. Love Story

Bracia Węgrzyn produkują chyba filmy z taką intensywnością niczym Patryk Vega. Przynajmniej w tym roku. „Gierka” nie dałem rady przetrawić (odpadłem po 30 minutach), więc nie miałem oczekiwań po „Krime Story. Love Story”. Nie jest to jednak film inspirowany kultowym serialem Michaela Manna („Crime Story”), lecz oparty na powieści rapera Marcina „Kaliego” Gutkowskiego. Ten jednak (mimo bycia współautorem scenariusza) kompletnie od filmu się odciął. Nie jest to raczej dobry sygnał.

krime story1

Tytułowy „Krime” (solidny Cezary Łukaszewicz) to drobny złodziejaszek, próbujący jakoś żyć od pierwszego do pierwszego w Olsztynie. Razem z lekko postrzelonym kumplem „Wajchą” (zaskakująco niezły Michał Koterski) dostają szansę na rozwiązanie problemów z kasą. Mianowicie jest nią kradzież walizki zawierającej pięć milionów złotych. Jest przykuta do ręki pewnego dzianego kolesia (Jan Frycz, który po prostu jest). Wszystko niby idzie jak trzeba, ale w trakcie odwrotu uciekają przed policją. Na szczęście udaje się zbiec, lecz „Wajcha” został postrzelony w głowę. To dopiero początek poważnych komplikacji.

krime story2

Sama historia próbuje pójść w uliczno-gangsterskie klimaty, tym razem poza wielką metropolią typu Warszawa, Gdańsk, Kraków, Pruszków czy Wołomin. Jest to pewna niespodzianka, oferująca odrobinę świeżości w znajomej konwencji. Bo suchych żartów jest więcej niż we wszystkich odcinkach „Familiady” razem wziętych (aczkolwiek jest parę trafionych strzałów), parka cwaniaków oraz lokalne gruby ryby, prosty plan, który jest tylko z nazwy prosty, trupy, przemoc i sporo szczęścia. Jest jeszcze młody, ambitny glina (najmocniejszy z obsady Piotr Witkowski) prowadzący sprawę z bardziej doświadczoną partnerką (Gabriela Muskała), próbujący dopaść Krime’a.

krime story3

Nie brakuje pościgów, jest trochę strzelania, jest wiele krwi i brutalności. Ale, niestety, pojawiają się dwa poboczne wątki, które destabilizują całą historię. Po pierwsze, po mieście szalej seryjny morderca kobiet. Cały na biało, w czarnych okularach i masce, sieje śmierć. Kim jest i dlaczego to robi? Do ostatniej sceny się nie dowiesz widzu, a jak poznasz prawdę, nie uwierzysz. Ja byłem w szoku. Druga sprawa dotyczy Kamili (Wiktoria Gąsiewska), czyli córki gościa, którego Krime ma okraść. Co żyje na bogato, ma tępe kumpele i matkę-zołzę-co-chce-być-kumpelą. Nowobogacka pinda z pustką w głowie, która mnie nic nie obchodziła. W końcu pojawia się na drodze bohatera i zaczyna się Love Story, które trwa… ostatnie 20 minut, wygląda jak teledyskowe scenki z popową muzyczką w tle, ładnymi krajobrazami. To jest napisane na kolanie, byleby dorzucić coś po zakończeniu głównego wątku. Kuriozalnym zakończeniu, którego nawet nie chce mi się zdradzać.

krime story4

Jeszcze bardziej popieprzony jest fakt, że parę znajomych twarzy tak naprawdę robi tu za epizody, choć można było spodziewać się czegoś innego. Z tego powodu nie mogę pozbyć się wrażenia marnotrawstwa talentu (Agnieszka Więdłocha, Jan Frycz, Małgorzata Kożuchowska, Cezary Żak, Gabriela Muskała czy – po raz ostatni na ekranie – Krzysztof Kowalewski). Cieszę się z faktu, że Cezary Łukaszewicz w końcu dostał główną rolę i trzyma to wszystko w ryzach. Jeszcze bardziej działa jego relacja z postacią graną przez Michała Koterskiego, który robi tu za śmieszka i wierzy się w ich przyjaźń. Szoł jednak kradnie Witkowski jako twardy, zdeterminowany gliniarz, lecz bez bycia macho.

krime story5

„Krime Story” jest typowym dla braci Węgrzyn bałaganem, choć nie jest tak przeładowany wątkami jak „Proceder”. Niemniej szorstki klimat, całkiem niezłe aktorstwo, solidna realizacja oraz rapowe numery pokazują jaki potencjał tkwił w tej opowieści. Bo w połowie twórcy pogubili się i na chybcika posklejali to wszystko, co zabiło ten tytuł. Wielka szkoda.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Horror w Wesołych Bagniskach

Rok 1923, czyli już po wojnie polsko-bolszewickiej. Tytułowe Wesołe Bagnisko to dworek znajdujący się gdzieś na wschodzie Polski, otoczony wielkimi bagnami, gdzie wejść (i wyjść) można za pomocą dużej kładki. Tutaj podczas wizyty Sowietów doszło do tragedii. Pani dworu oraz jej zięć obwiniają o wszystko niejakiego Jerzego Wawickiego. Mężczyzna dostaje zaproszenie do dworu nie wiedząc, że jest to zastawiona pułapka.

To jeden z mniej znanych filmów w dorobku Andrzeja Barańskiego, który znany był z portretowania życia na prowincji. Ale adaptacja powieści Michała Choromańskiego to mieszanka tajemnicy, thrillera oraz groteskowego poczucia humoru. Nie jest też stricte horrorem, choć atmosfera niepokoju oraz mroczna tajemnica potrafi czasem złapać za gardło. Co tak naprawdę stało się we dworze? Jaką rolę miał w tym wszystkim Wawicki? I czy zapach bagien naprawdę wywołuje kiłę?

Reżyser powoli odkrywa całą układankę, pozwalając działać dość ekscentrycznym i pokręconym bohaterom. Od księdza proboszcza lubiącego miód (cudny Roman Kłosowski) oraz jego siostrzeńca, badającego gaz bagienny (solidny Grzegorz Damięcki) przez lubiącego wypić, melancholijnego dziedzica (rozbrajający Krzysztof Kowalewski), demoniczną, twardą teściową (kradnąca cały film Nina Andrycz) po przebywającego na dworze komisarza NKWD (straszno-śmieszny Alosza Awdiejew) oraz bardziej eleganckiego, światowego Wawickiego (świetny Jan Frycz). Wszyscy grają bardzo teatralnie, lecz idealnie pasuje do tej wariackiej, groteskowej konwencji.

Ale „Horror w Wesołych Bagniskach” nie jest stricte horrorem, choć ma wiele elementów tego typu kina. Od plastycznych zdjęć Dariusza Kuca z bardzo szerokimi plenerami i retrospekcjami w kolorze żółci po nerwowo-smyczkową muzykę Henryka Kuźniaka – nastrój działa bardzo. Tylko, że pod tym wszystkim skrywają się losy ludzi nieszczęśliwych, samotnych oraz zbyt pokręconych, by traktować ten film całkiem poważnie. Być może dlatego tak mało się o nim mówi, bo był zbyt zakręcony oraz doprowadzony do granicy przesady. Nie brakuje w nim przewrotek oraz zaskoczeń, zaś ostatecznie rozwiązanie w pełni satysfakcjonuje.

Tytuł nie oddaje w pełni charakteru, bo to bardziej groteskowy thriller ze zbyt barwnymi postaciami, by uznać za konwencjonalny film. Barański niby idzie w znane środowisko, ale w zupełnie innym tonie. Intrygujące, choć zapomniane dzieło.

7/10

Radosław Ostrowski

Goryl, czyli ostatnie zadanie…

Tytułowym gorylem jest Boleś – wygląda na zwalistego gościa z twarzą surową, wręcz chłopską. Zawsze nosi pistolet przy sobie albowiem jest ochroniarzem ważnego polityka. Szef pełnił funkcje w niemal każdym możliwym resorcie, ale obecnie w czasach transformacji ustrojowej, został przestawiony na boczny tor. W sumie poza polowaniami w leśniczówce nie ma zbyt wiele do roboty. Wszystko zmienia jeden telefon z Warszawy. Chcą widzieć pilnie Szefa, co tamten odbiera jako szansę powrotu na szczyt.

goryl1

Janusz Zaorski po wielkim sukcesie „Piłkarskiego pokera” zrealizował w podobnym czasie pewną skromną produkcję dla telewizji. Być może dlatego tak niewielu ludzi o nim słyszało. Niemal całość spędzamy w drodze, poznając przeszłość Szefa, o której już niewiele pamięta. A czego to on nie robił, jakie przekręty, co zabrał dla siebie, co zatuszował – długa lista. I tak nie poznajemy całości, lecz zebrana w tym niemal godzinnym dziele wystarczy. Niby mamy tutaj schyłek PRL-u i czuć powoli wchodzący nowy ustrój, ale zmian nie ma zbyt wiele. Ciągle liczą się znajomości oraz „czysta” przeszłości, czyli trzymanie swoich brudów w tajemnicy. By tego zrobić Szef musi zwolnić swojego goryla, gdyż wie za dużo. I ta historia kończy się bardzo przewrotnym finałem.

goryl2

Niby byłaby to kolejna historia z polityką oraz realiami ukazanymi w krzywym zwierciadle, gdyby nie jeden istotny szczegół. Do tego zostają wplecione fragmenty „Żywotów cezarów” Swetoniusza, przedstawiające losy Juliusza Cezara. Porównania między działaniami mężów stanu Imperium Romanum a polskimi realiami potrafią nadal uderzyć. I to Zaorskiemu udaje się przedstawić w dość krzywym zwierciadle, gdzie nie brakuje absurdalnych momentów (czekanie przed torami czy wizyta w barze, gdzie jest zakaz sprzedaży alkoholu przed 13) oraz niepozbawionych błysku dialogów. Jak to wszystko płynie, a czas mija jak biczem strzelił.

goryl3

A prawdziwym paliwem (oprócz chwytliwego tematu przewodniego Przemysława Gintrowskiego) jest znakomicie dobrany duet głównych bohaterów. Szefem jest tutaj Marian Opania, który nie jest w stanie żyć bez władzy. Bardzo opanowany, inteligentny oraz umiejący lawirować między różnymi sytuacjami. Przeciwieństwem wydaje się Boleś w wykonaniu Krzysztofa Kowalewskiego. Niby prostak, rzucający potoczną mową i pełniący rolę cienia swojego Szefa, ale ma zbyt dobrą pamięć. Panowie świetnie się uzupełniają, a chemia niemal rozsadza ekran.

„Goryl” to mała perełka polskiej telewizji, z dużym dystansem przyglądająca się zmieniającemu ustrojowi politycznemu w naszym kraju. Potrafi rozbawić, ale jest też pełen nostalgii i refleksji, zachowując odpowiednie proporcje.

7,5/10

Radosław Ostrowski