Kasztanowy ludzik

Skandynawskie kryminały miały swój czas wielkiej popularności na początku wieku XXI. Powieści Henninga Mankella, Jo Nesbo, Jussi Adler-Olsena i Camille Lackberg wykreowały coś, co zostało nazwane nordic noir. O filmach i serialach nawet nie chcę mówić, dzięki którym popularność tego gatunku utrzymała się na długo. I to także widać na przypadku nowego, duńskiego serialu Netflixa „Kasztanowy ludzik”.

Mini-serial oparty jest na debiutanckiej powieści Sorena Sveistrupa. Jeśli kojarzycie to nazwisko, jest on twórcą jednego z najsłynniejszych serialowych nordic noir – „The Killing”. Więc jest niejako gwarancją, że będziemy do czynienia z bardzo solidną oraz wciągającą produkcją. Już sam początek potrafi uderzyć. Jesteśmy w latach 80. na wyspie Olm, gdzie policjant wyrusza na farmę. Chodzi o zaginione stado, zaś kontakt z właścicielem jest niemożliwy. Na miejscu zostają znalezione trupy matki oraz dzieci, a kiedy udaje się stróżowi prawa znaleźć ocalałego członka rodziny… zostaje zamordowany. A w całej piwnicy znajduje się masa ludzików zrobionych z kasztanów. 30 lat później w Kopenhadze dochodzi do makabrycznej zbrodni. Na placu zabaw zostaje znaleziona kobieta w wybitym okiem oraz odciętą ręką. Obok znajduje się kasztanowy ludzik – kto zabija i dlaczego? Śledztwo prowadzi Naia Thulin oraz przesłany z Europolu Mark Hess. Najdziwniejsze w sprawie jest to, że na kasztanie są odciski palców zamordowanej rok wcześniej córki pani minister spraw społecznych.

Innymi słowy, jest masa znajomych elementów: śledczy z popapraną przeszłością, bardzo mroczna tajemnica, nieznany sprawca, makabryczne trupy oraz kolejne odkrywane brudy i patologia, która zmienia ludzi w prawdziwe monstra. Cała narracja prowadzona jest dwutorowo – z jednej strony mamy policyjne dochodzenie, z drugiej widzimy rodzinę Rosy Hartung. Pani minister wraca po roku do pracy, a nowe dowody w sprawie mogą sugerować, że uznana za martwą córka może żyć. Jakby rodzina nie była w rozsypce, a nadzieja może jeszcze bardziej pokazać to rozbicie. Pokazane jest to na przykładzie męża, co lubi sobie wypić i czuje się odpowiedzialny za całą sytuację.

Niby już to widziałem, ale sama realizacja jest tak dobra, że nie ma mowy o znużeniu. Widać, że robią to doświadczeni filmowcy w narracji. Uderzyły mnie za to zdjęcia, utrzymane w bardzo jesiennej kolorystyce. Dużo czerni i brązu tylko potęguje bardzo mroczny klimat, a zabójca wydaje się być cały czas o krok przed stróżami prawa. Kim jest? Dlaczego to robi? I co ma z tym wszystkim wspólnego pani minister? Historia nadal trzyma w napięciu, a scenarzyści podrzucają kolejne tropy i poszlaki. jedynie finał sprawia wrażenie troszkę zbyt efekciarskiego, wręcz wybuchowego, ale nadal pozostaje satysfakcjonujący.

Jest to także zasługa bardzo wyrazistych oraz bardzo dobrze zagranych postaci. Na pierwszy plan wybija się duet mimo woli, czyli Naia Thulin (Danila Ćurcić) oraz Mark Hess (Mikkel Boe Forsgaard). Oboje niejako nie chcą się za bardzo angażować w sprawę i traktują to jako przystanek (ona się stara o przydział w komórce zajmującej się cyberprzestępczością, by móc spędzać więcej czasu z córką; on trafia tutaj z powodu pewnych spięć wobec szefa i robi niewiele). Więc relacja między nimi początkowo jest niezbyt udana, ale z czasem zaczynają się oboje uzupełniać, tworząc bardzo zgrabny duet. Kolejną wyrazistą postacią jest minister Hartung (rewelacyjna Iben Dorner) oraz jej mąż (świetny Esben Dalgaard Andersen), którzy próbują dalej funkcjonować jako rodzina. Ona wydaje się bardzo silna, twardo stąpająca po ziemi, a on bardzo zdołowany i wycofany. Ale to wszystko pozory, pokazane bardzo subtelnymi momentami, pokazując o wiele więcej w tej rodzinie. Swoje też robi niezawodny David Dencik jako szef grupy kryminologów Genz, będący bardzo pomocnym w śledztwie.

Można śmiało powiedzieć, że serial Sveinstrupa (także jeden ze scenarzystów) może być świetnym wprowadzeniem dla osób, które nie miały wcześniej styczności z nordic noir. Bo to destylat wszystkiego, co w tym gatunku najlepsze i charakterystyczne. Ale nawet dla osób znających tą konwencję, nadal znajdą coś dla siebie – wciągającą, interesującą opowieść z krytycznym spojrzeniem na system opieki społecznej.

8/10

Radosław Ostrowski

Na rauszu

Ile to już było filmów o piciu i alkoholizmie? Zbyt wiele, żeby można było wyciągnąć coś więcej z tego tematu. Bo albo idziemy w komediowe tony, albo stajemy się bardzo poważnym dramatem o uzależnieniu. Ale reżyser Thomas Vinterberg spróbował ugryźć ten ograny temat z innej perspektywy. a wszystko zaczyna się od eksperymentu.

Bohaterami „Na rauszu” jest czerech nauczycieli w liceum: Martin, Peter, Tommy i Nikolaj. Panowie są dość sfrustrowani pracą, gdzie uczniowie kompletnie ich olewają. Prywatnie też każdemu z nich różnie wyszło, o czym opowiadają podczas urodzin Nikolaja. Podczas rozmowy mężczyzna wspomina o teorii norweskiego psychiatry, że człowiek urodził się z brakującą ilością pół promila alkohol we krwi. Zaczyna się dyskusja, aż w końcu Martin decyduje się sprawdzić teorię w praktyce. Później dołącza reszta, a eksperyment polega na utrzymywaniu w organizmie pół promila. Więc można pić, ale tylko do 20. I początkowo wyniki są zaskakująco pozytywne, więc cała czwórka postanawia podnieść poprzeczkę.

na rauszu1

Od razu uprzedzę pytania: „Na rauszu” nie jest, powtarzam, NIE JEST filmem o piciu i chlaniu. Chociaż alkohol jest mocno obecny. Inaczej – raczej pytanie brzmi, dlaczego nasi panowie decydują się na picie. O skryte demony, poczucie obcości i zmęczenia życiem. Jak bardzo sceny picia czwórki bohaterów kontrastują na początku filmu, gdzie młodzi ludzie imprezują z flaszką w ręku. I początkowo wydaje się, że bohaterowie na tym piciu zyskali. Lepiej prowadzone lekcje z uczniami, Martinowi relacje z żoną się nawet poprawiają, więc idą z alkoholem wyżej. Początkowo może to się wydawać zabawne, ale z czasem ten śmiech zaczyna gasnąć. Picie staje się pułapką, z której jednemu z bohaterów (wuefista Tommy) nie udaje się wyjść. A wiecie, co jest najgorsze? Alkohol towarzyszy nam od początku, a nawet kilka wybitnych jednostek znane było z picia. I to chlanie idzie na potęgę w ilościach hurtowych, aż się traci nad tym kontrolę. Co najbardziej zadziwia mnie to fakt, że Vinterberg nie ocenia i nie daje jednoznacznej odpowiedzi na temat alkoholu. Czy on jest tylko dobry, czy ma tylko negatywne skutki?

na rauszu2

„Na rauszu” ma więcej odcieni szarości niż można się było spodziewać, zaś finałowy taniec Martina jest interpretowany na kilka sposobów – jako wyzwolenie się, jako ciągłe życie z nałogiem czy chocholi taniec. Ale dla mnie klucz do tej sceny pojawia się wcześniej. Kiedy na egzaminie jeden ze studentów jest pytany o teorię lęku Kierkegaarda, czyli jak człowiek sobie radzi z porażką. Jeśli się ją zaakceptuje, można pokochać się oraz całe otoczenie. Czy jednak naszym bohaterom udaje się poznać samych siebie i zacząć wszystko od nowa? Pogodzenie się z samym sobą? A może chodzi o akceptacje nałogu i zatracenie się w nim?

na rauszu3

Wydaje mi się, że to pierwsze, ale może się tylko wydaje. W każdym razie na pewno nie wyczerpałem tematu, a film na pewno zmusza do myślenia. Idźcie, sprawdźcie i skonfrontujcie się.

8/10

Radosław Ostrowski