Ileż to było opowieści o małych miasteczkach, gdzie mieszkają pokręceni, lecz głównie nieszkodliwi indywidualiści? A potem trafia ktoś z zewnątrz i zaczynają się tarcia podczas aklimatyzacji? Najnowsze dzieło Bena Wheatleya wydaje się wpisywać w ten trend, jednak ma parę niespodzianek.
Tytułowe „Normal” to jedno z takich miasteczek, które znajduje się w Minnesocie. A tak ciągle śnieg, zima i cały czas piździ. Tutaj jednak trafia niejaki Ulysses (Bob Odenkirk), pełniący rolę tymczasowego szeryfa do czasu wyboru nowego stróża prawa. A wszystko z powodu nagłego zgonu poprzednika. W zasadzie nie ma tu jakiś poważnych incydentów czy sporów, więc praca Ulyssesa przebiega dość gładko. Ale w końcu dwoje młodych ludzi postanawia napaść na bank. Nie wszystko idzie zgodnie z planem, lecz kiedy szeryf postanawia wkroczy i rozwiązać problem, zastępcy… zaczynają do niego strzelać. Ale dlaczego?

Spece od reklamy sprzedawali „Normal” jako połączenie „Johna Wicka” z „Fargo” i – choć na pierwszy rzut oka brzmi idiotycznie – nie jest wcale takie głupie. Z pierwszy łączy go scenarzysta Derek Kolstad, z drugim miejsce akcji, galeria ekscentrycznych postaci oraz czarny humor. Sama intryga budowana jest powoli, by pójść w czysto brutalną, totalnie przegiętą i groteskową rozpierduchę. W tych momentach Wheatley’owi bliżej jest do… „Hot Fuzz” Edgara Wrighta. Nie da się tego do końca traktować całkowicie poważnie, zwłaszcza gdy do wszystkiego zostaje wrzucona… Yakuza. I przez większość czasu udaje się twórcom zgrabnie balansować między kompletną zgrywą, ostrą jatką oraz krótkimi chwilami powagi. Sama akcja jest niepozbawiona eksplozji oraz kreatywnych mordów, jednak jest troszkę standardowa jak na ten gatunek. Jedynym mocnym zgrzytem w scenach akcji to drobne ujęcia kamery przechodzące na cyfrówkę niczym z wczesnych lat 2000. Wygląda to brzydko, choć na szczęście nie zdarza się to często.

Sama historia ma parę drobnych zaskoczeń i twistów, a wszystko skupia w sobie niezawodny Bob Odenkirk. Cały czas nie mogę uwierzyć, że ten świetny aktor komediowy stał się nową gwiazdą kina akcji. Jego Ulysses to zmęczony everyman skrywający mroczną tajemnicę, zmuszony do konfrontacji. Nie jest żadnym twardzielem jak Wick, ale potrafi się bronić i jest w dobrej formie fizycznej. Nawet jeśli na drugim planie nie wszyscy są w pełni wykorzystani (szczególnie dotyczy to Henry’ego Winklera w roli burmistrza oraz Leny Headey wcielającą się w barmankę), to zapadają mocno w pamięć jak Billy McLennan (zastępca szeryfa ze „zbyt głośną” kurtką) czy Jess McLeod (córka szeryfa Gundersona, Alex).

„Normal” może nie ma tak imponującej akcji jak w „Johnie Wicku”, intensywności akcyjniaków z Indonezji czy kreatywności choćby „Boy Kills World”. Niemniej Wheatley potrafi dostarczyć solidnej rozrywki z bardziej przyziemnym i charyzmatycznym protagonistą w roli głównej, barwnym drugim planem oraz satysfakcjonującą rozróbą. A czasami tyle do szczęścia wystarczy.
7/10
Radosław Ostrowski




