Odyseja

Christopher Nolan to jeden z tych reżyserów, którego filmy pozostają (mniejszym lub większym) wydarzeniem. Jednak od czasu „Mrocznego rycerza” i castingu Heath Ledgera nie było takich kontrowersji jak w przypadku swojego najnowszego dzieła. Czyli adaptacji eposu niejakiego Homera o Odyseuszu, który po 20 latach (10 lat wojny z Troją i 10 latach powrotu) wraca do swojego domu.

Sama historia nawet dla osób nie znających dzieła literackiego wydaje się znajoma i – jak na dzieło Brytyjczyka przystało – opowiedziana jest dwutorowo. Z jednej strony jesteśmy w Itace, gdzie żyją królowa Penelopa (Anne Hathaway) oraz jej dorastający syn Telemach (Tom Holland). A od lat na dworze przebywają zalotnicy pod wodzą Antinoona (Robert Pattinson), co chętnie wzięliby sobie królową za żonę i knują jak pozbyć się młodzieńca. Z drugiej strony mamy Odyseusza (Matt Damon) przebywającego na wyspie nimfy Kalipso (Charlize Theron) nie pamiętając kompletnie jak tu trafił. Powoli zaczyna sobie przypominać zdobycie samej Troi oraz pełną niebezpieczeństw drogę do domu.

Pozornie Nolan niby robi to, co zwykle, czyli bawi się chronologią i czyni całość quasi-realistyczną w szaro-burych kolorach. Co jak na produkcję w klimacie fantasy jest nietypowym wyborem i to wielu od razu odrzuci. Nie znaczy to, że w „Odysei” nie ma w ogóle żadnych elementów fantastycznych czy nadnaturalnych, bo te zapadają mocno w pamięć. Skręcająca ku horrorowi uwięzienie i próba ucieczki z jaskini olbrzyma Polifena (jedna z najlepiej udźwiękowionych scen), ucieczka przed wielkimi wojownikami w ciężkich zbrojach (niczym RoboCop), wizyta u Kirke i strawa, która zmienia ludzi w zwierzęta (David Cronenberg byłby dumny!!!) czy odwiedzenie Hadesu pokazują, że Nolan ciągle potrafi zaskoczyć na poziomie inscenizacji. Także samo zdobycie Troi potrafiło utrzymać w napięciu, co także jest zasługą świetnych zdjęć oraz bardzo oszczędnej, choć intensywnej muzyki Goranssona. Jednak dopiero w ostatniej godzinie obydwie linie spinają się w bardzo satysfakcjonującym zakończeniu oraz tutaj wybrzmiewa przesłanie filmu. O naznaczeniu wojną i PTSD, łamaniu i nadużywaniu dawnych tradycji, doprowadzającym do degrengolady oraz końca obecnego porządku.

Niemniej jednak „Odyseja” daleka jest od doskonałości. Po pierwsze, przeskoki w czasie na początku wywołują dezorientację, co na samym początku zwyczajnie męczy. I nie mogę pozbyć się wrażenia, że ta achronologia w zasadzie jest niepotrzebna. Po drugie, Nolan lubi często niektóre sceny i ujęcia powtarzać jakby widz nie był w stanie zapamiętać albo zrozumieć pewne rzeczy. A to oznacza wykorzystanie jednego z ulubionych narzędzi reżyserów filmowych, czyli łopaty. Po trzecie, miałem spore problemy z wątkiem Telemacha. I ja rozumiem, że chodzi o pokazanie jego frustracji i bezsilności, bo zalotnicy nadużywają prawa gościnności, a sam nie może ich pozabijać niczym Kratos cały panteon bogów. Niemniej można było kilka(naście) minut wyciąć, co pomogłoby w kwestii tempa.

Znowu Nolan niczym Wes Anderson zbiera imponującą obsadę aktorską i nawet w drobnych rolach pojawiają się znane twarze, ale jednak nie wszyscy są w pełni wykorzystani. Kompletnie nie wiem, co tu robi raper Travis Scott, co niby ma być bardem, a tak w zasadzie tylko wali laską niczym marszałek Sejmu i rzuca pojedyncze słowa. Tak samo będąca jedną ze służących Penelopy Mia Goth czy Logan Marshall-Green, którzy po prostu są. Pewne kontrowersje wywołało obsadzie Lupity Nyong’o zarówno jako Heleny jak i Klitajmestry (żona Agamemnona), jednak sama aktorka pojawia się może z minutę, więc nie ma tu za bardzo o co kruszyć kopię. To samo tyczy Elliota Page’a, który – według nie wiadomo skąd wziętych plotek – miał grać Achillesa, ale… to jest adaptacja „Odysei”, nie „Iliady”. Czyli Achillesa tu nie ma, lecz sam aktor jako żołnierz Sinon jest zaledwie poprawny. Tak jak Zendaya wcielająca się w Atenę, która parę razy objawia się Odysowi. I jest wyjaśnione dlaczego pokazuje się w takiej postaci, ale nie zamierzam zdradzać z czego to wynika. No i ostatnie źródło kontrowersji, czyli Darth Agamemnon w kurewsko wielkiej zbroi grany przez Benny’ego Safdie. Tez jest go bardzo niewiele, jednak Nolan sprytnie z niego korzysta. Ma wyglądać złowrogo oraz groźnie, co działa, ale jeszcze lepszy jest pokazany w scenach powrotu do domu, gdyż ANI RAZU nie widzimy jego twarzy. Nawet jak zdejmuje ten hełm (scena przygotowania do kąpieli i chwila przed śmiercią) jest kręcony z tyłu głowy. To pokazuje jego bezwzględność w jego celu, czyli żądzy władzy.

A kto tu wypada najlepiej z tego składu? Jest taka mocna piątka. Po pierwsze, Matt Damon w roli Odyseusza sprawdza się, kiedy ma pokazać swój spryt oraz inteligencję w radzeniu sobie z przeciwnościami. Ale najlepsze dla mnie były sceny pokazuje jego poczucie winy (za Troję, za stratę towarzyszy) i ciężar odpowiedzialności, a także finałowa konfrontacja z zalotnikami. Po drugie, świetna Anne Hathaway wcielająca się w Penelopę. Oddana i wierna żona, ale też trzymająca całe królestwo w ryzach, mimo rzekomo nie posiadająca żadnej władzy. Ale też próbująca poprowadzić syna w sprawach polityki. Po trzecie, fantastyczny Robert Pattinson jako Antinoos, najbardziej wyrazisty z zalotników. Odpowiednio śliski cwaniak, całkowicie dwulicowy tchórz, działający za pomocą podstępu. Po czwarte, największa niespodzianka w postaci Johna Leguizamo jako pół-ślepego świniopasa Eumajosa. Najbardziej lojalny sługa Odyseusza, pozornie słaby, lecz wewnętrznie silny i będący największym sercem tego filmu. I na sam koniec kradnąca scenę Samantha Morton, czyli Kirke. To jest najlepszy przykład jak mając niewiele czasu ekranowego wykorzystać go maksymalnie, tworząc enigmatyczną, niepokojącą, a jednocześnie pełną empatii postać. Niesamowite.

Czy „Odyseja” jest tak zajebistym filmem, który odmieni oblicze kina i zmieni reguły gry? No bez jaj. Nie jest też tak zły, jak kreślą go ci wszyscy krzykacze, serwując absurdalne i niedorzeczne powody. To „zaledwie” bardzo solidny film w dorobku Nolana, który miał potencjał na bycie arcydziełem, ale ma parę poważnych rys na poziomie scenariusza. Niemniej uważam, że sprawdza się jako blockbuster z wieloma niezapomnianymi scenami oraz w większości świetnym aktorstwem, ale trzeba przyjść z otwartą głową.

8/10

Radosław Ostrowski

Ciche miejsce: Dzień pierwszy

Tworzona przez Johna Krasinskiego seria „Ciche miejsce” to jedna z popularniejszych oraz bardziej interesujących horrorów ostatniej dekady. W oczekiwaniu na planowaną część trzecią, która opóźniona została z powodu pandemii. Niemniej dwa lata temu pojawił dość niespodziewany prequel – przynajmniej tego się należało spodziewać po podtytule „Dzień pierwszy”.

Tym razem za kamerą stanął Michael Sarnoski, czyli twórca głośnej „Świni” z Nicolasem Cage’m. Krasinski ograniczył swój udział do roli producenta, a sama akcja tym razem przenosi się do Nowego Jorku. Bohaterką jest Sammy (Lupita Nyong’o) – chorująca na raka młoda poetka, przebywająca w hospicjum. W zasadzie jedyną jej bliską osobą jest… kot, trzyma się od wszystkich na dystans i nie oczekuje już zbyt wiele od życia. Razem z grupą pacjentów wyrusza do miasta na spektakl, jednak w trakcie przedstawienia coś trafia na ziemię. Początkowo mogło się wydawać uderzeniem meteorytów, ale tak naprawdę to inwazja obcych. I jakikolwiek dźwięk oznacza śmierć, o co w wielkim mieście nie jest trudne.

Ta część „Cichego miejsca” w zasadzie jest równie kameralna, mimo kompletnie zmienionego settingu. To niemal klasycznie zrobiony thriller, pokazujący początek końca świata. Od początkowego ataku i poczuciu dezorientacji (pojawiający się zewnątrz pył) przez atakujące z każdej strony dziwne kwiatowate maszkary po całkowitą ciszę. W zasadzie forma straszenia ogranicza się do dwóch rzeczy: nagłego dźwięku przykuwającego uwagę kosmitów albo bardzo powolnego i cichego przekradania się. Ewentualnej ucieczki z miasta, które z każdym dniem przypomina krajobrazem świat z post-apokalipsy. I to budowanie atmosfery reżyserowi się udaje świetnie, nawet jeśli wydaje się to znajome. Nawet pojawienie się w połowie drugiej postaci – studenta z UK Erica (Joseph Quinn) nie zbyt wiele zmienia. To jest bardziej dramat z elementami grozy, mocno oszczędny w dialogi, ale ma kilka czarujących elementów (scena z klubie jazzowym, teatr kukiełek).

Jedyne, co mnie zadziwiło to dwie rzeczy: jak na poważnie chorującą na raka (i to od dłuższego czasu) Sammy jest zadziwiająco sprawna i zwinna. Druga to towarzyszący im kot, który zachowuje się bardziej jak… pies. Bardzo mocno przywiązany do swojej właścicielki, nawet jak ją na jakiś czas porzuca to wraca i jest strasznie cichutki. Ja nie posiadam kota ani psa – z powodu alergii na sierść obojga zwierzaków – lecz to zachowanie jest co najmniej zastanawiające.

„Dzień pierwszy” nie jest jakimś sporym rozwinięciem uniwersum Cichego miejsca, ale to całkiem niezły dramat w otoczce horroru o odzyskiwaniu chęci do życia i sile przyjaźni. Bardziej wyczekuję jednak części trzeciej serii, która ma się pojawić w przyszłym roku.

6/10

Radosław Ostrowski

To my

Patrzymy na zwykłą rodzinę z przedmieść, reprezentującą typową klasę średnią. Państwo Wilson, czyli ojciec, matka oraz dwójka dzieci, wydają się żyć w prospericie. Choć ich znajomi wydają się bardziej dziani, co dla ojca rodziny jest pewną solą w oku. To życie trwałoby bardzo spokojnie, gdyby nie jeden mały szczegół – przed ich domem pojawia się tajemnicza grupka ludzi. Wszyscy ubrani na czarno, ze skórzanymi rękawiczkami, nożyczkami. I co gorsza, wyglądają tak samo jak nasi bohaterowie.

to my2

Po sukcesie „Uciekaj!” Jordan Peele stał się nową twarzą amerykańskiego kina grozy. Mieszanka horroru z komedią i satyrycznym spojrzeniem na społeczeństwo zaowocowało czymś intrygującym. W „To my” wydaje się iść podobną ścieżką, gdzie mamy zderzoną rodzinę z bardzo niejasną, irracjonalną sytuacją. Kim są tajemniczy oni? Czego chcą? Dlaczego robią to, co robią? Skąd się wzięli? Początek, gdzie bardziej widzimy obyczajową otoczkę oraz poznajemy naszych bohaterów jest całkiem niezły. Wraz z pojawieniem się tajemniczej rodziny atmosfera robi się gęstsza, poczucie zagrożenia jest silne, a reżyser parokrotnie pokazuje jak świetnie buduje napięcie. I nieważne, czy mówimy o pierwszym pojawieniu się rodzinki, całej akcji z płonącym samochodem albo finałowej konfrontacji między matką a jej doppelgangerem. A w tle gra świetna muzyka, budująca ten niepokojący klimat.

to my1

To czemu daję dość niską ocenę „To my”? Dla mnie największym problemem jest to, jak reżyser wyjaśnia całą tajemnicę. Tak samo jak w „Uciekaj” wytłumaczenie dla mnie było nielogiczne, pozbawione sensu oraz wzięte z zupełnie innego świata. To jest troszkę tak, jakby do realistycznego świata nagle wprowadzić smoki czy kosmitów. Zgrzyt jest tutaj bardzo silny, przez co nie mogłem za bardzo zaangażować. Za to bardzo zaskoczyło mnie zakończenie, nie mogąc się domyślić.

to my3

Aktorsko nadal produkcja trzyma poziom i kolejny raz widać, jak bardzo utalentowane są dzieci. Ale tak naprawdę błyszczy absolutnie niesamowita Lupita Nyong’o w roli matki. Pozornie bardzo powściągliwa oraz przezroczysta, ale w tych oczach oraz mowie ciała maluje się cała paleta emocji: od strachu i przerażenia aż po determinację oraz walkę. Bardzo magnetyzująca kreacja, warta wszelkich wyróżnień.

Peele tym razem próbuje straszyć na poważnie, co częściowo się udaje. Próbuje opowiedzieć głębszą historię, ale przez co czasem ma problem ze straszeniem oraz budowaniem napięcia. Doceniam oryginalność, lecz mnie nie porwało.

6,5/10

Radosław Ostrowski