Cyberpunk w ostatnich latach zaczyna wracać do popularności, co chyba można tłumaczyć grą „Cyberpunk 2077” oraz budzącym coraz większą niepewność rozwój sztucznej inteligencji. To także sprawia, że wiele osób chcących zagłębić się w podgatunek zaczyna szukać klasyków zarówno po stronie amerykańskiej („Blade Runner”, „Matrix”), jak i japońskiej. Ta druga gałąź bardziej skupiała się na wątkach transhumanizmu oraz głównie była tworzona w formie animacji. Jak „Akira” czy – wracający do naszych kin – „Ghost in the Shell” z roku 1995.
Oparty (dość luźno) na mandze Masamure Shirow film Mamoru Oshii skupia się na działającej Sekcji 9 – jednostce policji mierzącej się z cyberterroryzmem. Członkowie grupy to w większości cyborgi z ludzkim mózgiem, masą wszczepów oraz niezwykłymi możliwościami. Jednostką dowodzi Aramaki, a najskuteczniejszą osobą jest major Motoko Kusanagi. Grupa próbuje schwytać tajemniczego hakera zwanego Władcą Marionetek, który ostatnio mocno się uaktywnił i pozostaje nieuchwytny. Kim on jest, czego chce oraz czy działa sam?

Sam film to mieszanka kryminału, sensacyjnej akcji, futurystycznego świata i… filozoficznych rozważań. Czuć tu mocno inspirację „Łowcą androidów” Ridleya Scotta zarówno w pokazaniu miasta, jak i zadawanych pytań o człowieczeństwo oraz relacje człowieka z maszyną. Intryga jest bardzo gęsta oraz skomplikowana, gdzie w to wszystko zamieszana jest polityka i wywiad. Nie brakuje tu dość intrygujących koncepcji jak włamanie do umysłu oraz wrzucenie fałszywych wspomnień (niczym w „Incepcji”) czy świetnie wyglądające użycie optycznego kamuflażu (przez co animacja wygląda jakby była wygenerowana komputerowo). Akcja jest odpowiednio podkręcona, niepozbawiona pościgów i strzelanin, których może nie jest wiele, a jednak wyglądają bardzo imponująco. Zarówno w przypadku designu i odgłosów broni (pistolet maszynowy schowany w walizce czy bojowy czołg, będący mechem), bardzo płynnej animacji oraz adrenaliny. Wszystko jeszcze okraszone bardzo oszczędną, opartą o etniczne instrumenty muzyką Kenji Kawai. W absolutnie niezapomnianej czołówce, gdzie mamy powstawanie cyborgów oraz wplecionymi zielonymi literami i cyframi (jak w „Matrixie”) tworzącymi nazwiska twórców te dźwięki tworzą niesamowitą atmosferę.

Hybryda ręcznej animacji z odrobiną komputerowych obrazów (sceny pokazujące obrazy trójwymiarowe czy z komputerowych ekranów) działa elektryzująco. Ale jest tu też parę drobnych momentów, pozwalających na złapanie oddechów oraz zwyczajnie oszałamiających. Wybudzenie się major przy otwarciu okna, gdzie obraz zatrzymuje się na widoku z okna, a kobieta przygotowuje się niejako poza kadrem, nurkowanie pod wodą i ten moment zbliżenia się do powierzchni czy zadziwiająco długa, pozbawiona dialogów sekwencja pokazująca miasto z perspektywy ulicy. Chce się tu chłonąć atmosferę, wiele kadrów i ujęć pozostaje w głowie na długo. Włącznie z finałową konfrontacją oraz otwartym zakończeniem.

Ale mam jeden i to dość duży problem. Całość jest zadziwiająco krótka i próbuje upchnąć strasznie dużo. Przez co całość jest przeładowana dialogami oraz tonami ekspozycji, jakby chcąc zamaskować ograniczenia budżetowe. To wszystko wydaje się strasznie skompresowanej narracji i poczucie, że zaledwie liznąłem powierzchni. Aż chciałoby się spędzić tu więcej czasu oraz kolejnych intrygujących konceptów tego świata.

Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego „Ghost in the Shell” ma wśród fanów kina SF status kultowego klasyka. Nawet dzisiaj sama animacja, sceny akcji oraz klimat wsiąkają niczym odkurzacz, lecz całość była dla mnie zwyczajnie za krótka. Wiem, że powstała – dużo później – kontynuacja i może być zachętą do odkrywania tego uniwersum, ale czuć pewien niedosyt.
7,5/10
Radosław Ostrowski
