Wielka Warszawska

Tytułowa Wielka Warszawska to najbardziej prestiżowe wyścigi konne w Europie, która odbywa się od 1895 roku na warszawskim torze Służewiec. I to wokół tego wydarzenia toczy się akcja nowego filmu sensacyjnego. Oparty na scenariuszu Jana Purzyckiego, będącą częścią nieoficjalnej trylogii (po „Wielkim Szu” i „Piłkarskim pokerze”) skupionej wokół hazardu, sportu oraz korupcji, był jednym z bardziej oczekiwanych polskich filmów tego roku. Czy warto było czekać?

Akcja toczy się w roku 1991, skupiając się wokół młodego i aspirującego dżokeja Krzyśka Salomona (Tomasz Ziętek). Chłopak z Sopotu pracuje w stajni pod okiem trenera Jana Peltza (Tomasz Sapryk), doglądając koni i marząc o braniu udziału w wyścigach. Tak jak kiedyś jego ojciec (Ireneusz Czop) wygrał prestiżową Wielką Warszawską w 1969 roku. Problem w tym, że zrobił to wbrew oczekiwaniom bukmacherów i za to złamano mu nogę. Jednym z egzekutorów był niejaki Omar (Marcin Bosak), który obecnie ustawia wyniki. Jednak wskutek okoliczność Krzysiek wsiada na konia i zaskoczeniu wszystkich wygrywa. Tutaj zaczyna się prawdziwa gra, gdzie chłopak zostanie zderzony z brutalną rzeczywistością układów oraz przekrętów.

Tym razem za kamerą stanął Bartłomiej Ignaciuk, który zadebiutował zaskakująco udaną komedią romantyczną „Podatek od miłości”, a także współreżyserował „Wielką wodę”. Więc na pierwszy rzut oka był to zaskakujący wybór do realizacji tego typu produkcji. Niemniej muszę przyznać, że byłem dość pozytywnie zaskoczony. Reżyser przekonująco odtwarza realia początków III RP – kraju będącego na skraju sporych możliwości oraz potencjału. Powoli razem z bohaterem zaczynamy odkrywać kolejnych graczy, którzy próbują zarobić na hazardzie – od drobnych bukmacherów (zwanych bukami) przez dżokei, większych graczy pokroju Omara aż po mafię. Każdy próbuje go wykorzystać i kusić, a my trafiamy do nocnych klubów, prywatnych domów, a nawet i trafiamy na Bazar Rózyckiego. Kostiumy i scenografia pomagają wejść w epokę, zaś w tle gra zarówno świetnie dobrane piosenki z lat 80. oraz instrumentalne dzieło duetu Jan Komar/Bartłomiej Tyciński, bardzo przypominająca mi pierwsze soundtracki Daniela Blooma. Świetnie wypadają także same sceny wyścigów, choć jest tu sporo zbliżeń na twarze dżokejów, ale obok pojawia się plansza pokazująca obecną pozycje zawodników. Dzięki temu udaje się uniknąć dezorientacji oraz zagubienia.

W zasadzie mam tutaj dwa duże problemy. Po pierwsze, jest tu aż tłoczno od postaci i wątków, co jest bronią obosieczną. Z jednej strony pokazuje jak bardzo jest to bogaty świat, pełen barwnych, wyrazistych postaci. Problem w tym, że przez ten nadmiar wiele postaci sprawia wrażenie zbędnych. Tak jest w przypadku właściciela koni, Marka Lewandowskiego (Tomasz Kot) czy potencjalnej dziewczyny Krzyśka (debiutująca Mary Pawłowska) czy dżokei granych m. in. przez Piotra Trojana czy Adama Bobika. Druga sprawa to przyspieszenie akcji w drugiej połowie, dające dodatkowe kopa i bardziej skupione na sprytnym planie młodego. Problem w tym, że jest to storpedowane przez urwane zakończenie, sugerujące o wiele ciekawszą historię. A tak dostajemy strzał z liścia, co potwierdza moje podejrzenia, że pierwotny skrypt został skompresowany oraz powycinany.

Sytuację ratuje tutaj obsada z masą bardzo rozpoznawalnych twarzy. Tomek Ziętek jest przekonujący w roli aspirującego dżokeja, którego idealizm zostaje zderzony z układami, klikami oraz dużymi pieniędzmi. Jak się zachowa i czy będzie w stanie lawirować między dziwnymi siłami? I to działa. Ale wszystko tutaj robi świetna obsada drugoplanowa: od solidnego Ireneusza Czopa (złamany przez życie ojciec Krzyśka, coraz bardziej cyniczny i pozbawiony złudzeń) przez bardziej poważnego Tomasza Sapryka (trener Pelz) i mocnego Ernesta Nitę (dżokej Zbyszek) aż po bardzo dobrego Marcina Bosaka (Omar) oraz niezawodnego Andrzeja Konopkę (bukmacher Zyga Kaparski). Warto jednak wspomnieć dwie najciekawsze, wręcz kradnące ekran występy. Po pierwsze Agnieszka Żulewska w roli Ireny, która przedstawia się jako dziennikarka, pewna siebie kobieta, lecz tak naprawdę skrywa desperację zaplątanej w długi. Ale największe wrażenie robi Mirosław Kropielnicki wcielający się w pana Ryszarda – bardzo opanowanego i spokojnego gościa, ale bardzo bezwzględnego gangstera. Fakt, że aktor wygląda niczym sam Piotr Fronczewski jeszcze bardziej podbija jego prezencję.

Nie będzie zaskoczeniem, że „Wielka Warszawska” mocno odstaje od dwóch poprzednich dzieł opartych na scenariuszach Purzyckiego. Niemniej pozostaje bardzo przyzwoitą i satysfakcjonującą rozrywką, przypominającą klimatem choćby serialowy „Rojst”. Technicznie porządny, ze zgrabnymi dialogami i dobrem aktorstwem, ale jednak czegoś mi tu zabrakło.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Plan lekcji

Kolejny polski film Netflixa – czyli entuzjazmu u mnie tyle, co kot napłakał. Poszedł on jeszcze niżej jak zobaczyłem reżysera tego dzieła. Daniel Markowicz, czyli producent beznadziejnego „Diablo. Gra wszystko” oraz reżyser nieudanego „Bartkowiaka” pachniał stęchlizną, amatorką i niechlujstwem. „Plan lekcji” ostatecznie nie był tak zły jak się spodziewałem, ale do miana dobrego brakuje sporo.

plan lekcji1

Bohaterem jest Damian Nowicki (Piotr Witkowski) – gliniarz działający pod przykrywką. Kiedy go poznajemy infiltruje gang narkotykowy i zostaje spalony, wskutek czego ginie jego żona. Nawet likwidacja gangu nie jest satysfakcjonująca, co doprowadza do opuszczenia służby mundurowej. Zamiast tego popija łyskacza, cierpi i jest strasznie smutny. Nawet dzwoniący do niego kumpel Szymon (Marcin Bosak) nie jest w stanie go wyrwać z marazmu. Kumpel uczy w liceum, gdzie handluje się dragami i prosi o pomoc. Damian odmawia, a jego kumpel decyduje się na własną rękę, co przypłaca własnym życiem. To staje się naszego herosa impulsem, by wrócić do gry. Jak? Zostając nauczycielem w zastępstwie za Szymona i oczyścić jego imię.

plan lekcji2

Brzmi znajomo? Zupełnie jakby reżyser odkrył pudełko z filmami VHS z lat 80. i 90. oraz postanowił przenieść to na nasze realia. Zaskoczeń nie ma, fabuła idzie jak po sznurku, od razu wiadomo kto jest głównym mózgiem całej operacji. Pojawiają się komplikacje, bo nie może być zbyt łatwo, dialogi są albo schematyczne, albo pełne sucharków (nawet zabawnych), postacie papierowe, zaś aktorstwo w zasadzie jest… troszkę drewniane. Zdjęcia parę razy stosują żabie oko – co nie dziwi, skoro zatrudniono Wojciecha Węgrzyna, zaś miejscami jest aż za jasno.

plan lekcji3

Ale prawda jest taka, że takie klasyczne mordobicie nie ogląda się dla fabuły czy aktorstwa. Tylko dla naparzania się oraz walenia po ryjach. I to muszę przyznać, że jest to zrobione nieźle. Reżyser parę razy korzysta z długich ujęć, choć parę razy za szybko przycina. Niemniej jest parę choreograficznych perełek jak mordownia trzech na jednego w sklepie czy konfrontacja w „dojo”. A to wszystko sprzedaje Piotr Witkowski, który tu błyszczy i jest wiarygodny we wszystkim, co robi: od bycia „kołczem” i mentorem przez miano króla sucharów po kopniaki. Jako jedyny nie przesadza z powagą, co jest sporą zaletą. Reszta aktorów albo robi za tło (głównie Antonina Juszczakiewicz jako polonistka czy drobne epizody Romy Gąsiorowskiej i Piotra Cyrwusa), albo bywa przerysowana (Rafał Zawierucha jako chemik-jąkała i Jan Wieczorkowski w roli dyrektora).

plan lekcji4

Spodziewałem się kompletnej padaki, a dostałem film… oglądalny. Może zbyt schematyczny i durny, lecz zaskakująco sympatyczny. Guilty pleasure w stanie czystym, choć nie zabrakło potknięć.

5/10

Radosław Ostrowski

Mistrz

Połączenie kina sportowego z realiami wojennymi brzmi jak coś szalonego. Ale jest to możliwe do zrealizowania, jeśli trzyma się reguł gry, a stawka jest wysoka i namacalna. Takie zadanie postawił sobie debiutujący reżyser Maciej Barczewski w „Mistrzu”. Co pchnęło profesora prawa do podążania ścieżką filmowca jest dla mnie tajemnicą.

mistrz (2020)4

Tytułowym mistrzem jest przedwojenny pięściarz Tadeusz „Teddy” Pietrzykowski o aparycji Piotra Głowackiego. To jeden z pierwszych więźniów obozu koncentracyjnego Auschwitz, więc łatwo nie będzie. Praca fizyczna, której celem jest łamanie więźniów, by walczyli między sobą o każdy kawałek jedzenia. Przetrwanie staje się głównym celem, więc nasz bokser nie zgrywa twardziela. Ale wbrew sobie przez kapo prezentuje swoje umiejętności jako pięściarz. I to zwraca uwagę jednego z oficerów obozu, który razem z komendantem decyduje się organizować walki na ringu z Pietrzykowskim ku rozrywce dla niemieckich oficerów.

mistrz (2020)3

Brzmi aż za bardzo znajomo? Reżyser chyba zdawał sobie z tego sprawę i skupia się przede wszystkim na walce Teddy’ego. Początkowo – jak każdemu więźniowi – chodzi tylko o przetrwanie, mimo że na pierwszym apelu więźniowie są pozbawieni złudzeń, co do szans na wyjście stąd żywym. „Jedyne wyjście prowadzi przez komin krematorium” – tak mówi Raportfuhrer (zaskakujący Grzegorz Małecki), a szansy na ucieczkę praktycznie nie ma. I to poczucie beznadziei udaje się pokazać, choć ten obrazy (egzekucje, kąpiel i głosy umierających w tle) znałem i widziałem wielokrotnie. Jednak tutaj liczą się dwie rzeczy: walki Pietrzykowskiego z innymi więźniami oraz budowana relacja boksera z młodym współwięźniem – chłopcem o imieniu Janek (Jan Szydłowski).

mistrz (2020)2

Absolutnie błyszczy ten film dzięki rewelacyjnym zdjęciom Witolda Płóciennika, które pomagają w budowaniu brudnego, nieprzyjemnego klimatu. Ale także dzięki nim sceny walk są tak czytelne i pełne dynamiki. Nie są statyczne, gdzie kamera stoi w miejscu lub się delikatnie oddala, lecz niemal krąży wokół naszego bohatera, a montaż podnosi adrenalinę. A także sam Głowacki jest rewelacyjny w roli Pietrzykowskiego, głównie używając mowy ciała i pokazując wielką siłę ukrytą w drobnym ciele.

mistrz (2020)1

Ale „Mistrz” ma swoje problemy. Po pierwsze, jest bardzo skrótowy w pokazaniu życia obozowego jak i życiorysu Pietrzykowskiego. Czułem się jakby to był wstęp do większej, ciekawszej historii, urwanej w teoretycznie najciekawszym momencie. Po drugie, w zasadzie nie istnieje tutaj drugi plan, zepchnięty do bycia bezbarwną masą ze znanymi twarzami. Jedyną bardzo wyraziście zarysowaną postacią jest Raportfuhrer grany przez Małeckiego – pozornie jego twarz wydaje się obojętna, ale pod nią potrafi się skryć więcej emocji niż się wydaje. Bardzo zaskakująca kreacja w dorobku tego aktora. No i troszkę dużo chleba tam dają w tym Auschwitz.

Niemniej nie mogę powiedzieć, że „Mistrz” Bartkowskiego to absolutny niewypał, gdyż okazuje się być solidnym kinem gatunkowym ze wspaniałą rolą Głowackiego, który podnosi całość na wyższy poziom. Jednak nie mogę się pozbyć poczucia nie do końca wykorzystanego potencjału i chciałoby się więcej wyciągnąć z tej historii.

7/10

Radosław Ostrowski

Rojst ’97

Wydawało się, że już nie wrócimy do małego miasteczka gdzieś na Śląsku. Tutaj dwóch dziennikarzy prowadziło na własną rękę śledztwo w sprawie zabójstwa działacza partyjnego. Prawda została odkryta, lecz nie mogła zostać wypowiedziana na głos. To był rok 1984, czyli jeszcze system się mocno trzymał, choć na chwiejnych nogach. Teraz mija 13 lat i miasteczko zostało zalane podczas powodzi stulecia. Miejscowość rozwinęła się i wszystkim żyje się lepiej, w końcu jest demokracja, nie? Ale pojawia się kolejna paskudna sprawa – pękł wał przeciwpowodziowy, zalewając całe miasto. W okolicznym lesie wypłynęły kości sprzed kilkudziesięciu lat, a także ciało 12-letniego chłopaka – Daniela Gwitta. Wszystko wskazuje na utonięcie, jednak prowadzący sprawę sierżant Anna Jass (wysłana z Warszawy) oraz starszy sierżant Adam Mika zaczynają mieć poważne wątpliwości.

W tym samym czasie do miasteczka wraca dziennikarz Piotr Zarzycki razem z żoną oraz 13-letnią córką. Mężczyzna został nowy redaktorem naczelnym „Kuriera Wieczornego”, który został wykupiony przez niemieckiego inwestora. Problem w tym, że przyszłość gazety z powodu niskiej sprzedaży wisi na włosku. Chcąc podnieść nakład poleca napisanie artykułu na temat grobów w lesie, a także spotyka się z reklamodawcą, niejakim Kielakiem. Biznesmen prosi dziennikarza o pomoc w sprawie porwania jego syna dla okupu w zamian za dodatkową kasę. Jednak Zarzycki ma jeszcze jeden powód, by wrócić tutaj.

„Rojst” powrócił z drugim sezonem, dzięki Netflixowi, który wykupił produkcje zrealizowane przez Showmaxa. Reżyser Jan Holoubek razem ze współscenarzystą Kasprem Bajonem wracają do konwencji kryminału zmieszanego z dramatem obyczajowym. Ale w przeciwieństwie do pierwszej serii, jest tutaj zachowany lepszy balans, zaś dwie sprawy mają w pełni satysfakcjonujące rozwiązanie. I twórcy tutaj dobitnie pokazują, że mimo zmiany ustroju politycznego orz ekonomicznego, tak naprawdę nie zmieniło się zbyt wiele. „Jednych skurwysynów na górze zastąpili inni, ot cała transformacja” – jak podsumowuje poprzedni naczelny „Kuriera”. Niby jest bardziej bogato, kolorowe telewizory stają się normą, w redakcji zamiast maszyn do pisania są komputery i Internet, rozwija się budownictwo, kolorowa prasa i teraz nikt nie musi szeptać zamiast rozmawiać. Problem w tym, że ta zmiana to tak naprawdę tylko kosmetyka, inne ciuszki, ale w środku tego organizmu jest ten sam smród zbudowany na układach, korupcji, tajemnicy i kłamstwie.

Stąd też w dialogach wiele odniesień do wydarzeń z poprzedniej serii oraz masa znajomych miejsc. Jednak tajemnic do rozwiązania oraz zagadek jest więcej. Tak wiele, że czasami można od tego zgęszczenia pogubić się. Dlaczego? Wiele wątków pobocznych zostaje tylko zaznaczonych, by potem nie wrócić (kwestia odzyskania czytelników „Kuriera”, interwencja w domu Cyganów), a inne wracają po dłuższej przerwie (zaginięcie młodego Kielaka), co może zaskoczyć paroma zbiegami okoliczności. Jednych przekonają, innym wydadzą się naciągane. Ja w obydwa dochodzenia wsiąkłem, głównie dzięki bardziej zwartej narracji oraz świetnie prowadzonemu napięciu do samego końca. A to mi się rzadko zdarza w przypadku seriali kryminalnych.

Nadal najmocniejszym punktem „Rojsta” jest odtworzenie realiów epoki. Scenografia, rekwizyty i kostiumy znakomicie przypominają lata 90. – szare, bure, pozornie tylko lepsze. Klimat jeszcze potęguje osadzenie historii podczas powodzi, gdzie wiele budynków zostało zalanych. Ulice pełne brudu, wyrzucanych mebli i popowodziowego błota tylko pomagają wejść w to nowe bagienko. Muzyka też robi swoje, gdzie w tle mamy hip-hopowe kawałki Liroya i Kalibra 44, ale najbardziej zaskoczyło mnie jedno. W scenach w hotelu, gdzie na dole jest bar towarzyszy muzyka z lat 80. i to był dla mnie pewien problem. Równie świetnie zrobione są sceny retrospekcji z życia Wanycza, gdzie poznajemy prawdę wokół znajdującego się w lesie obozu dla Niemców. To, co tylko wspomniano w pierwszej serii, nabiera konkretnego kształtu i pokazuje bezwzględność czasów, gdzie bezwzględność Niemców zastąpiła bezwzględność Sowietów oraz prawo zwycięzcy (zwane też prawem silniejszego). Od warstwy wizualnej – zdominowanej przez żółć i czerń – po scenografię oraz aktorstwo (głównie Krzysztofa Oleksyna i znanej z „Dark” Giny Steibitz).

Także aktorsko jest przynajmniej o klasę wyżej niż poprzednio. Grający główne role w pierwszej serii Andrzej Seweryn (Wanycz) i Dawid Ogrodnik (Zarzycki) tutaj zostają zepchnięci na dalszy plan. Nadal jednak mają wiele do roboty, zwłaszcza Ogrodnik, który nie zmienił się aż tak bardzo. To nadal dziennikarz-idealista, zbyt mocno oddany pracy i łatwo dający się podejść. Jednak bardzo zaskoczyła mnie jego relacja z żoną (ucharakteryzowana i o wiele lepsza Zofia Wichłacz), naznaczona nieznaną tajemnicą z przeszłości kobiety. Starzy znajomi nadal trzymają fason jak Ireneusz Czop, Michał Kaleta, Dominik Bąk czy Piotr Fronczewski. Jednak to nowe postacie rozdają karty tutaj i jestem pod wielkim wrażeniem. Zarówno Magdalena Różczka (sierżant Jass), jak i Łukasz Simlat (sierżant Mika) przechodzą tutaj samych siebie. One jest twarda, zdeterminowana i nie odpuszcza w wyjaśnieniu sprawy, co wynika z pewnego bardzo poważnego błędu z przeszłości. Bliżej ją poznajemy podczas krótkich rozmów z ojcem, zaś fascynacja astrologią czy tarotem wyróżnia ją z tłumu innych policjantek. Mika to z kolei inny egzemplarz – jąkała, troszkę starszy, zmęczony. Początkowo może budzić śmiech, ale to tylko powłoka, skrywająca bardzo inteligentnego śledczego, który jest wplątany w sieć układów i nie zawsze działa dobrze. Niemniej pod koniec serii pokazuje drzemiącą w sobie jasną stronę Mocy, znakomicie uzupełniając się z Jass.

Pozostali aktorzy też wypadają tutaj dobrze: od Łukasza Lewandowskiego (ojciec Gwitta – świadek Jehowy) przez Mirosława Kropielnickiego (Kielak) i Michała Pawlika (gliniarz Dzidzia z fryzurą prawie na czeskiego piłkarza) po śliskiego Marcina Bosaka (Jacek Dobrowolski, szef osiedla Oaza). Nawet drobne role są zagrane bardzo wyraziste, co w przypadku polskich produkcji jest rzadkością, a nie chcę wymieniać wszystkich. Inaczej zmieniłoby się to w nieskończoną wyliczankę.

Drugi sezon „Rojsta” przebija poprzednika w każdym aspekcie, mając o wiele lepszą historię do opowiedzenia. Brudny klimat, świetne aktorstwo oraz pierwszorzędna realizacja sprawiają, że mogę „Rojst ‘97” nazwać najlepszym polskim serialem zrobionym dla Netflixa. Czy będzie trzecia seria? Wszak twórcy pozostawili furtkę do tego.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Kruk. Szepty słychać po zmroku

UWAGA!
Recenzja może zawierać spojlery, choć autor będzie starał się ich unikać jak ognia!

Komisarz Adam Kruk pracuje w łódzkim wydziale kryminalnym policji. Mieszka z żoną, dziecko jest w drodze, trzeba przygotować mieszkanie. Ale komisarz zostaje zesłany do Białegostoku, by zająć się przemytem lewych papierosów. Wyrusza z nim jego przyjaciel Sławek z lat dziecięcych. Kruk ma też w swoich rodzinnych stronach pewne własne rachunki. W tym samym czasie dochodzi do porwania dziecka bardzo bogatego biznesmena, Morawskiego.

kruk1

Kolejny polski serial kryminalny ze stacji Canal+, tym razem stworzony przez Macieja Pieprzycę. Bo kto inny byłby w stanie zrealizować taką historię? Sam początek, czyli pierwszy odcinek wywołuje lekką dezorientację, bo sami nie wiemy, o czym to ma być. Przemyt na granicy, porwanie, pedofilia – dzieje się wiele, a od drugiego odcinka zaczynają się krystalizować. Powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy układanki, podejrzanych i panujący w tej mieścinie układ, do którego nasz bohater zwyczajnie nie pasuje. „Kruk” wymaga skupienia, bo bardzo łatwo można coś przeoczyć, a początkowy chaos zaczyna tworzyć zespół naczyń połączonych. Historia wydaje się być taką krzyżówką „Belfra” (brudne tajemnice, układy, tuszowane zbrodnie) z „Watahą” (klimat pogranicza, strona wizualna i wejścia zespołu Południce – rewelacja), przez co serial wygląda bardzo filmowo i ogląda się znakomicie. Historia parę razy zaskakuje, myli tropy i bardzo brutalnie przypomina, jak przeszłość może naznaczyć całe nasze życie.

kruk2

Istotnym wątkiem jest także stan psychiczny Kruka, z którym widać, że coś jest nie tak. Wrażenie to potęgują sceny rozmów komisarza, gdzie widzimy ich z perspektywy jego oczu – kamera wtedy troszkę lata, a wypowiadane słowa czasami są albo niesłyszane, albo zniekształcone. Dodatkowo jeszcze ten Sławek jest jakiś taki dziwny – pojawia się i znika (jakby był jakimś superbohaterem), z jednej strony stara się pomóc Krukowi (rozmowa z Cyganami), z drugiej zależy mu tylko na zemście i przeszkadza (próba dopadnięcia sprawcy, gdzie dochodzi do szamotaniny podczas jazdy), aż w połowie ta relacja zostaje wyjaśniona. Może i początkowo wydaje się to oparte na kliszach (młoda idealistka, skorumpowany komendant, jego śliski pomocnik), ale nie czuć tutaj fałszu ani znużenia.

kruk3

Dla wielu osób największą wadą serialu było udźwiękowienie, przez co część dialogów (i to spora) była absolutnie niezrozumiała, co w przypadku kryminału jest kardynalnym grzechem. Ja – z braku telewizora – oglądałem serial na laptopie i na słuchawkach – i muszę się przyznać: albo ja ma taki super słuch, albo dobry sprzęt, bo nie miałem z tym aż tak dużych problemów. Sporą część dialogów byłem w stanie usłyszeć niemal od razu, ale nie wszystkie. Ale dla mnie największą wadą były role dziecięce, ze szczególnym wskazaniem na recytowanie wierszyka z offu, który doprowadzał mnie do bólu uszu oraz postaci epizodycznych z retrospekcji.

kruk4

Poza tym aktorsko „Kruk” prezentuje się co najmniej bardzo dobrze. Michał Żurawski vel Grzmichuj jako jest fantastyczny. Kruk jest bardzo wycofany, sprawia wrażenie troszkę zagubionego i zdezorientowanego, ale kiedy ma rozwiązać zagadkę, pracuje na wysokich obrotach, łącząc trafnie wszystkie elementy układanki. Podczas przesłuchań czy prób rekonstrukcji (odtworzenie porwania) przechodzi samego siebie. Równie mocny jest Cezary Łukaszewicz, czyli tajemniczy Sławek. Relacja między tą parą przez długi czas nakręca ten tytuł i wiele razy ta postać popycha fabułę do przodu. Także ich młodsze wcielenia (Nicolas Przygoda i Hubert Wiatrowski) wypadają dobrze. Drugi plan jest przebogaty (i poza postaciami kobiecymi) oraz wyrazisty. Zarówno komendant Tylenda (Andrzej Zaborski), twardy glina Kapanow (świetny Mariusz Jakus), jak i rządzący miastem Morawski (trzymający fason Jerzy Schejbal) zapadają bardzo mocno w pamięć, tak jak pozornie nieistotna dla fabuły postać Szeptuchy (Danuta Kierklo), dodająca troszkę elementu nadprzyrodzonego. Trudno też nie wspomnieć Marcina Bosaka (Szymon Wasiluk), który – tak jak Kruk – jest bardzo wycofany, małomówny i sprawia wrażenie nieobecnego (te puste oczy), by w finale rozsadzić ekran.

kruk5

„Kruk” jest bardzo zamkniętą, spójną i konsekwentnie poprowadzoną opowieścią o walce ze swoimi demonami. Bardzo specyficzny klimat (te ujęcia przyrody a’la „Pokot”), wielowymiarowe postacie, aura tajemnicy troszkę przypomina kryminały skandynawskie czy „Jezioraka”, co jest dla mnie plusem. Pieprzyca potwierdza klasę jako reżysera i sprawia, że warto czekać na każde jego kolejne przedsięwzięcie.

8/10

Radosław Ostrowski