Riverside – Wasteland

RIVERSIDE%2B-%2BWasteland%2B-%2Bfront

Nie ma obecnie kraju bardziej popularnej reprezentacji rocka progresywnego niż kierowany przez Mariusza Dudę Riverside. Jednak ostatnie lata były bardzo brutalne dla formacji – najpierw zmarł ojciec frontmana, a następnie gitarzysta grupy Piotr Grudzieński. Jego pamięci był poświęcony album „Eye of the Soundscape”, gdzie pojawiły się ostatnie utwory z tym muzykiem, jednak skręt ku bardziej elektroniczno-ambientowym klimatom wywołał ogromne kontrowersje. „Wasteland” miał pokazać także, jak formacja (już jako trio) będzie dalej funkcjonować.

Uprzedzę wszystkich od razu: gitara nadal wybrzmiewa, lecz gra na niej sam Duda i/lub grający z nimi na koncertach Marcin Meller z Quidam. Choć otwierający całość „The Day After” jest śpiewany a capella (wokal nawet odbija się niczym echo), ale w połowie coraz mocniej dochodzi elektronika, budząca skojarzenia z Lunatic Soul. Tylko, że końcówka w niemal horrorowym stylu ostrzega, że będzie inaczej. Cięższe dźwięki gitary towarzyszą przez „Acid Rain”, gdzie tną niczym nożyczki,wspierane przez bardzo mroczną elektronikę, wręcz organową, by w połowie kompletnie zmienić klimat. Wtedy zaczyna odzywać się elektronika, zaś solówki wywołują niepokój swoim bluesowym wręcz zacięciem, by załkać w finale. O wiele bardziej hard rockowo dzieje się w „Vale of Tears”, chociaż refreny są o wiele spokojniejsze, przypominające średniowieczne pieśni (znowu te organy) oraz elektroniczne wstawki z dość nieoczywistą perkusją, zmiennym tempem (wręcz marszowym) oraz bardziej patetycznym solo, które miażdży. Po takim rollecoasterze wchodzi oaza spokoju w postaci akustycznego „Guardian Angel”, gdzie gitara się uspokaja i razem z fortepianem działa kojąco, ale w połowie dochodzi do przełamania z powodu wejścia melodyjnej gitary elektrycznej jako tła. Melancholijny „Lament” oparty na prostych dźwiękach gitary akustycznej (początek), by uderzyć podniosłym wokalem oraz zgraniem perkusyjno-organowo-gitarowym w refrenie, działając niczym rollercoaster, by na koniec dodać cymbałki oraz… skrzypce. Choć spokojny „River Down Below” potrafi chwycić swoimi dźwiękami, a na finał dostajemy pianistyczny, poruszający „The Night Before”.

Kiedy wydaje się, że już nic nie zaskoczy wskakuje „The Struggle for Survival”, który trwa prawie 9 minut. Krótkie solówki gitary, imitacje trąbek, metaliczny bas w tle – początek może wydawać się bardzo monotonny, ale dalej zaczynają się odzywać kolejne instrumenty, klawisze podświdrują, perkusja lekko uderzy, by na chwilę weszły gitary (elektryczna wydaje się nawet lekko orientalna), podkręcają tempo oraz dodając ostrości, dorzucić kolejny element, budując klimat miejscami godny horroru oraz totalnej psychodelii. Czy mówiłem o tym, że jest to kompozycja instrumentalna? Równie duży jest też utwór tytułowy, ale tym razem zawiera słowa i tez zaczyna się bardziej spokojnie, chociaż gitara akustyczna gra dość energicznie. Wejścia fortepianu oraz wokaliz z „łkającą” (a nawet szarpiącą) gitarą dają efekt niesamowitości, by wrócić do początku utworu i jeszcze podgrzać temperaturę.

Także i sam Duda na wokalu wydaje się być taki jak zawsze, ale parę razy zaskakuje. Od niemal spokojnego i głębokiego niczym Nick Cave przez pewien stan „anielskości” aż po… falset. I każdy z tych tonów wybrzmiewa bez fałszu. Choć „Wasteland” może wydawać się o wiele spokojniejszy niż poprzednie płyty Riverside, pozostaje autentyczny, potrafi poruszyć i wiele utworów zostanie w pamięci na długo.Na pewno jeszcze wrócę do tej płyty.

8/10

Radosław Ostrowski

Lunatic Soul – Under the Fragmented Sky

under-the-fragmented-sky-w-iext52720562

Mariusz Duda jest bardzo prężnie działającym muzykiem. Po niecałym roku wraca ze swoim kolejnym dziełem sygnowanym jako Lunatic Soul. Tak naprawdę to miał być maxisingiel do przepięknego “A Thousand Shades of Heaven”, tylko że nagle rozrosło się do rozmiaru niecałych 40 minut. Zdarza się. I jest to album w większości instrumentalny. To też się zdarza. Ale czy jest to udane dzieło?

Kompozycji jest tylko osiem, ale za to są długie oraz – w przeciwieństwie do poprzednika – więcej jest tutaj elektroniki. Ale zdarzają się pewne zaskoczenia jak otwierający całość “Ha Ev En” z przerobionymi wokalami, tworzącymi troszeczkę sakralną aurę, w czym pomagają organy, a w tle przygrywa gitara. O wiele mroczniejszy jest “Trials” z pulsującą niczym otwierana butelka w zwolnionym tempie perkusją, ocierającą się o orient tłem, zaś nakładające się słowa (“I tried so, I tried so/I tried so hard to pretend”) wypowiadane przez Dudę na różnych rejestrach. Do tego zaczynają dochodzić jeszcze fortepian, bas oraz gitara, coraz bardziej potęgując atmosferę, tak jak marszowe werble. Oddech serwuje krótki, gitarowy “Sorrow”, chociaż zarówno wokaliza jak i dziwaczne tło są bardzo przygnębiające, płynnie przechodząc do tytułowego utworu, dając pole dla gitary akustycznej, zaś elektroniczny środek zmienia wydźwięk piosenki. Kosmiczne “Shadows” miesza całą paletę elektroniki, jednocześnie dorzucając do kotła gitarę oraz “strzelającą” perkusję, by przejść do niemal orientalnego “Rinsing the Night”. Niemal na sam koniec dostajemy “The Art of Repairing” z niemal mantrycznym wokalem, pulsującym basem, coraz bardziej przestrzennymi klawiszami, wokalizami Dudy, solówkami gitary, tworząc wręcz epickie dzieło, by zwieńczyć je piosenkowym “Untamed”, przypominającym dokonania Riverside.

Powiem szczerze, że “Under the Fragmented Sky” jest świetnym suplementem poprzedniej płyty Lunatic Soul, dającym więcej przestrzeni samej muzyce. Ta instrumentalna podróż potrafi wskazać na bardzo interesujące kierunki, pełne emocji oraz pasji, będącej troszkę towarem deficytowym. A to miało być dużo skromniejsze dzieło.

8/10

Radosław Ostrowski

Lunatic Soul – Fractured

Fractured

Solowy project Mariusza Dudy, czyli jednego z najbardziej wyrazistych postaci polskiej sceny progresywnej. Po ostatnich dokonaniach macierzystego Riverside oraz powołanej supergrupy Meller Gołyźniak Duda, basista oraz wokalista wraca ze swoim samodzielnym przedsięwzięciem, mieszającym progrockowe dźwięki z ambientem. Tym razem będzie osiem utworów. A jak jakościowo?

Początek to dziwacznie przemielony odgłos paszczy z elektroniką w “Blood on the Tightrope”, do którego dołączają bardzo mroczne pomruki, bardzo szybkie uderzenia perkusji, oniryczny fortepian oraz rozpędzone gitary (pod koniec niemal żywcem wzięte z Riverside). A jednocześnie mimo dużej ilości mroku, pozostaje to bardzo melodyjnym oraz chwytliwym numerem, co jest także zasługą falowo przychodzących instrumentów. Równie w tym kierunku podąża pulsujący ambientem “Anymore” wybrany na pierwszego singla. O dziwo więcej miejsca ma tutaj gitara akustyczna, co czuć zarówno w niepokojącym, troszkę przypominającym Mike’a Oldfielda “Crumbling Teeth and the Owl Eyes” oraz najdłuższym – ponad 12-minutowym “A Thousand Shards of Heaven”, gdzie jeszcze mamy przepięknie grające w tle smyczki oraz trip-hopowy środek z saksofonem. Bardziej przestrzenne, wręcz nowofalowe “Red Light Escape” potrafi utrzymać w poczuciu niepokoju, potęgowanym przez pulsujący sygnał w tle oraz solo saksofonu. Tytułowy utwór miesza elektroniczne pasaże, rytmiczną perkusję z ostrymi riffami oraz przestrzennym, nasilającym się wokalem. Bardziej agresywny jest “Battlefield”, gdzie od początku jesteśmy atakowani minimalistyczną perkusją oraz przemieloną gitarą elektryczną, które coraz bardziej nabierają intensywności. Zaś finałowe “Moving On” mogliby stworzyć Depeche Mode gdzieś na początku lat 90.

Duda konsekwentnie śpiewa po angielsku i jest znacznie bardziej delikatny, refleksyjny niż w swojej macierzystej kompanii. I to działa do tych bardzo rozbudowanych kompozycji, pełnych różnych dźwięków, progresywnych zmian tempa oraz bardzo niepokojącego klimatu. “Fractured” bardzo mocno pokazuje, że Lunatic Soul trzyma się dobrze i coraz bardziej magnetyzuje, chociaż sam ambient pojawia się rzadziej niż ostatnio. Ale mimo to pozostaje w pamięci na długo.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Riverside – Eye of the Soundscape

Wiele razy pojawiała się prog-rockowa warszawska formacja Riverside. Rok 2016 był jednak dla nich bardzo ciężki, gdyż zmarł jeden z filarów grupy – gitarzysta Piotr Grudziński. I to było w trakcie pracy nad nowym materiałem, który ostatecznie ujrzał światło dzienne. I jest to dość nieoczywisty album, nie tylko dlatego, że dwupłytowy.

Haczyk polega na tym, ze to album… instrumentalny i to w sporej części oparty na elektronice, co dla fanów zespołu było co najmniej szokujące. Druga sprawa, że muzycy nie patyczkują się i dają bardzo długie kompozycje, a trzecia sprawa jest taka, że wiele z tych utworów już się pojawiło wcześniej jako bonusy na poprzednich albumach. Takiej składanki nikt się nie spodziewał, ale jest też sporo nowego stuffu. Taki jest bardzo chłodny „Where The River Flows”, gdzie słyszymy coś jakby dzwony, przemielony ambient, zimne smyczki. Dopiero w drugiej minucie pojawia się perkusja – bardzo stonowana i oszczędna, też brzmiąca bardzo mechanicznie, by doskoczyła niemal minimalistyczna gitara, bardzo łkająca i troszkę westernowa. Dwie minuty później coraz bardziej idziemy w stronę ambientu i „cykanej” perkusji, gdzie intensywność dźwięków przypomina wyprawę kosmiczną. Trwa to jeszcze trzy minuty, by wszedł bas na solo razem z wokalizami Dudy.

Oddechem jest wybrane na singla „Shine” – krótki (bo nieco ponad 4 minuty), gdzie dochodzi do zespolenia mocnej perkusji, pulsującej i coraz bardziej nakładającej się elektroniki z tnącą gitarą elektryczną, dzięki której nadal wiemy, że to Riverside oraz nadal potrafią grać z ogniem. Następny w kolejny jest zmiksowany na nowo „Rapid Eye Movement”, który zaczyna się od mocnych szumów wiatru i czegoś, co nazwałbym mocnym burczeniem w brzuchu, szarpiącą elektroniką. A dalej jest równie tajemniczo: jakieś dziwne głosy, skręty w stronę Tangerine Dream (pulsujący elektroniczny bas) oraz rzadko pojawiająca się, ale budująca tajemnicę gitara coraz bardziej nawarstwiająca się, by od połowy zaatakować (także głęboko ukrytym fortepianem).

Płynnie przechodzi do dwuczęściowego „Night Session”, opartego na improwizacjach muzyków i o ile część pierwsza jest bardzo wyciszona, odrobinę melancholijna (z pięknymi organami oraz niesamowity dzwonkami), a gitara buduje klimat tajemnicy, o tyle w drugiej atakuje saksofon oraz dziwaczne szumy, do których dołącza strzelająca perkusja i… harfa, pozwalajac w finale na wyciszenie. I tak się kończy pierwsza płyta.

Druga zaczyna się od oniryczno-tanecznego „Sleepwalkers”, gdzie powolne i spazmatyczne wejścia elektroniki połączone z dyskotekową perkusją, a w środku wchodzi krótka wokaliza. Następnie dostajemy zmiksowany na nowo „Rainbow Trip”, gdzie pierwsze skrzypce gra bas, delikatne klawisza oraz kojąca gitara, by po dwóch minutach przyspieszyć gwałtownie. Wyciszenie i ukojenie daje przestrzenny, minimalistyczny „Heavenland” skontrastowany z mrocznym „Return” (te szumy robią robotę) oraz pełnym nakładających na siebie pasaży „Aether” (znowu bas genialny). Dynamiczniej się dzieje w płynących „Machines”, a także akustycznej „Promise”, by eksplodować w finałowym utworze tytułowym, gdzie ostatni raz zagrał Grudziński (bardzo delikatnie i epicko).

Trudno mi się do tego kolosa było przekonać, gdyż takiego brzmienia po warszawskim kwartecie się kompletnie nie spodziewałem. I to nie tylko dlatego, że jest ona w pełni instrumentalna, ale też pełna progresywnej elektroniki. Duda i spółka wydając tego dwupłytowego kolosa zamykają pewien rozdział, zaczynając nowy (Grudziński zastąpił Marcin Meller z Quidam). Album ten wymaga i zmusza do skupienia, w zamian oferując piękną podróż pełną melancholii oraz refleksji. Bardzo ciekawe doświadczenie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Meller Gołyźniak Duda – Breaking Habits

1476204040

Bywa już tak, że muzycy z różnych zespołów postanawiają się spotkać, połączyć siły i razem coś nagrać. Tak też się stało w tym przypadku, więc ku wyjaśnieniu przedstawię sprawców tego zamieszania. Maciej Meller to gitarzysta progresywnego zespołu Quidam, Maciej Gołyźniak to perkusista alternatywnego Sorry Boys, współpracujący także z Moniką Brodką i Natalią Nykiel, a Mariusz Duda to basista oraz wokalista Riverside. Panowie znają się od lat, ale do tej pory nie mieli szansy zagrać wspólnie. Właśnie niedawno wydali wspólny album „Breaking Habits”.

Jak sama nazwa wskazuje, muzycy przełamują swoje muzyczne nawyki i tworzą nową całość. Jest tylko (lub aż) osiem utworów, trwających niecałe 45 minut. Zaczyna się od mocnego uderzenia, bo tak można nazwać „Birds of Prey” z surowymi riffami, szybkimi uderzeniami perkusji oraz odbijającym się niczym echo wokalowi Dudy (przynajmniej na początku). I do trzeciej minuty Meller odjeżdża w kierunku psychodelii, a perkusja coraz bardziej nakręca się niczym bolid Formuły 1. „Feet on the Desk” idzie w stronę niemal klasycznego, ciężkiego bluesa (na początku nie byłem w stanie rozpoznać Dudy – głos nie do poznania, dopiero w refrenie brzmi jak on) z wolnymi uderzeniami perkusji, by pod koniec gitara zrobiła się cięższa. Najkrótszy w zestawie „Shapeshifter” jest najbardziej przystępny. Podobnie jak instrumentalny utwór tytułowy, gdzie każdy z muzyków wykorzystuje swój czas, tworząc mroczny klimat: wolno uderza, oszczędna perkusja, podobnie spokojniejsza wydaje się gitara z basem, ale poczucie niepokoju pozostaje. Muzyka coraz bardziej się nasila (uspokaja się tylko w środku), by wyciszyć się na końcu. Psychodelia wraca do stonerowego „Against the Tine”, by pod koniec zmienić kompletnie tempo akustyczną gitarą. Surowy i wręcz metalliczny „Tattoo” chwyta świetnym basem oraz podniosłym wokalem Dudy. I wtdy dostajemy prawie 10-minutową petardę w postaci „Floating Over”, gdzie wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie: od spokojnych solówek a’la David Gilmour po ostrzejsze wejście perkusji, mocne riffy i płynący bas. A na sam koniec dostajemy tak samo ostre wejście jak początek w postaci „Into the Wild”.

Trudno powiedzieć czy to jednorazowa akcja, czy będzie też ciąg dalszy, ale jedno jest pewne. To jedna z najlepszych płyt rockowych mijającego 2016 roku. Czuć silną chemię między triem, wszystko jest zbalansowane, nie ma rywalizacji, tylko jest to sprawnie działająca maszyna, która świetnie sprawdzi się na koncertach, melodie porywają i produkcja jest znakomita. Czekam na więcej.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Riverside – Love, Fear and the Time Machine

Love_Fear_and_the_Time_Machine

O warszawskiej prog-rockowej kapeli Riverside opowiadałem pisząc o poprzednim albumie „Shrine of New Generation Slave” nie zmieniły się dwie rzeczy – Mariusz Duda nadal śpiewa po angielsku, a zespół czerpie garściami z klasyki gatunku. Nowy album tylko to potwierdza, ale czy jest dobry?

Już sam tytuł jest intrygujący i początek zapowiada kontynuowanie ścieżki poprzednika – zestaw piosenek zrobionych w charakterystycznym stylu grupy. Mocne Hammondy w tle, prosty bas, do którego dołącza łagodna gitara elektryczna i akustyczna – tak gra „Lost”, ciepła i melancholijna ballada, która w połowie zmienia tempo oraz ostrość, dzięki perkusji oraz psychodelicznym klawiszom, serwującym swoje solówki pod koniec. „Under the Pillow” zaczyna się od prostej i zapętlonej melodii granej przez gitarę, do których dołącza zgrana sekcja rytmiczna oraz Hammondy przypominające troszkę Deep Purple oraz lekko orientalna gitara Piotra Grudzińskiego, skręcająca w stronę hard rocka. Mocne, trzymające za gardło dzieło. „#Addicted” zaczyna się od mało przyjemnego basu, wokół którego gra cała reszta, zmieniając tempo i nastrój (melancholijny refren z przestrzennymi klawiszami oraz ciepłą gitarą), by na samym końcu pojawiła się solówka akustyczna oraz kosmiczne klawisze.

Mechaniczny bas w „Caterpillar and the Barbed Wire”, stanowi tło dla spokojniejszej perkusji oraz pasaży klawiszowca Michała Łapaja. Po drugiej minucie perkusja staje sie bardziej marszowa (w jej rytm grają gitary – to w refrenie). Wtedy następuje wyciszenie, pięknie gra gitara akustyczna, zaatakowana przez mocniejszą elektryczną, a sam koniec dostajemy wspólnie grającą gitarę z klawiszami – coś niesamowitego. Przebojowo zaczyna się najdłuższy „Saturate Me”, gdzie wszystkie instrumenty nakładają na siebie, tworząc mocny kolaż, jakiego nie powstydziłby się Steven Wilson czy metalowe kapele. Wstęp trwa ponad dwie minuty, po czym wszystko się uspokaja, nadając przestrzeni dla klawiszy oraz łkającej gitary. I wtedy Grudziński bardziej skręca swoimi riffami w cięższe rejony, by na końcu uspokoić całość. „Afloat” to kompozycja totalnie cicha, gdzie przewodzi akustyczna gitara oraz towarzyszące po minucie organy. I dostajemy najostrzejszy numer – „Discard Your Fear” z metalicznym basem, dynamiczna perkusją i najbardziej zapętloną gitarą elektryczną na tym albumie, by w finale eksplodować. „Towards the Blue Horizon” zaczyna się od delikatnej gitary akustycznej, by potem dołączyły inne instrumenty (echo wokalu, fortepian, jazzująca perkusja oraz coraz bardziej nakręcająca się gitara elektryczna, zmieniająca się potem w  akustyczną). Niemal akustyczny w całości jest „Time Traveller” (poza gitarami słychać tylko bas oraz klawisze, tworzące magię), by pod koniec weszły mocny fortepian oraz gitara, by poruszyć w finałowym „Found”.

Fani zespołu wiedzą, że jest wersja deluxe zawierająca dodatkowe pięć utworów instrumentalnych. Panowie pokazują pełnię swoich umiejętności, a wokal Dudy nadal potrafi ruszyć serce. Riverside nadal potwierdza klasę jako zespół i chociaż koło nie wymyśla od nowa (w rocku progresywnym wszystko już wymyślono), ale nadal brzmi znakomicie. Czyżby mocny kandydat do płyty roku 2015?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Lunatic Soul – Walking on a Flashlight Beam

Walking_on_a_Flashlight_Beam

To miał być jednorazowy project frontmana grupy Riverside, ale trio w składzie Mariusz Duda (wokal, bas), Maciej Szelenbaum (klawisze i gitara) i Wawrzyniec Dramowicz (perkusja) od momentu powstania, czyli od 2008 roku nagrała trzy płyty. Teraz pojawił się album czwarty, który dla fanów powinien być gratką.

Progresywne, przestrzenne dźwięki bazujące na syntezatorach – ten instrument tutaj dominuje. Czasami działa bardzo kojąco niczym odpływające fale oceanu („Shutting Out the Sun”), czasem zdarzają się pulsacje klawiszowe oraz dziwaczne pasaże (przebojowe „Cold”), elementy orientalne (gitara elektryczna w „Gutter”), przestrzenne wokalizy (wręcz minimalistyczne „The Fear Within” z intrygującym końcem). Melodie też są jak słychać w delikatnym „Treehouse”, który potem się rozkręca dzięki elektronicznym wstawkom oraz mocnym uderzeniom perkusji, choć bardziej liczy się tutaj nieprawdopodobny nastrój. A że nie brakuje tu długich utworów (najdłuższy i najróżnorodniejszy jest kapitalny, półakustyczny „Pygmalion’s Ladder”, imitujący „starożytne” dźwięki, jednak w połowie pojawia się gitara elektryczna, lekko podrasowana), to fani progresywności znajda wiele dla siebie. W dodatku wokal Mariusza Dudy brzmi dość nieziemsko (głównie dzięki nakładającym się wokalom), tworząc piorunującą mieszankę. Co prawda jest 9 kompozycji, ale za to dopracowanych, bogatych aranżacyjnie i chwytających za gardło. Ocena może być tylko jedna…

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

 

Riverside – Shrine of the New Generation Slaves

riverside_300x300

Gdyby ktoś mi powiedział, że w Polsce działa zespół grający rocka progresywnego i to na poziomie światowym, nie uwierzyłbym. A jednak tak działa istniejąca od 2001 roku warszawska grupa Riverside, mająca na dorobku 4 płyty i dwa minialbumy. A teraz ukazał się piąty album pod wiele mówiącym tytułem „Shrine of the New Generation Slaves”.

Za produkcję odpowiada sam zespół w składzie Mariusz Duda (bas, wokal), Piotr Grudziński (gitara), Piotr Kozieradzki (perkusja) oraz Michał Łapaj (klawisze), a płyta składa się z 8 piosenek utrzymany w stylistyce rocka progresywnego. Ale jeśli ktoś spodziewał się ostrego i mocnego grania, ten się rozczaruje. Dominuje spokojne, bardziej pejzażowe kompozycje, trochę zahaczające i przypominające Deep Purple.  Jak choćby w rozpoczynającym album „New Generation Slaves”, gdzie dominują głównie klawisze, a co parę wersów uderza perkusja z gitarą czy w singlowym „Celebrity Touch”, który można określić jako najostrzejszy utwór na płycie. Ale jak wspomniałem jest bardziej spokojnie niż ostro, zaś budowanie nastroju wychodzi muzykom bezbłędnie jak w „The Depth of Self-Delusion” z pięknymi partiami klawiszowymi oraz trochę wybijającą się gitarą, elektronicznym „Feel Like Falling” czy mrocznym „Deprived” z solo na saksofonie granym przez Marcina Odyńca.

Także wokalnie mamy do czynienia z więcej niż dobrą robotą, bo Mariusz Duda nie zawodzi. Także pisane przez niego teksty zasługują na uwagę – tematyką przewodnią jest niewolnictwo (robienie czegoś wbrew swojej woli). Nie jest tu zbyt wesoło, choć w kończącym album utworze „Coda” pojawia się światełko nadziei (akustyczna gitara).

Mówiąc krótko Riverside nie zawodzą i nadal pozostają jedną z najlepszych polskich kapel. Znać po prostu wypada.

8,5/10

Radosław Ostrowski