Narodziny narodu

Nat Turner – to nazwisko dzieli Amerykanów jak żadne inne. Dla czarnoskórych jest to wręcz bohater, a biali najchętniej by o nim zapomnieli. W plantacji pana Turnera nie tylko pracuje, ale jest też kaznodzieją, głoszącym Słowo Boże wśród swoich towarzyszy, gdyż jako dziecko przejawiał talent do pisania i czytania. Jednak im więcej widzi okrucieństwa, tym coraz bardziej zaczyna wątpić. Uznając się za naznaczonego przez Boga, decyduje się wywołać bunt.

narodziny_narodu1

Wbrew tytułowi nie jest to czarnoskóry remake filmu Davida W. Griffitha, choć jest to próba spojrzenia na kwestie niewolnictwa. Ale film Nate’a Parkera nie za bardzo się wybija na tym polu za bardzo niż powiedzmy „Zniewolony”. Niby jest plantacja, ale u Turnera jest wyjątkowo spokojnie, wręcz sielsko, bez przemocy oraz bicia – czarnoskórzy żyją tu względnie dobrze. Bo i panowie są ludźmi wykształconymi, inteligentnymi i traktujący niewolników niczym. Ale nie jest zbyt idealnie, a perspektywa bohatera zmienia się wraz z kolejnymi plantacjami (wyrywanie zębów, by zmuszać niewolników do jedzenia, batożenie, gwałty). Tylko, że to wszystko niespecjalnie angażuje i jest strasznie oparte na kliszach. Poza tym nasz bohater (co sugeruje początek, z tajemniczym nocnym rytuałem) jest kreowany na kogoś wyjątkowego, nowego lidera, a miejscami symbolika (czarnoskóry anioł – WTF? – śniący się bohaterowi) wydaje się wręcz łopatologiczna, zaś ciekawe wątki (relacja Nata z Samuelem, z którym dorastał czy „naznaczenie” bohatera) zostają ledwo liźnięte oraz bardzo szybko ucinane.

narodziny_narodu2

Dodatkowo reżyser jest niekonsekwentny w prezentowaniu scen przemocy. Z jednej strony bywa bardzo sugestywny, gdzie przy brutalniejszych scenach kamera się odwraca (gwałt na żonie Nate’a), z drugiej zaś nie boi się pokazywać wyrywania zębów, batożenia czy wieszania. Dodatkowo wiele faktów z życia zostało wybielonych (podczas buntu grupa Turnera mordowała wszystkich, co się napatoczyli – bez względu na wiek i płeć, a w filmie mordowani są tylko biali mężczyźni), zaś batalistyczne sceny są przekrzyczane, nadmiernie patetyczne oraz strasznie nijakie, pozbawione pazura.

narodziny_narodu3

Parker reżysersko i scenariuszowo rozbija całość na dwie części, które w żaden sposób nie chcą się ze sobą połączyć. Obsadził także siebie w roli głównej i radzi sobie całkiem nieźle, zwłaszcza podczas kazań. Na drugim planie zdecydowanie wybija się Armie Hammer jako bardzo dżentelmeński właściciel, chociaż ma on pewne problemy (długi, gorzała), ale nie traktuje niewolników jako tylko siłę roboczą. Z drugiej strony aktor pokazuje hipokryzję tej postaci, gdy Nate – wbrew jego woli – chrzci jednego z białych. Reszta postaci, choć pozornie wyrazista, nie zapada za mocno w pamięć.

narodziny_narodu4

„Narodziny narodu” mogły wywrócić spojrzenie na niewolnictwo i rasizm do góry nogami, ale powstały o wiele dekad za późno. To bardzo nudna laurka pokazująca czarnoskórego bohatera jako nowego Mesjasza swoich ludzi oraz pozbawiona pazura historia wstydliwego fragmentu historii USA.

5/10

Radosław Ostrowski

Rzeka ocalenia

Jesteśmy w małym miasteczku leżącym gdzieś na pograniczu amerykańsko-kanadyjskim. Jest to mała okolica, gdzie ludzie żyją dość spokojnie, wiążąc koniec z końcem. Kimś takim jest też Ray – samotna matka z dwójką dzieci. Ojciec poszedł zaszaleć, gdyż jest nałogowym hazardzistą i znów go wcięło. I to przed świętami Bożego Narodzenia. Przypadek, a właściwie kradzież samochodu, doprowadza do nawiązania znajomości z Lilą – Indianką, zajmującą się przemytem ludzi.

rzeka_ocalenia1

Courtney Hunt tak naprawdę zrealizowała pełnokrwisty dramat, a nie rasowy kryminał, jak można było się spodziewać. Najważniejsze są tutaj losy naszych bohaterek, które nie potrafią spełnić swoich marzeń w sposób uczciwy. Dlatego panie chcąc związać koniec z końcem, by spłacić długi lub odzyskać swojego dzieciaka, zabranego dawno temu. I jeszcze jest zima, która potęguje poczucie beznadziei, depresji. Troszkę klimatem przypominało „Do szpiku kości”, które też działo się w małym miasteczku, też była tajemnica oraz aura beznadziei i walki mimo wszystko. Walki o przetrwanie i utrzymanie się na powierzchni. Sam scenariusz to bardziej obserwowanie otoczenia oraz krótkie, aczkolwiek intensywne sceny przemytu. Od połowy atmosfera robi się coraz gęstsza, m.in. dzięki nie do końca racjonalnemu zachowaniu. Bo żeby zostać torbę tylko dlatego, że przemyca się parę Pakistańczyków (wiadomo, każdy ciapaty to potencjalny terrorysta, a może mieć ze sobą bombę) – ok, rozumiem, spanikowała. Pewnie wiele osób by tak pomyślało, ale to wyglądało po prostu fałszywie i nieprzekonująco. Tak samo jak finał, gdzie… a nie, tego wam nie zdradzę.

rzeka_ocalenia2

Troszkę niepewny scenariusz, reżyseria dość konsekwentna, jednak bardzo wolne tempo oraz dość monotonne sceny działają nużąco. I tak naprawdę, gdyby nie świetna Melissa Leo film rzuciłbym w diabły. Ray w jej wykonaniu to zdesperowana kobieta, walcząca niemal ze wszystkimi – podłym losem, starszym synem nie do końca posłusznym. W oczach widać ból, bezsilność, ale i determinację. Nawet jeśli miałoby to kosztować życie. Drugą taką postacią jest Lila (mocna Misty Upham) – pozbawiona dziecka kobieta. Obie wiele przeszły i dostały mocno po dupie od życia, ale nie poddają się, mają tą drobną iskierkę nadziei, że jeszcze będzie lepiej. Być może dlatego między nimi czuć tak silną chemię, która wybija film od reszty.

rzeka_ocalenia3

Nie jest to film łatwy, lekki i przyjemny, tylko kolejny portret Ameryki jako „kraju nie dla starych ludzi”. Widziałem takich tytułów wiele, ale i ten potrafi chwycić za gardło. Szkoda, że robi to dopiero w drugiej połowie.

6/10

Radosław Ostrowski