Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj

Brugia – niby małe miasteczko, jakich wiele znajduje się w Europie. Tutaj trafia dwóch Irlandczyków: Ken i Ray. Obaj zostali wysłani przez swojego szefa, Harry’ego, zameldowani w hotelu i czekać na dalsze instrukcje. Mają na to dwa tygodnie, a w tym czasie mają zwiedzać okolicę. O ile starszy Ken odnajduje się tutaj jak ryba w wodzie, dla Ray to miejsce wydaje się zwykłym zadupiem. Ale w końcu dzwoni telefon.

w brugii1

Martin McDonagh dzisiaj to nazwisko bardzo rozpoznawalne i cenione wśród kinomanów. Niewielu jednak poznało się na jego talencie na początku jego kariery filmowca. W 2008 roku zrealizował swój debiut, który jest czarną jak smoła komedią. Reżyser bardzo powoli wprowadza swoich bohaterów, o których nie wiemy zbyt wiele. Zaczynamy odkrywać jednak dlaczego ten duet – będący płatnymi mordercami – trafił do takiego małego miasteczka. I ta historia z komedii przechodzi w dramat, dotykający wręcz egzystencjalnych wątków. Wina, kara, ponoszenie odpowiedzialności za swoje czyny, honor, lojalność – tego się chyba nikt nie spodziewał. Sami bohaterowie nie wydają się bezwzględnymi bandziorami, mówiącymi o bandziorskich rzeczach. Przynajmniej w tym miejscu zachowują się bardziej jak my, szarzy ludzie. Piją piwo, zwiedzają, a nawet zakochują się w pięknych blondynkach. Ale samo miasto też staje się bohaterem samym w sobie. Niemal same średniowieczne budynki budują podskórnie niepokojący klimat. Niczym z obrazu Hieronima Boscha, co ironicznie wykorzystane zostaje w finale. Gdzie musi dojść do nieuniknionej śmierci, bo za wszystko trzeba zapłacić. Ale czy to oznacza, że nie należy nie robić nic z tym wszystkim? Czekać na przebieg wydarzeń? Zabić się? Uciec? Pytania wręcz egzystencjalne, a odpowiedź okazuje się banalna, ale nie głupia. Tylko, że ja wam tego nie powiem.

w brugii2

Bardzo pozytywnie zaskakuje realizacja. Pozornie jest to styl zerowy, ale największe wrażenie robi miasto nocą, utrzymane w żółtej kolorystyce. W tle jeszcze dość melancholijna muzyka Cartera Burwella, a wszystko zmontowane jest w sposób bardzo płynny. Aż chciałoby się zostać w tym nietypowym miasteczku. To wszystko jest podporą dla absolutnie świetnego scenariusza oraz skupionej ręki reżysera.

w brugii3

Ale to wszystko by nie działało, gdyby nie absolutnie fantastycznie dobrani aktorzy. Najbardziej w tym filmie zaskoczył mnie Colin Farrell jako Ray, który dopiero ma zacząć swoją przygodę jako cyngiel. Na początku widać, że coś go dręczy, jest zniechęcony Brugią, ale wszystko zmienia jedna osoba. I nagle zacząłem sympatyzować z tym gościem. Skontrastowany z nim jest Brendan Gleeson jako bardziej stateczny Ken i powoli zaczyna się budować silniejsza więź między nimi. Bardzo ciekawy duet, choć razem nie mają wiele scen. Cała akcja ulega zdynamizowaniu, kiedy na ekranie pojawia się Harry (absolutnie błyszczący Ralph Fiennes) – szef bohaterów, co klnie jak szewc i ma swoje twarde zasady. Jest jeszcze inna galeria postaci jak rasistowski karzeł, handlująca dragami członkini planu filmowego czy mający obsesję na punkcie starych słów handlarza bronią.

„In Bruges” było odpowiednią mieszanką komedii i dramatu, gdzie lekkość miesza się z poważnymi, wręcz egzystencjalnymi dylematami. Świetnie zagrana, z ciętymi dialogami oraz klimatem, którego nie widzę zbyt często. I tutaj McDonagh prezentuje swoje umiejętności jako reżysera/scenarzysty.

8/10

Radosław Ostrowski

Sześciostrzałowiec

Wszystko zaczyna się od śmierci. Pan Donnelly, mężczyzna w wieku średnim przychodzi do szpitala, by zobaczyć swoją zmarłą żonę. Musiała od dłuższego czasu chorować, bo na wieść o jej śmierci mężczyzna przyjmuje to bardzo spokojnie. I już wydaje się, że nic gorszego nie może go spotkać tego dnia. Ale podróż pociągiem do domu jeszcze bardziej go zaskoczy.

szesciostrzalowiec1

Zanim Martin McDonagh zaprowadził wszystkich do Brugii i odpalił swoją reżyserską karierę, nakręcił w 2004 roku krótki metraż. Jednak obecnie mało kto o tym filmie pamięta, mimo nagrodzenia Oscarem. „Sześciostrzałowiec” brzmi jak daleki krewny Guya Ritchie, tylko polany w bardziej groteskowym sosie oraz smolistym humorze. Film jest tak naprawdę kolejną opowieścią o tym, jak ludzie radzą (lub nie) ze śmiercią. Bo niemal każdy z bohaterów tutaj kogoś stracił. Nie tylko Donnelly o twarzy Brendana Gleesona, ale także para małżonków po stracie dziecka oraz ten bardzo bezczelny gnojek, któremu zabito matkę. A wszystko upchnięte w niecałe pół godziny, jeden pociąg oraz strzelaninę.

szesciostrzalowiec2

Historia jest bardzo prościutka, a reżyser każdą poważną sytuację potrafi przekłuć humorem. Ten efekt powoduje, że „Sześciostrzałowiec” nie staje się depresyjnym dramatem. Nawet humorystyczna scena z krową pełną gazów kończy się w dość smutny sposób dla bohatera, próbującego uratować krowę. I kiedy nagle dochodzi do strzelaniny (miejscami bardzo sztywnie zmontowanej), nie byłem zaskoczony. Tak samo jak finałem, gdzie próba samobójcza kończy się klęską. Moment bardzo poważny i dramatyczny kończy się szyderczym śmiechem reżysera, który pokazuje bezsens wszystkiego.

szesciostrzalowiec3

Ale jednocześnie miałem wrażenie, że reżyser nie odkrywa niczego nowego w tej materii. Czuć tutaj powoli rodzący się styl filmowca, ale ta cała groteskowa otoczka może działać odpychająco. Następnymi filmami McDonagh pokaże swoją wyższą formę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri

Ebbing w stanie Missouri – spokojne, senne miasteczko, gdzie życie toczy się bardzo swoim rytmem. Niby nie dzieje się nic wielkiego, aż do czasu. Wszystko przez Mildred Hayes – samotnej matki, mieszkającą z dorosłym synem po rozwodzie z gliniarzem oraz damskiego boksera. Jej córkę, Angelę zgwałcono, zabito, zaś ciało podpalono. Policja, mimo prowadzonego dochodzenia, nie jest w stanie schwytać sprawcy. Po siedmiu miesiącach, kobieta ma dość bezczynności i bierze sprawy w swoje ręce: wynajmuje trzy billboardy na rzadko uczęszczanej drodze, w których oskarża policję, a zwłaszcza komendanta o bierność. A że miasteczko bardzo lubi i szanuje komendanta Willoughby’ego, to konfrontacja wydaje się nieunikniona.

billboardy1

Irlandzki reżyser Martin McDonagh, który zaskoczył debiutanckim „In Bruges” powraca i robi wszystko, by nazwać go zaginionym bratem Coen. „Billboardy” to historia, gdzie dramat, bardzo smolisty humor oraz smutek idą ze sobą ręka w rękę. I tak do końca nie wiadomo, czego się spodziewać – mocnego, poruszającego dramatu, brutalnej, gorzkiej komedii, współczesnego westernu z ostatnią sprawiedliwą. Reżyser ciągle podpuszcza i myli tropy, co do gatunkowej tożsamości, ale cały czas skupia się na bohaterach. Początkowo możesz mieć wrażenie, jakie te postacie są po pierwszym spotkaniu, ale są one bardziej złożone i skomplikowane niż się wydaje. Każdy z bohaterów, ze szczególnym wskazaniem na naszą trójkę (Mildred, szeryf i oficer Dixon) mierzą się na swój sposób z bólem, cierpieniem, traumą oraz mroczną przeszłością. Ale jednocześnie bardzo mocno reżyser pokazuje, co czego doprowadza ten gniew, wściekłość oraz te wszystkie inne negatywne emocje. Agresja rodzi tylko agresję, co bardzo dobitnie pokazują sceny spięć Mildred z niemal całym otoczeniem (byłym mężem, policją, dentystą) oraz kulminacją w postaci podpalenia komisariatu, będące odwetem za zniszczenie billboardów. Scenariusz jest zaskakująco precyzyjny, pełen błyskotliwych dialogów, bez żadnego zbędnego słowa, co jest ogromną rzadkością (takie teksty, to tylko Tarantino z Sorkinem piszą, chociaż oba ostatnio obniżyli loty). Nawet postacie pozornie poboczne i nieistotne dla rozwoju całej akcji, mają swoje pięć minut, skupiając swoją uwagę na dłużej.

billboardy2

Humor miejscami jest smolisty i po bandzie (monolog Mildred do księdza), ale niepozbawiony jest bardzo uważnej obserwacji nad tym, jaki jest człowiek – zagubiony, czasem bezsilny, próbujący zrozumieć bezsensowność świata, gdzie sprawiedliwości nie zawsze staje się zadość, sprawcy krążą bezkarnie, a jedyną napędzającą emocją i sensem naszego życia staje się ból, wściekłość oraz zemsta. Tylko, czy to nie jest droga ku wyniszczeniu, samotności, przynosząca tylko większy ból? Zakończenie (dość otwarte) wydaje się sugerować, że wyjściem jest drugi człowiek i miłość do niego, pozwalając w ten sposób rozładować emocje. I to może sprawić, iż życie będzie bardziej znośne.

billboardy3

Ale to wszystko nie miałoby takiego ognia, gdyby nie rewelacyjne aktorstwo. Film zawłaszcza Frances McDormand jako Mildred i robi piorunujące wrażenie. Z jednej strony to kobieta, pełna żalu oraz poczucia niesprawiedliwości, co jest absolutnie zrozumiałe, pokazane bez cienia fałszywej nuty. Ale im dalej w las, tym bardziej jej bezkompromisowa postawa budzi dość mieszane uczucia. Staje się bardzo harda, pyskata, w każdej chwili mogąca eksplodować, a jednocześnie jest w tej postawie coś egoistycznego, pozbawionego logiki. Sama Mildred też ma chwile zwątpienia co do kierunku działań, a ostatnie kadry sugestywnie sugerują pewną zmianę.

billboardy4

Na drugim planie sekundują równie wyborni Woody Harrelson oraz Sam Rockwell. Szeryf niby ma być tym złym, ale to dobry ojciec oraz mąż, naznaczony powoli wykończającą go chorobą i ma w sobie coś z mędrca, który widział wiele i jest pogodzony z tym bajzlem zwanym życiem, co dobitnie pokazują pewne listy. Z kolei Rockwell jako Dixon robi największą woltę – rasista, homofob, bigot i kompletny tępak, naznaczony nienawiścią, ale tak naprawdę skrywa w sobie większą ilość szlachetności, jakiej nikt się po tym człowieku nie spodziewał. Ja też nie. Poza tą trójką nie brakuje bardzo wyrazistego planu, gdzie przewija się m.in. John Hawkes (Charie, były mąż), Lucas Hedges (syn Robbie), Peter Dinklage (karzeł James, podkochujący się w Mildred) czy Clarke Peters (nowy komendant Abercrombie), dając zapadające w pamięć kreacje.

billboardy5

Dawno (czyli od czasu „Manchester by the Sea”) nie widziałem filmu tak mocno trzymającego się życia jak „Billboardy”. McDonagh bardzo inteligentnie, z empatią pokazuje zwykłych ludzi, którzy muszą mierzą się ze stratą oraz cierpieniem, a jednocześnie wszystko idzie w kompletnie nieobliczalnym kierunku. Czuję, że to będzie klasyk kina.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

7 psychopatów

Martin jest scenarzystą, który ostatnio przeżywa kryzys twórczy. Próbuje napisać scenariusz o siedmiu psychopatach, a jego najbliższy kumpel Billy razem z Hansem kradną psy i oddają właścicielom (że niby je znaleźli). Ale kiedy porywają psa pewnego gangsterowi sprawy się komplikują.

psychopaci1

Kiedy w 2004 roku objawił się Martin McDonagh – nikt nie spodziewał się tego, co nastąpi dalej. Ten ceniony dramaturg tak jak David Mamet zaczął podbijać kino i to z naprawdę dobrym skutkiem. „Sześciostrzałowiec” otrzymał Oscara za najlepszy krótki metraż, a „In Bruges” (polskiego tłumaczenia tego filmu nie podam z litości) świetnie łączyło czarny humor z poważną tematyką. Tutaj w zasadzie tez jest podobnie, choć tutaj reżyser żongluje tematami, bohaterami i planami. Pierwszy plan to Marty, Billy i cała jazda związana z kradzieżami psów. Druga to historia psychopatów, które są opowiadane przez Marty’ego i jego kumpli. Ta zbitka tworzy dość mocną bombę, w której czuć inspiracje zarówno Davidem Lynchem, Guyem Ritchie i braćmi Coen. Pomysłowość reżysera i scenarzysty jest naprawdę imponująca, choć można odnieść wrażenie chaotyczności. Wszystko to jest świetnie zrealizowane (zdjęcia, montaż jest naprawdę imponujące), dialogi błyskotliwe i pełne absurdalnego humoru w brytyjskim stylu. Ale mimo tego całego szaleństwa i miłości do kina (film chyba miał być dowodem na kreatywność scenarzystów), to czegoś tutaj mi zabrakło. Bardziej mi się podobało „In Bruges”, które było chyba spójniejsze.

psychopaci2

Jedno co się nie zmieniło u McDonagha to obsada, niezawodna i wyborna. Nieźle wypadł Colin Farrell w roli zagubionego scenarzysty, który ma kryzys twórczy, ale dzięki szalonym wydarzeniom odnajdzie inspiracje. Nie zawodzą też Christopher Walken, który jako Hans podtrzymuje wizerunek psychola z kamienną twarzą, Woody Harrelson będący bezwzględnym gangsterem dbającego o swojego pieska oraz pojawiający się w epizodach Tom Waits (Zachariasz z króliczkiem w ręku), Harry Dean Stanton (kwakier), Michael Pitt oraz Michael Stuhlberg, których rozmowa rozpoczyna film. Ale ci wszyscy są przebici przez Sama Rockwella, który jako Billy jest najbardziej nieobliczalnym facetem, skłonnym do zabijania gościem. Ta rola najbardziej zapadła mi w pamięć. Za to kompletnie zlekceważono panie Abbie Cornish i Olgę Kurylenko, które robią tu za tło oraz epizody.

psychopaci3

„7 psychopatów” to pokręcony i obłąkany film, który mógł być dla McDonagha „Pulp Fiction”, ale to nadal kawał dobrego kina. Chociaż bardziej podobało mi się „In Bruges”.

7,5/10

Radosław Ostrowski