Drabina Jakubowa

Jacob Singer jest weteranem wojny w Wietnamie, który po ciężkich ranach wraca do cywila. Pracuje jako listonosz, ma śliczną i charakterną dziewczynę, czasem odwiedza kręgarza z powodu bólu pleców. Jednocześnie nawiedzają go koszmary. Jednak nie chodzi tylko o przebitki z wojny, ale też koszmary dziejące się na jawie. Tajemnicze istoty ze zdeformowanymi twarzami, jakieś jaszczurze ogony. Czyżby Singer dostawał obłędu?

Adrian Lyne to reżyser kojarzony głównie z filmami o zabarwieniu erotycznym. Ale w 1990 roku nakręcił film bardzo niepodobny do całego swojego zbioru. „Drabina Jakubowa” to psychologiczny horror skupiony na człowieku, który nie jest w stanie odróżnić jawy od snu, prawdy od urojeń. Reżyser też nie ułatwia nam sprawy, bo granica między dwoma światami zaciera się. Jest wręcz bardzo płynna, co jest zasługą świetnego montaż oraz bardzo spójnych stylistycznie zdjęć. Co jest przyczyną tych dziwnych wizji? Stres pourazowy, tajemniczy wojskowy eksperyment? A może coś zupełnie innego? Z każdą kolejną minutą wydaje się, że odpowiedź albo będzie bardzo prosta, albo nie będzie jej w ogóle. Logika robi sobie tutaj wolne, a wszystko podporządkowane jest symbolice oraz budowaniu aury tajemnicy. I dopiero w finale docieramy do sedna, choć dla wielu osób może on wywołać ból głowy. Lecz uwierzcie mi, wszystko wtedy nabierze sensu, zaś pewne poszlaki są porozrzucane i nie zawsze powiedziane wprost.

A gdzie tutaj jest groza? Lyne prezentuje ją zarówno w postaci zagubionego, pokręconego umysłu Jacoba (fenomenalny Tim Robbins). Raz jest w Wietnamie, raz u boku swojej dziewczyny (zjawiskowa Elizabeth Pena), a raz ze swoją byłą żoną oraz dziećmi. Mindfuck będziecie mieli gwarantowany, a sytuację podkręcają jeszcze momenty obecności demonów. Mocno zniekształcone twarze, czasem z głową tak bardzo w ruchu, że nie widać twarzy. Najbardziej jednak zapada w pamięć scena, kiedy Jacob przypięty do noszy, trafia do szpitala oraz kiedy Jacob ma wysoką gorączkę i jest chłodzony lodem w wannie. Autentycznie przerażające sceny.

Więcej wam nie zdradzę, ale po latach i drugim seansie dzieło Lyne’a jeszcze bardziej ryje banię. Jeden z niewielu przykładów horroru psychologicznego, gdzie finałowi twist nie psuje przyjemności z kolejnego seansu, lecz pozwala uważniej połączyć elementy układanki.

8/10

Radosław Ostrowski

Człowiek, który chciał być królem

Indie, końcówka XIX wieku. To tam przebywa dwóch byłych żołnierzy brytyjskiej armii – Daniel Dravot oraz Peachy Carneham. Przemytnicy, szantażyści i drobni awanturnicy, którzy postawili sobie za cel dokonanie niemożliwego: podbić Kafiristan. Kraj ten znajduje się bliżej Afganistanu, a żaden biały człowiek nie stanął tam od czasu Aleksandra Wielkiego. Panowie chcą zjednoczyć wszystkie tamtejsze klany, objąć tron królewski i zabrać z niego wszelkie bogactwa. Idzie im łatwiej niż planowano, a Dravot zostaje uznany za boga, mającego być synem samego Aleksandra.

czlowiek krol1

John Huston chciał zrealizować ten film już w latach 50. Główne role mieli wtedy zagrać Clark Gable i Humphrey Bogart, jednak obaj panowie zmarli. Później mieli się pojawić na miejscu Burt Lancaster z Kirkiem Douglas, a następnie (już w latach 70.) Paul Newman i Robert Redford. Amerykański aktor, który już pracował przy poprzednich filmach reżysera zasugerował, iż te postaci powinni zagrać Brytyjczycy. I tak na scenę weszli Michael Caine z Seanem Connerym, zaś produkcja ruszyła z kopyta w 1974 roku.

czlowiek krol2

Założenie było proste, czyli zrobienie filmu awanturniczo-przygodowego w starym stylu. Sama akcja toczy się dość powoli i spokojnie, co może wielu znużyć. Reżyser przy okazji niejako wraca do tematu obsesji oraz marzeniu o wielkości, które kończy się upadkiem. Bo jak długo można oszukiwać ludzi, kapłanów, że jest się bogiem? Nie brakuje wielu szczęśliwych zbiegów okoliczności, które podtrzymują zainteresowanie. Mimo dłużyzn oraz dość szorstkiego poczucia humoru, „Człowiek” robi wrażenie. Przede wszystkim pod względem scenografii oraz kostiumów, także same krajobrazy (te góry zimą!!!) wyglądają wręcz majestatycznie. Zderzenie wręcz prymitywnych zwyczajów ze ówczesną, nowoczesną bronią oraz cywilizacyjną mentalnością daje wiele trafnych obserwacji. Ale jest też ostrzeżeniem przed zaślepieniem chciwością oraz pychą.

czlowiek krol3

Wszystko to fantastycznie sprzedaje duet Connery/Caine, między którymi czuć silną chemię. Daniel i Peachy to wręcz idealna mieszanka sprytu, siły oraz wnikliwego talentu obserwacji. Ale tak naprawdę ten drugi wydaje się zachowywać zdrowy rozsądek, przez co budzi sympatię do końca. Zaś Daniel coraz bardziej wczuwa się w rolę boga i ma coraz bardziej ambitne plany, co Connery pokazuje coraz większą pewnością siebie. Obydwaj spychają cała resztę na drugi plan, co świadczy o ich wielkiej klasie.

„Człowiek, który stał się królem” jest uznawany za najlepszy film Hustona lat 70., który troszkę idzie w innym kierunku. Jest bardziej kameralny, spokojny, gdzie akcja ma bardziej służyć zbudowaniu portretu ludzkiego umysłu. Może nie ma tej mocy, co „Skarb Sierra Madre”, jednak nie zabrakło tutaj zbyt wiele.

7,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Człowiek Mackintosha

Wszystko zaczyna się, gdy do Londynu przebywa Joseph Rearden. Jego przełożony, Mackintosh razem z panią Smith (sekretarka) przygotowują dla niego zadanie: kradzież diamentów przewożonych przez pocztę. Cała akcja przebiega sprawnie, ale mężczyzna zostaje aresztowany i skazany na 20 lat więzienia. W więzieniu przebywa także pracujący dla Sowietów brytyjski szpieg, Slade. Wtedy do Reardena przychodzi jeden ze skazańców, proponując ucieczkę w zamian za procent z ostatniej roboty.

czlowiek mackintosha1

John Huston początki lat 70. nie miał zbyt udane, zaś jego filmy wydawały się (z dzisiejszej perspektywy) mocno przekombinowane. Do tego grona, niestety, dołączył też thriller „Człowiek Mackintosha”. Oparty na powieści Desmonda Bagleya scenariusz autorstwa Waltera Hilla to mieszanka kryminału z dreszczowcem szpiegowskim. Bo mamy grę wywiadów oraz wmieszany do tego syndykat zbrodni, gdzie nie do końca wiadomo kto jest kim (niczym w „Liście na Kreml”), same informacje są podawane oszczędnie, a większość kluczowych scen toczy się poza ekranem. Dla mnie jednak problem w tym, że cała ta intryga brzmi troszkę niepoważnie. Dlaczego? bo cała ta starannie przygotowana operacja przez Mackintosha wydaje się brzmieć bardzo amatorsko, bez żadnego planu B, C, D czy nawet Ż. Jakby zakładano, że wszystko pójdzie gładko, zaś nasz protagonista wydaje się działać pod wpływem instynktu, wręcz improwizując jak podczas ucieczki z kryjówki po akcji z więzienia. Jakby tego było mało, całość zwyczajnie nuży, mimo pościgu czy finałowego rozwiązania.

czlowiek mackintosha2

Pewnym drobnym plusikiem są zdjęcia oraz bardzo stylowa muzyka Jarre’a, kojarząca mi się z… „Sherlockiem Holmesem” Hansa Zimmera. Temat podobny brzmi bardzo znajomo, ale nie jest to wada. Także Paul Newman, którego grą aktorską Huston był zauroczony przy poprzednim filmie, także wypada dobrze jako opanowany, spokojny Rearden. Jednak aktorsko film kradnie pociągająca Dominique Sanda (pani Smith) oraz zawsze trzymający poziom James Mason (sir Wheeler), tworząc bardzo wyraziste postacie.

czlowiek mackintosha3

Niby jest to próba mariażu dwóch gatunków, tylko że Huston ma spore problemy ze sklejeniem tego w jedną całość. Heist movie przebiega dość szybko, zaś wątek szpiegowski kompletnie nie angażuje, co jest sporym problemem. Wstyd, panie Huston.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Sędzia z Teksasu

Roy Bean nie był świętym człowiekiem pełnym cnót, lecz wyjętym spod prawa bandytą. Przejeżdżał przez małą wioskę w Teksasie, gdzie znajdował się burdel oraz szałasy Meksykanów. Tam właśnie zostaje pobity, okradziony oraz pozostawiony na śmierć. Lecz wraca do miasteczka, by zemścić się na swoich oprawcach, mordując ich z zimną krwią. To jednak nie wszystko, bo ogłasza się sędzią i zamierza tutaj wprowadzić cywilizację, postęp oraz pokój, w czym pomaga mu grupa wyjętych spod prawa, awansowanych na egzekutorów.

sedzia z teksasu1

Ten film miał być reżyserskim debiutem Johna Miliusa, który próbował zrobić (przynajmniej tak to rozumiem) taką westernową wersję „Lawrence’a z Arabii”. Problem w tym, że filmowi bonzowie nie wierzyli w umiejętności przyszłego twórcy „Conana Barbarzyńcy” i zamiast niego tą fabułę zrobił John Huston. Milius bardzo szanował tego doświadczonego reżysera… do momentu, kiedy nie wzięto się za jego tekst. Zamiast szacunku oraz entuzjazmu, pojawiła się wściekłość oraz oskarżenie o zniszczenie dzieła. I powiem szczerze, że jest to jedno spore pomieszanie z poplątaniem, gdzie nie do końca wiadomo o co chodzi.

sedzia z teksasu2

Sam wydaje się mieszanka westernowego sztafażu z dość specyficznym rodzajem komedii. Z jednej strony mamy do czynienia z bezkompromisowym sędzią, który chce podążyć za swoją wizją miasta pełnego porządku, ale ten porządek troszkę jest oparty czasem na widzi mi się (jak sędzia przegrywa w karty, cena alkoholu drożeje) oraz bardzo surowym egzekwowaniu – wieszanie i/lub odstrzał. Miasto zaczyna się jednak coraz bardziej rozbudowywać, a do głosu coraz bardziej dochodzi pewien podstępny prawnik nazwiskiem Gass. I tutaj ta konfrontacja mogłaby być czymś na kształt „Aż poleje się krew”, tylko z konfrontacją między powoli odchodzącą przeszłością Dzikiego Zachodu a postępującą cywilizacją. Nie brakuje też klasycznych elementów oraz typów postaci jak traper (Grizzly Adams) czy bandyta terroryzujący okolicę (Zły Bob „Albinos”), a zamiast psa mamy… niedźwiedzia.

sedzia z teksasu3

Problem dla mnie jednak, że te wszystkie elementy nie chcą się połączyć w żadną spójną całość (romantyczna randka sędziego z Marią Eleną oraz Niedźwiedziem – co do cholery?). Przeskoki w czasie są dość spore, narracja nie prowadzi za bardzo do celu (chyba nawet nie jest w stanie go ustawić), zaś przesłanie wyparowuje. No i ten finał, gdzie do miasteczka przybywa sławna aktorka, którą wielbił Bean (ciekawe cameo Avy Gardner) wydaje się zbędny. Jest jednak jeden mocny punkt tego tytułu, czyli zawsze trzymający poziom Paul Newman w roli tytułowej, tworząc troszkę romantyczną wizję pokręconego stróża prawa.

sedzia z teksasu4

To jeden z najdziwniejszych filmów w dorobku Hustona, gdzie powaga zderza się z groteską, przez co tytuł stoi w rozkroku. Niby chce być poważny i dotykać poważnych kwestii, ale rozjeżdża się nadmiarem groteskowych scen, przez co wywołuje jedynie dezorientację.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Gambit

Harry Dean jest młodym i sprytnym oszustem, który wpadł na prosty plan kradzieży doskonałej. Jego celem jest najbogatszy człowiek świata, niejaki Shahbandar – kolekcjoner dzieł sztuki. Jednak żeby zrealizować plan, Dean korzysta z pomocy wspólnika, fałszerza Emila oraz werbuje tancerkę Maggie Chang, która ma otrzymać pięć tysięcy dolarów. Idealny plan jednak jest idealnym tylko z nazwy.

gambit_1966_2

Komedii kryminalnych była cała masa, jednak nakręcona w 1966 propozycja Ronalda Neama oparta jest na prostym pomyśle: oszustwo połączone z mistyfikacją i kradzieżą bardzo dużego łupu. Tym większym zaskoczeniem była dla mnie lekkość, z jaka cała ta historia jest opowiedziana. Nawet pod koniec (scena kradzieży) pojawia się napięcie i emocje. Wynikają one przede wszystkim z tego, iż idealny plan (pierwsze 25 minut) sypie się z powodu innych oczekiwań. Przeciwnik nie jest staroświeckim i sentymentalnym dżentelmenem, tylko inteligentnym i sprytnym rekinem finansjery, korzystającym z nowoczesnych gadżetów. Humor i dowcip wynika właśnie z tego kontrastu, a także z samych postaci, która mają wiele do ugrania. Za to finał jest więcej niż satysfakcjonujący, a od samego skoku bardziej przyciąga uwagę relacja między duetem naszych złodziei.

gambit_1966_1

On (niezawodny i 55 lat młodszy Michael Caine) jest elegancko ubranym dżentelmenem, pewnym siebie i troszkę bezczelnym złodziejem, potrafiącym odnaleźć się w niemal każdej sytuacji. Ale poległby, gdyby nie ona (urocza Shirley MacLaine), która tylko pozornie wydaje się gadulską i głupią dziewczyną. Chemia między nimi jest bardzo odczuwalna i wiadomo czym to się skończy (słowo miłość jest wskazana), ale bardzo przyjemnie ogląda się tą parę. Dodatkową karta w grze jest równie trzymający fason Herbert Lom (Shahbandar), który dla większości kinomanów pozostanie na zawsze komisarzem Dreyfusem z serii „Różowa Pantera”. Niepotrzebnie, bo tutaj potwierdza swój talent w roli inteligentnego oraz pewnego siebie biznesmena.

gambit_1966_3

„Gambit” dzisiaj raczej nie będzie zaskoczeniem, ale to bezpretensjonalna, elegancka i lekka rozrywka z wysokiej półki. O jej sile świadczy fakt, że jest lepsza niż nakręcony dwa lata temu bezpłciowy remake z Colinem Firthem i Cameron Diaz w rolach głównych, o którym chciałem zapomnieć jak najszybciej. Ten „Gambit” dłużej ze mną zostanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Mad Max pod Kopułą Gromu

Nasz Max dzielnie przemierza pustkowia postapokaliptycznego świata, ale nawet jego opuszcza szczęście. Zostaje okradziony z dobytku i trafia do miasta Bordertown – spokojnej okolicy, w której handluje się wszystkim co się da. Tam zostaje wplątany w porachunki między walczącymi o władze Ciotką Entiny i Masterem Blasterem.

Mad_Max3_4

Trzecie pojawienie się na ekranie Szalonego Maxa mocno odbiega od poprzednich części, choć ekipa realizująca pozostała niemal bez zmian. Jednak tym razem fundusze dali Amerykanie z Warner Bros. Z jednej strony dało to rozmach, ale z drugiej pojawiły się niebezpieczne kompromisy. Millera wsparł na stołku reżyserskim George Ogilvy, a cała opowieść jest mocno ugrzeczniona i złagodzona jak tylko się da. Czyli minimum przemocy, zero krwi i humor adresowany do najmłodszego grona odbiorcy. Jeszcze na początku jest ten surowy klimat, a starcie Max z Blasterem w klatce ogląda się dobrze, ale odkąd Max zostaje wygnany i pojawiają się dzieci, całość idzie ostro w dół. Jeszcze nieźle prezentuje się finałowy pościg, gdzie czuć tempo i energie, ale brakuje gwałtowności i ostrości poprzednich części. Nie takiego Maxa lubiłem – trzecia część sprawia wrażenie dokręconej na siłę, pozbawionej konsekwencji i tego uroku jaki miały poprzednie części.

Mad_Max3_2

Mel Gibson kreowany tutaj na zbawcę dziecięcego rodu jest pozbawiony charakteru – bardziej mi pasował jako cyniczny mściciel czy outsider niż opiekujący się zgrają irytujących dzieciaków przewodnik.  Bliżej mu tutaj do Indy’ego, ale nie tego tutaj szukałem. Nieźle poradziła sobie Tina Turner jako cwana i rządząca miastem Ciotka. Nawet muzyka Maurice’a Jarre’a jest świetna, ale co z tego?

Mad_Max3_1

„Mad Max pod Kopułą Gromu” to zwyczajne zbezczeszczenie legendy i czysta komercha, która niczym na dłużej nie przyciąga. Fani serii dla własnego zdrowia psychicznego nie powinni oglądać trójki, tylko czekać na najnowszą część. I wszystko w tym temacie.

5/10

Radosław Ostrowski

Firefox

Tytułowy Firefox nie jest przeglądarką internetowa, tylko nowoczesnym radzieckim myśliwcem bojowym, który potrafi być niewidzianym dla radarów i sterowanym przez umysł. Amerykanie decydują się wykraść samolot i wysyłają swojego najlepszego człowieka – majora Mitchella Ganta, który mimo zespołu stresu pourazowego, nadal jest świetny.

firefox1

Zastanawiam się co podkusiło Clinta Eastwooda do nakręcenia tej sensacyjno-propagandowej agitki. Historia jest prosta (Ruscy źli, Amerykanie dobrzy), naiwna i przewidywalna jak jasna cholera. Wszystko idzie w sposób tak łatwy, że o jakimkolwiek trzymaniu w napięciu nie może być mowy. Sytuację częściowo próbuje ratować operator i sceny lotów wyglądają całkiem nieźle, ale efekty specjalne są tak archaiczne, że aż kłują w oczy. Wygląda to tak jakby samoloty dodano na ekran, a pociski i ich wygląd bardziej pasuje do SF. Nawet humor i sam Clint w niezłej dyspozycji nie jest w stanie tego uratować.

firefox2

Dalsze opowiadanie o tym filmie po prostu mija się z celem – „Firefox” to archaiczna, nudna i nieciekawa historia w dorobku twardziela Clinta. Zbyt poważna, co doprowadza do śmieszności i żal dupę ściska, gdy się ogląda takie gówno. Panie Eastwood, nie wypada panu.

3/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Topaz

Rok 1962, czas kryzysu kubańskiego. Zastępca szefa KGB Borys Kusenov przechodzi na stronę Amerykanów, przekazując im informacje o działalności Sowietów na Kubie. Jednak Amerykanie proszą o pomoc wywiad francuski, a konkretniej agenta Andre Devereux. Mężczyzna przybywa na Kubę, a po akcji dowiaduje się, że we francuskim wywiadzie działa siatka pracująca dla Sowietów.

Alfred Hitchcock znów w klimatach szpiegowskich, a nawet politycznych. Mimo, że fabuła jest dość skomplikowana (pozornie) i dzieje się w wielu miejscach (Dania, USA, Kuba, Francja), to jest to najnudniejszy film w dorobku Hitchcocka. Trochę „Topaz” przypominał powieści le Carre pod względem klimatu czy atmosfery, ale napięcia tutaj nie ma zbyt wiele (może poza zakończeniem). Realizacja jest porządna, aktorstwo przyzwoite (zwłaszcza Fredericka Stafforda i Johna Forsythe’a), ale jednak „Topaz” zwyczajnie mnie nie zaangażował, choć realia czasów kryzysu kubańskiego są interesującym wycinkiem historii. Trochę szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski