Bezsenność w Seattle

Zmarła w zeszłym roku Nora Ephron była uważana za jedną ze specjalistek w pisaniu komedii romantycznych – gatunku znienawidzonego przez mężczyzn (w 99%) i bardzo lubianego przez kobiety (w 99,9%). Jednak czasem zdarza się taka opowieść, która potrafi zaintrygować i przykuć uwagę nawet mężczyzny – to nie jest łatwe, ale możliwe.

Wszystko zaczyna się od najradośniejszego momentu w życiu, czyli… od pogrzebu. Może to nie był najlepszy żart z mojej strony, ale mogę zapewnić, że to ostatni dowcip wypowiedziany tutaj. Bo film naprawdę zaczyna się od pogrzebu kobiety. Jej mąż Sam i syn Jonah ciężko znoszą stratę, że przenoszą się z Chicago do Seattle. W końcu syn, chyba z desperacji, w święta dzwoni do audycji radiowej dr Fieldstone i prosi o nową mamę dla siebie. O dziwo, zainteresowanie jest naprawdę spore, a jedną ze słuchających jest niejaka Annie Reed, która jest już związana z innym.

bezsennosc1

Dziwny to film, bo para głównych bohaterów poznaje się dopiero w dość nietypowym finale (jak na ten gatunek). Przez resztę obserwujemy jak oboje sobie radzą w życiu, nie zabrakło odrobiny humoru (czasem złośliwego), elegancko oprawionej muzyką (piosenkami swingowo-jazzowymi) z ładnymi zdjęciami Svena Nykvista. Czuć z tego filmu ciepło i całkiem zgrabną próbę omijania sentymentalizmu czy naiwności (choć jest odrobina magii też jest), zaś próby nawiązania kontaktu przez bohaterów są naprawdę pomysłowe i intrygujące.

bezsennosc2

A poza tym jak to jest zagrane. Tom Hanks jak i Meg Ryan pasują do swoich postaci, stając się potem jednymi z ikon tego gatunku. Za to drugi plan jest bardzo ciekawy, a tam błyszczą dzieci: Ross Malinger (Jonah, syn Sama) i Gaby Hoffmann (Jessica, przyjaciółka Jonaha) – to jak kombinują, by pomóc jego tacie jest naprawdę imponujące. Należy też wspomnieć Rosie O’Donnell (Becky, szefowa Annie), Billa Pulmana (Walter), Babrarę Garrick (Victoria z irytującym śmiechem) oraz Caroline Aaron (dr Marcia Fieldstone, którą tylko słychać).

Oglądałem „Bezsenność…” jako nie do końca bajkę, ale jako interesującą opowieść, która nie została w żaden sposób przesłodzona, ani kiczowata, co było bardzo łatwo zrobić. Po prostu dobre kino i tyle.

7,5/10

Radosław Ostrowski

The Doors

Biografii filmowych to było wiele, zwłaszcza muzyków. W 1991 roku na wszedł film „The Doors” o Jimie Morrisonie, nakręcony przez Olivera Stone’a. Zafascynowany Morrisonem reżyser tworzy nie tylko portret muzyka, ale jednocześnie dokumentuje czas hipisów (przełom lat 60/70), gdzie dominowały narkotyki (miały poszerzyć świadomość), alkohol, ostre imprezy, przypadkowy seks.

doors

Barwny okres amerykańskiej muzyki, w dodatku od strony technicznej rewelacyjny. Nie brakuje scen idących w stronę psychodelii (obecność Indianina wokół Morrisona) i świetnej muzyki The Doors, co tylko potęguje klimat filmu.

Jedna rzecz, która najbardziej przykuwa uwagę to genialna kreacja Vala Kilmera w roli Morrisona. Stone skupił się na jego ciemnej stronie życia, gdzie balansuje na granicy życia i śmierci, a jednocześnie jest to artysta nie radzący sobie ze sławą. Mimo, że zachowuje się jak szalony, nadużywa alkoholu i narkotyków, trudno od niego odciągnąć uwagę, magnetyzuje i czuć jego charyzmę. To naprawdę niesamowite, ze Kilmerowi udało się stworzyć taką kreację. Jednak poza Kilmerem, wybijają się świetny drugi plan, z Kylem MacLachlanem, Frankiem Whaleyem i Kevinem Dillonem w rolach muzyków The Doors, a także partnerujących pań Meg Ryan (Pamela, żona Jima) oraz Kathleen Quinlan (Patricia, kochanka).

doors2

Po tym filmie czułem się jak na haju. Mocna i bardzo ciekawy portret jednego z najważniejszych rockmanów świata. Bardzo wysokiej klasy robota.

8/10

Radosław Ostrowski