Mela Koteluk – Migawka

mela-koteluk-migawka-2018-1024x1024

Pamiętacie tą dziewczynę, która w 2012 roku debiutowała „Spadochronem”? Pochodząca z miejscowości zwanej Sulechowem Malwina „Mela” Koteluk od tej pory zaczęła szturmować stacje radiowe i kolejna płyta „Migracje” tylko utwierdziła w przekonaniu, że pojawił się nowy, interesujący narybek. Ale na trzeci album trzeba było czekać aż cztery lata. I tak się pojawiła „Migawka”, zrealizowany przez tą samą ekipę, co zawsze. Czyżby kolejny sukces?

Nadal jest to pop-rockowa stylistyka lekko zahaczająca o tzw. dream pop, gdzie nadal istotną rolę pełni gitara elektryczna. Aurę typową dla niej nadal czuć w singlowym „Odprowadź”, choć utwór opatrzono drobnymi wstawkami elektronicznymi w refrenie. Spokój dominuje też w „Los hipokampa”, a nawet troszkę dynamiczniejszego „Doskonale”, gdzie gitara potrafi przyspieszyć bardzo. Podobne tempo utrzymuje „Hen, hen”, dając spore pole do popisu perkusji. Mamroczący początek „Tańczę, przepływam” nie zapowiada wręcz podniosłego finału, tak jak pojawienia się harfy oraz skrzypiec w „Ja, fali”, co może budzić skojarzenia z Florence + The Machine (chociaż to mocno na wyrost). Ale mimo tej całej żonglerki oraz różnorodności, miałem spore poczucie niedosytu. Zabrakło jakiejś mocnej kropki nad i.

Samo brzmienie, wokal czy teksty stoją na poziomie i trudno się tutaj do czegokolwiek przyczepić, a nawet jest to bardziej przystępne niż poprzednie albumy. Tylko, że ta „Migawka” dosłownie miga przed oczami i znika tak szybko jak się pojawia. Można ją bardzo łatwo przeoczyć.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Daniel Bloom – Lovely Fear

500x500

Daniela Blooma znam jako kompozytora muzyki filmowej. Taki dzieła jak „Tulipany” czy „Wszystko, co kocham” pokazywały go jako twórcę zaskakującego, tworzącego muzykę odrobinę nostalgiczną, odrobinę jazzową. Tym większą niespodzianką był dla mnie jego solowy album, w którym ograniczył się do roli kompozytora i producenta.

„Lovely Fear” pachnie całkowicie elektroniką, za którą niespecjalnie przepadam. Jest ona z jednej strony przypominająca dokonania z lat 80., ale podskórnie wyczuwalny jest pewien niepokój. Czuć to od samego początku. „Hungry Ghost” zaczyna się dość spokojnie, klawisze zapętlają się, a druga część – bardziej instrumentalna – zaczyna świdrować i pulsować, dzięki perkusji oraz wplecionej, „łkającej” gitarze elektrycznej, zaś głos Jona Sutcliffe’a z The Sulk. Kosmiczny „Looking Forward”, który zaskakuje przestrzenią, ciepłem oraz niesamowitą aurą tajemnicy, a sam Bloom w roli wokalisty zwyczajnie czaruje i uwodzi. „How We Disapper”, też pulsuje dźwiękami przypominającymi kosmos (teledysk tylko podtrzymuje tą atmosferę), ale bardziej ciepłymi i miękkimi, zmierzającymi w stronę… r’n’b, gdzie znakomicie odnajduje się Gaba Kulka. Jedynym polskim utworem jest singlowa „Katarakta” – najbardziej mechaniczna, rytmiczna i… taneczna. Słabiej prezentuje się synthpopowe „Heartbreakers”, które za bardzo – jak dla mnie – idzie w taneczno-dyskotekowe klimaty. Kontrastem jest spokojniejsze i bardziej senne „Addicted” (w obydwu utworach śpiewa Tomek Makowiecki), z kolei tytułowy, transowy utwór zaskakuje szybkim tempem, pokręconym duetem perkusyjno-klawisowym i czarującym głosem Iwony Skraben z duetu Rebeka. Mój ulubiony numer. A na sam finał dostajemy przypominający łagodniejsze oblicz Tangerine Dream „Lemon Smile” z enigmatycznym głosem Marsiji.

Bloom pokazuje tutaj kompletnie nowe oblicze, ciągle zaskakując z utworu na utwór. Nie jest to tylko muzyka dla fanów elektroniki, a sam gospodarz niemal całkowicie dominuje nad materiałem. I jedno jest pewne – strasznie ta muzyka wciąga, uzależnia, doprowadza niemal do zatracenia się. Nie wiem, jak to się stało.

8/10

Radosław Ostrowski

Grzegorz Ciechowski – Spotkanie z legendą

Spotkanie_z_legenda

Tribute albumy zawsze są trudne, bo wtedy mierzy się z wykonawcą o statusie legendy. Zwłaszcza, jeśli tą legenda jest Grzegorz Ciechowski, frontman zespołu Republika – jednej z najważniejszych polskich grup lat 80. Jednak znalazła się garstka szaleńców, która podjęła wyzwanie, wsparci przez orkiestrę pod batutą Adama Sztaby, a całość zrealizowano w Teatrze Dramatycznym w Warszawie.

I trzeba przyznać, że to brzmienie bardzo zaskakuje, a najbardziej znane przeboje Republiki nabierają nowych interpretacji. Słychać to w otwierającej całość „Białej fladze”, która zaczyna się powoli, z coraz bardziej narastającymi smyczkami i wiercącymi w tle gitarami. Ale tylko do połowy, gdy dostaje rockowego ognia oraz bardziej spektakularnego finału dęciakowo-pianistyczno-perkusyjnego, w czym pomaga mocny głos Piotra Cugowskiego. „Nieustanne tango” jest… tangiem, zaczynającym się dość klasycznie i spokojnie (flety i fagoty), do których dołączają werblowa perkusja oraz smyczki, by w refrenie osiągnąć ekstremum uderzenia, a szorstki wokal Marka Dyjaka sprawdza się bez zarzutu. „Telefony” to klasyczna mieszanka rockowo-symfoniczna (aranżacja z dęciakami na pierwszym planie – mocne), ale wokal zespołu Red Lips mocno psuje wrażenie, ale już wyciszony „Tu jestem w niebie” (dobrze śpiewający Igor Herbut z grupy Lemon) z finałowym patosem w postaci pełnego brzmienia orkiestry. „Moja krew” nabiera mroku, nie tylko dzięki Justynie Steczkowskiej (bardziej wrzeszczy niż śpiewa, ale to się sprawdza), ponuremu wstępowi (krótka gra fortepianu oraz walcowe smyczki), zapętlającemu się i dodającemu kolejne instrumenty.

Im dalej, tym ciekawiej. Nie zabrakło nastrojowej ballady („Ani ja, ani ty” z Melą Koteluk na pokładzie czy „Tak długo czekam” z poruszającym Skubasem i gitarowym wstępem), pazura (agresywny, niemal metaliczny „Kombinat” z Tymonem Tymańskim – strzał w 10), ale co najciekawsze zostaje zachowany wysoki poziom, a kilka aranżacji zaskoczyło innością („Nie pytaj o Polskę”). Nie będę więcej opowiadał, bo sami powinniście zmierzyć się z tą fantastyczną płytą.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mela Koteluk – Migracje

Migracje

Jak usłyszałem dwa lata temu jej debiutancki album „Spadochron”, byłem kompletnie oczarowany i zachwycony. Jednak nawet ja wiedziałem, co to jest „syndrom drugiej płyty”. Obawiałem się nowego materiału Meli Koteluk, zastanawiając się czym mnie zaskoczy i oczaruje. Pora sprawdzić te „Migracje”. Czy trzeba będzie wiać?

Za produkcję odpowiada Marek Dziedzic, który jest też współautorem większości kawałków. Pierwsze, co rzuca się w uszy to obecność saksofonu, którego nie było. A dalej jest delikatnie, z bogatymi aranżacjami oraz chwytliwymi melodiami (singlowe „Żurawie orgiami” z chórkami oraz silnie elektronicznym refrenem). Gitara elektryczna jest łagodna, działa bardzo kojąco, współtworząc niezwykły klimat („Tango katana”), w którym pomagają inne instrumenty ze wskazaniem na elektronikę, która nie działa drażniąca i nie jest w żaden sposób tandetna. Czary zaczynają się już w „Tragikomedii”, gdzie błyszczy fortepian i perkusja (w refrenach brzmi bardziej „strzelająco”) przez singlowe „Żurawie orgiami” i „Fastrygi”, czarujący „Stan dusz”, lekko folkowy „To nic” (gitara na początku brzmi tak folkowo, ale potem pojawia się perkusja i akordeon), soft rockowe „Pobite gary” aż do skocznego tytułowego utworu (saksofon szaleje!!!) oraz „Przeprowadzek” (świetne skrzypce na początku i lekkie klawisze plus ten flet!!!).

Wokal Meli wielu na debiucie kojarzył się z Kasią Nosowską czy Joanną Prykowską. Jednak tutaj wyczuć można pewne podobieństwo (we frazowaniu) z… Gabą Kulką. Jedno jednak jest pewne: wokal świetnie współgra z muzyką, a same teksty są naprawdę niezłe. Widać konsekwentnie budowany klimat i atmosferę.

Wielu może znużyć lekki brak jakiegoś zróżnicowania, a krótkie utwory instrumentalne sprawiają wrażenie zapychacza, ale ma to klasę i elegancję. Polecam tez wersję deluxe zawierającą znane wcześniej utwory „Wielkie niebo” i „To trop” oraz dwa utwory w wersji akustycznej, które troszkę wzbogacają ten album. Bardzo przyjemny i bardzo udany.

8/10

Radosław Ostrowski

Olaf Deriglasoff – XXX

XXX_Olaf_D.

Dzieci Kapitana Klossa, Pudelsi, Homo Twist, Kazik, Apteka, Yugoton – wszystkie te grupy i projekty łączy postać basisty oraz wokalisty Olafa Deriglasoffa. W tym roku muzyk obchodzi 30-lecie pracy artystycznej i z tej okazji wydał dwupłytową kompilację.

Nie jest to do końca typowy Greatest Hits, tylko wszystkie utwory, w których maczał palce Olaf postanowił nagrać od nowa, zmieniając aranżacje i brzmienie plus parę nowych piosenek. Efekt – mieszanka mocnego grania z wyrazistym wokalem Olafa. A niektóre aranżacje mogą doprowadzić w stan szoku i niedowierzania. Przykłady? Chociażby otwierająca całość „Pieśń o bohaterze” bazująca na temacie przewodnim ze „Stawki większej niż życie” (aranżacja smyczkowo-gitarowo-perkusyjna), elektroniczna perkusja i delikatny fortepian w „Szuwarach”, idący w stronę orientu „Kolacyja”, zabarwiona stylizacją na cygański romans „Jesienna deprecha” (te skrzypce!, tylko czemu w tle wałęsają się jakieś kury?), mocno elektroniczne „Maljczyki” (dźwięki niemal fabrycznej produkcji), imitujące hip-hop (jeno z instrumentarium żywym – kosmiczna elektronika m.in.) „Komandor Tarkin”. Co utwór, to zaskoczenie nawet dla fanów i znawców dorobku Olafa. Nie brakuje też garażowego, punkowego brzmienia (premierowy „XXX” oraz „Grzeczny”), lekkiego falstartu (początek „Emeryten Party”), bardzo mrocznego klimatu („Arkadiusz” z przesterowaną gitarą oraz fortepianem w tle czy najdłuższa w zestawie nieco monotonna „Norwegia”), niemal akustycznych melodii (”Danka” i „Falochron”) czy jazzowych wstawek (końcówka „Noży”), nawet tło „Mendy” (w oryginale kłótnia z policjantami) została zmieniona w bajkę.

Ale żeby było jeszcze ciekawiej, Deriglasoff zaprosił wielu gości. Najbardziej utkwili mi w pamięci Mela Koteluk („Szuwary” zabrzmiały rewelacyjnie) oraz Czesław Mozil („Jesienna deprecha” nie brzmiała już tak samo), ale Olafowi towarzyszyli także m.in. Arkadiusz Jakubik („Ballada o bohaterze”), Grzegorz Nawrocki z zespołu Kobiety („Danka”) czy Sidney Polak („Jesień przyszła do miasta”).

Jeśli ktoś robi takie podsumowanie jak Deriglasoff, to trzeba przyznać, że nie można mówić o jakimkolwiek rozczarowaniu. A „Mars napada” to już w ogóle wyszedł nieprawdopodobnie. Koniecznie przesłuchać.

8,5/10

Radosław Ostrowski