Ogród rodzinny. Przyjaciel

Rok 1939, Czechosłowacja jeszcze nie zajęta przez Niemców, ale wydaje się to być kwestią czasu. Cała akcja skupia się tak naprawdę na trzech siostrach: Vilmie, Eli i Bedrisce (jedyna panna). Ich mężowie byli zaangażowani w działalność konspiracyjną, lecz wszyscy (pracownik kolei Jindrich, właściciel salonu fryzjerskiego Otto) zostali aresztowani przez gestapo. Kobietom pomaga przyjaciel mężów z konspiracji, lekarz Jiri. Ale powoli zaczyna się rodzić uczucie między mężczyzną a Vilmie, zwłaszcza gdy przychodzą wieści o śmierci jej męża.

ogrod_rodzinny_11

Nigdy nie widziałem filmów Jana Hrebejka, który jest uważany za obecnie jednego z najlepszych filmowców czeskich. „Przyjaciel” to pierwsza część trylogii filmowej „Ogród rodzinny”, która jest bliżej do kina obyczajowego, ale zrobiona z większym budżetem. Ale tak naprawdę jest to kameralna opowieść o emocjach, samotności oraz życiu w czasach okupacji. Ale akcja nie toczy się w dużym mieście, tylko na jakieś małej miejscowości, co pokazuje troszkę inną perspektywę. Bo jak wiemy, Czesi są bardzo pragmatycznym narodem, unikającym siłowej konfrontacji, jakby samo przetrwanie było wartością najważniejszą. Gros akcji toczy się w 1944 roku, kiedy Jiri staje się niemal członkiem rodziny. Powoli zaczyna coś wisieć w powietrzu, zaś reżyser ciągle balansuje między powagą, tragedią a humorem. Lekkości dodają sceny z dziećmi (wspólne spędzanie Świąt), ale po drodze mamy bardzo delikatnie budowane uczucie, które wywołuje pewne komplikacje. Może jest to troszkę przewidywalne, jednak opowieść angażuje i wciąga.

ogrod_rodzinny_12

Najbardziej zaskoczyła mnie realizacja. Sama scenografia wydaje się bardzo szczegółowa, miejscami rozbudowana niczym w jakimś hollywoodzkim tytule (salon fryzjerski, szpital, szklarnia z rzadkimi roślinami). Aż byłem kompletnie oszołomiony, tak samo jako pracą kamery, zaś w tle gra dość spokojna, bardzo nastrojowa muzyka. Oczy wchłaniały ten film jak gąbkę, co rekompensowało pewne dłużyzny.

ogrod_rodzinny_13

Ale nie można też nie zapomnieć o świetnej, wyrazistej obsadzie. Najwięcej tutaj do wykonania ma Anna Geislerova, która po prostu błyszczy i jest zachwycająca. Tak samo cudowny Ondrej Sokul w roli bardzo poczciwego Jiriego. Trudno nie polubić tego faceta, który drobnymi detalami pokazuje troszkę więcej niż wypowiadają to słowa. Równie mocny jest Martin Finger (Jindrich), choć pojawia się dość krótko, tak samo jak Jiri Machaczek (Otto), ale na niego pewnie przyjdzie czas w następnej części. Drugi plan dominuje za to David Novotny (pasjonata roślin Milos) oraz Sabina Remundowa (siostra Jindricha, Marci), tworząc bardzo wyraziste kreacje.

„Przyjaciel” jest intrygującym początkiem historii. Hrebejk bardzo delikatnie prowadzi swoją narrację, zachowując odpowiednie proporcje między dramatem a komedią. Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę się doczekać kolejnych części.

7/10

Radosław Ostrowski

Barbarzyńca i gejsza

Mamy tutaj historię człowieka, który trafił na obcy grunt i próbował zrozumieć nowy, nieznany świat. Jest rok 1858, Japonia czasu szogunatu. Od wielu wieków nie został tu wpuszczony żaden cudzoziemiec, traktowany przez tutejszych jak zaraza. Tym razem do Kraju Kwitnącej Wiśni trafia amerykański dyplomata Townsend Harris na polecenie samego prezydenta USA, by nawiązać stosunki dyplomatyczne z Japonią. Ale miejscowe władze dość sceptycznie traktują nowego przybysza, nie uznając jego uprawnień ani kompetencji i chcą się go jak najszybciej pozbyć. Zostaje mu jednak przydzielona gejsza Okichi, mająca obserwować, ale i pilnować przybysza.

barbarzynca_i_gejsza2

Kolejne zderzenie dwóch światów w dorobku Johna Hustona, ale tym razem mamy dwie odmienne kultury oraz historię inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami. Czyli co może zrobić Amerykanin, by poznać kulturę japońską oraz przełamać izolacje tego kraju od reszty świata. Problem w tym, że film chce połączyć wątki polityczno-kulturowe z romansem między cudzoziemcem a gejszą. I efekt jest dość rozczarowujący. Niby są pewne próby pokazania państwa Japonii jako wewnętrznie skonfliktowanego, rozdartego między tradycją i przesądami a chęcią przełamania izolacjonizmu, ale to wszystko wydaje się jakieś takie płytkie, mocno skrótowe i nieangażujące. To samo dotyczy romansu między Harrisem a Okichi, który bardziej jest deklaratywny niż widoczny. Do tego nie czuć było chemii między bohaterami, co boli. Przyczyną tego stanu rzeczy może być fakt, że „Barbarzyńca i gejsza” przed premierą został przemontowany i wiele rzeczy trafiło do kosza. Zmiany były tak duże, że Huston chciał wycofać swoje nazwisko z czołówki.

barbarzynca_i_gejsza1

Czy jest coś dobrego i udanego w tym tytule? Zdecydowanie broni się warstwa wizualna: scenografia oraz kostiumy wyglądają naprawdę dobrze. Twórcy część zdjęć kręcili w Japonii i to widać, zaś muzyka też oddaje specyfikę kraju. Nie brakuje kilku mocnych scen jak wybuch epidemii cholery czy popis łuczników na koniu oraz przepychu podczas pokazania pewnego pietyzmu, obyczajów, ale to troszkę za mało. Boli też pewien drobiazg, czyli chwile, gdy niektórzy aktorzy azjatyccy posługują się angielszczyzną. Ja rozumiem, że chodziło o zrozumienie dialogów, ale to wszystko wydaje się bardzo sztuczne z dzisiejszej perspektywy.

Sytuacji nie jest w stanie nawet uratować aktorstwo. Pomyłką (inaczej nie jestem w stanie tego nazwać) było obsadzenie Johna Wayne’a w roli dyplomaty. Niby jest to próba przełamania swojego emploi, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że aktor jest bardzo sztywny, czuje się mocno skrępowany, zaś głos brzmi tak jak typowy John Wayne. Tylko, że ten aktor sprawdza się w rolach wymagających czynów fizycznych, a nie mówienia dialogów, co brzmi strasznie. Lepiej wypada zarówno Sam Jeffe (tłumacz Henry) oraz Eiko Ando jako Okichi.

„Barbarzyńca i gejsza” to jeden z tych filmów, dla których czas był bardzo okrutny. Mocno archaiczne w formie, bardzo płytko traktujący kwestię przełamywania barier oraz romansu między osobami z dwóch różnych światów. Zasłużenie zapomniane dzieło w dorobku Hustona.

5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307


Afrykańska królowa

Rok 1914, gdzieś w środkowej części Afryki. Tytułowa Afrykańska Królowa to bardzo skromna i zużyta łajba, którą przepływa niejaki Charlie Allnut – kanadyjski marynarz, pracujący w pobliskiej kopalni. A jedną z jego prac jest też dostarczania wiadomości brytyjskiemu misjonarzowi oraz jego siostrze. Wkrótce jednak wybucha I wojna światowa, a misja zostaje zlikwidowana i duchowny umiera. Charlie decyduje się wziąć kobietę na swój statek i wyruszyć dalej.

afrykanska_krolowa2

To jeden z głośniejszych filmów w dorobku Johna Hustona, który tym razem postanowił zrobić kino przygodowe, oparte niemal na dwóch postaciach oraz jednej podniszczonej łajbie. Podobno wszystko było niemal robione w studio, ale jakoś tego nie widać. Tak naprawdę do gatunkowa hybryda, niepozbawiona wątku (melo)dramatycznego, odrobiny humoru oraz akcji. Same krajobrazy dość delikatnie wykorzystane w tle, nadal wyglądają imponująco, tak samo jak bardzo oszczędna scenografia. Wydaje się by filmem zahaczającym o survival (komary, pijawki), ale dla mnie problemem był kompletny brak poczucia zagrożenia. Nie oznacza to, że nie brakuje przeszkód do pokonania: przepływanie przez rwące prądy, zwierzęta czy przepłynięcie przez fort z niemieckimi żołnierzami. Ale to wszystko przychodzi dość gładko, bez problemów nie do rozwiązania, dzięki pomysłowości oraz odrobinie sprytu, co pokazuje troszkę zwariowany finał.

afrykanska_krolowa1

Tak naprawdę jednak na pierwszy plan wybija się relacja między szorstkim Allnutem (wycofany Humphrey Bogart), a twardą i charakterną panną Rose (czarująca Katherine Hepburn). Początkowo wydają się postaciami z kompletnie różnych światów, ale okoliczności przyrody zmuszają na znalezienia wspólnego języka. Powoli zaczynają pękać lody, zaś złośliwości ustępują miejsca czemuś znacznie głębszemu i poważniejszemu. Może dla wielu ta relacja może wydawać się dość uproszczona i sentymentalna, jednak grający główne role Bogart oraz Hepburn wyciskają ze swoich postaci wszystko. I to chemia między nimi jest prawdziwym paliwem napędowym tego tytułu.

afrykanska_krolowa3

Huston tym filmem troszkę wpuszcza w maliny. Osoby oczekujące kina stricte przygodowego, mogą poczuć się rozczarowani, bo tak naprawdę na pierwszym plan wybija się wątek melodramatyczny. Widać mocno wiek „Afrykańskiej królowej”, ale ma to wszystko swój staroświecki urok i pozwala przyjemnie spędzić czas. Tylko i aż tyle.

7/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307


Wszystko, co dobre

Ta historia oparta jest na prawdziwej sprawie Roberta Dursta. Mężczyzna jest biznesmenem branży nieruchomości, którego żona w 1982 roku zaginęła. Ale czy aby na pewno zaginęła? Po latach policja wznawia śledztwo i podejrzewa mężczyznę o morderstwo. Zmieniono imiona postaci, ale reszta wydaje się być podparta faktami.

wszystko_co_dobre1

Reżyser Andrew Jarecki tak naprawdę tutaj opowiada dwie historie i obydwie są powiązane z naszym bohaterem, czyli Davidem Marksem – synem potentata branży nieruchomości. Ale chłopak początkowo nie chce zajmować się rodzinnym interesem i poznaje na drodze Kate – dziewczynę z małego miasteczka. Oboje zakochują się w sobie, biorą ślub, a ich pierwszą wspólną decyzją jest wyjazd na wieś, gdzie otwierają sklep ze zdrową żywnością. Jednak to szczęście nie trwa długo, gdyż David – za namową ojca – podejmuje się pracy w rodzinnym interesie, co doprowadza do oddalenia się małżonków. Jednak klamrą spinającą całość jest proces sądowy Marksa, gdzie zostaje oskarżony o podwójne morderstwo oraz próbę zabójstwa. Czyli mamy próbę sklejenia dramatu obyczajowego, thrillera oraz filmu psychologicznego, a wszystko w stylistyce retro. Sama sprawa do dziś wywołuje spore kontrowersje, więc nie dziwi mnie zainteresowanie filmowców.

wszystko_co_dobre2

Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że reżyser nie mógł zdecydować się, o czym ma być ta historia. Bo wątków jest tu sporo: problemy psychiczne Davida, toksyczna relacja z żoną, coraz bardziej przytłumioną oraz pozbawioną ambicji, próba buntu wobec ojca, niejasne układy z półświatkiem. Gdzieś tam w tle jeszcze przewijają się narkotyki, śmierć matki Davida. Tylko, że żaden z tych wątków nie zostaje w pełni wykorzystany i niektóre z nich sprawiają wrażenie zapychaczy. Ani jako dramat psychologiczny, ani jako dreszczowiec nie jest w stanie dostarczyć pełnej satysfakcji. Nawet muzyka sprawia wrażenie schizofrenii, próbując połączyć dwa sprzeczne gatunki. Wiele jest tutaj w tej sprawie tajemnic, przez co nie zawsze rozumiałem kto, co i dlaczego, a narracja jest tutaj bardzo skokowa (akcja toczy się w ciągu niemal 30 lat).

wszystko_co_dobre3

Aktorzy robią wszystko, by coś wycisnąć i zbudować swoje postacie, co udaje im się, mimo dziurawego scenariusza. Dużą robotę robi tutaj Ryan Gosling, wcielając się w bardzo mroczną postać Davida, naznaczonego tajemnicą oraz nie do końca panującego nad sobą. Pozornie wydaje się spokojny, ale czuć w jego spojrzeniu pustkę oraz zagubienie. Zaskakująco dobrze wypada Kirsten Dunst jako Katie. Początkowo wydaje się pewna siebie oraz czarująca, jednak z czasem coraz bardziej zaczyna gasnąć, zaś próby wyrwania się z tej relacji kończą niepowodzeniem. Jest też Frank Langella jako opanowany, elegancki biznesmen, nie znoszący sprzeciwu.

Niestety, ale „Wszystko, co dobre” nie jest dobre. Mocno niezdecydowane między dramatem obyczajowym a thrillerem z mroczną tajemnicą w tle. Intryga jest mętna, mimo porządnej realizacji oraz bardzo dobrego aktorstwa, a reżyser pogubił się od nadmiaru ciekawych wątków. Ogromna szkoda potencjału.

6/10 

Radosław Ostrowski

Solo

Od razu uprzedzę wszelkie pytania – to nie ma nic wspólnego z Hanem Solo czy innymi „Gwiezdnymi wojnami”. Jest to hiszpański dramat o pewnym surferze o imieniu Alvaro. Mężczyzna kocha dwie rzeczy – fale oraz kobietę o imieniu Ona (jak można tak nazwać kogokolwiek). Tylko, że pogodzenie tych dwóch rzeczy jest niezbyt możliwe, choć sam uważa inaczej. Ale jedno zdarzenie zmienia wszystko: wypadek, gdzie mocno ucierpiał.

solo1

Hiszpański film od Netflixa próbuje połączyć dwa pozornie sprzeczne gatunki: film o miłości z elementami survivalu, budząc skojarzenia ze „127 godzin”. Tylko problem w tym, że cała opowieść wydaje się bardzo krótka, płytka oraz mało angażująca. Reżyser wpadł też na pomysł, by opowieść potoczyć na dwóch płaszczyznach czasowych: podczas wypadku i troszkę przed oraz już po wszystkim, gdy Alvaro opowiada o wszystkim swojej dziewczynie. W teorii zamysł wydawał się całkiem niezły, ale w rzeczywistości działało to zwyczajnie usypiająco i pozbawiało film jakiegokolwiek napięcia. Mimo, że jest kilka ciekawych scen jak rozsunięcie się z klifu oraz skok do wody, fabuła mnie kompletnie nudziła, zaś samo przetrwanie zostało pokazanie po łebkach, bez poczucia jakiegokolwiek zagrożenia. I nie jest tego w stanie nawet zilustrować muzyka, która idzie bardzo w stronę retro elektroniki czy pięknie wyglądające sceny fal oraz przyrody.

solo2

O aktorstwie chciałbym powiedzieć coś dobrego, jednak w zasadzie nie ma za bardzo o czym mówić, bo nie ma tutaj zbyt mocno zarysowanych postaci. Nawet nasz Alvaro (Alain Hernandez) wydaje się być antypatycznym dupkiem, by jego los zwyczajnie mnie obchodził, zaś reszta tak naprawdę robi tutaj tylko tłem, wliczając w to nawet dziewczynę (apetyczna Aura Gallido), która chce… no właśnie, nie bardzo wiem czego. Chyba po prostu odpłynąłem w trakcie oglądania.

Chciałbym powiedzieć, że „Solo” to udany film, jednak Netflix znowu zaczyna wraca do realizacji niewypałów. Po obejrzeniu nie zapada specjalnie w pamięć, odpływając niczym fala na morzu przeciętności.

5/10 

Radosław Ostrowski

Loving

Kolejna opowieść dziejąca się w czasach, kiedy małżeństwa między rasowe były uważane za największą zbrodnię w historii ludzkości. Takie rzeczy mogli wymyślić tylko Amerykanie. O jednym z takich małżeństw, które stało się jednym z symboli walki o prawa obywatelskie stali się państwo Loving. On (Richard) jest białym pracownikiem budowlanym, ona (Mildred) jest czarnoskórą dziewczyną, która pracuje na plantacji. Postanowili wziąć ślub i zamieszkać razem, zwłaszcza że ona jest w ciąży. Tylko, że jest to rok 1958 i stan Wirginia, gdzie takie relacje nie są mile widziane.

loving1

Rasizm był już tyle razy mielony przez amerykańskich twórców, że postawiłem sobie jedno pytanie: czy w ogóle jest sens tworzenia takich filmów? Ale podjął się tego bardzo zdolny reżyser Jeff Nichols. Reżyser znany jest z tego, że przełamuje pewne szablony oraz schematy kina gatunkowego wszelkiej maści. Problem w tym, iż „Loving” jest kompletnym zaprzeczeniem dokonań tego twórcy. Sama historia jest bardzo szablonowa, poprowadzona wręcz od linijki. Choć muszę przyznać, że reżyser unika wielkich słów i bardzo kameralnie odnosi się do kwestii rasizmu, nietolerancji, bez korzystania z szantażu emocjonalnego. Tylko, że w tym przypadku jest to broń obosieczna, ponieważ obniża emocjonalną temperaturę filmu. Doceniam wyciszenie, spokojne tempo, ale brakowało mi wejścia głębiej w naszych bohaterów – tego, jak oni obserwują całą sytuację, jak do tego się odnoszą. Sprawiają wrażenie pionków sterowanych przez innych na szachownicy, pozbawiona charakteru, niemal godząca się na wszystko. Ale jednocześnie czuć (na początku) atmosferę zaszczucia, niepokoju, że w każdej chwili to szczęście może zostać zabrane.

loving2

Trudno mi cokolwiek złego powiedzieć o aspektach technicznych. Nie brakuje ładnych plenerów, odpowiednio budującej nastrój muzyki czy odtworzeniu (scenograficznym) realiów lat 50. oraz 60. Pod tym względem jest naprawdę solidnie, chociaż brakuje jakiegoś błysku. To samo mógłbym powiedzieć w kwestii aktorskiej. Nie jestem w stanie złego powiedzieć o Joelu Edgertonie czy Ruth Nigga, bo oboje radzą sobie dobrze i czuć chemię między nimi. On troszkę szorstki, mówiący niewyraźnie i jak cudnie gra oczami. Ona wydaje się ciekawsza i sprawia wrażenie silniejszej niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Drugi plan też wydaje się porządny, choć najbardziej wybija się Marton Csokas (szeryf) oraz epizod Michaela Shannona (w końcu film Jeffa Nicholsa bez tego aktora byłby po prostu niekompletny) jako fotografa „Life”.

loving3

Niestety, „Loving” to najsłabszy film Nicholsa, który parę razy potrafił mnie zaskoczyć czy to fantastycznym „Uciekinierem” czy okraszonym elementami SF „MIdnight Special”. „Loving” to klasyczna biografia, zrobiona według wszelkich panujących reguł tego gatunku, przez co – poza tematem – nie wyróżnia się z tłumu. A szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Gwiazdy nie umierają w Liverpoolu

Wszystko zaczęło się w roku 1979 podczas zwykłego spojrzenia. On – Peter Turner był młodym aktorem, dorabiającym w firmie meblarskiej, ona – Gloria Grahame była wielką gwiazdą, która lata świetności ma już dawno za sobą. Przeniosła się do Liverpoolu, gdzie gra spektakl z tamtejszą ekipą. A wszystko zaczęło się od drinka oraz tańca w rytmie disco; no i zaiskrzyło, bo pojawiła się miłość. Tylko, że 3 lata później wszystko się wywróciło do góry nogami; wszystko przez niejakiego pana Raka.

gwiazdy_liverpool1

Pozornie historia wydaje się typowym melodramatem, jednak reżyser Paul McGuigan nie opowiada tego w tak prosty i łatwy sposób. Sam początek z czołówką niczym z puszczonej filmowej taśmy wygląda nieźle. Ale to tylko początek, bo jest i zabawa chronologią (bardzo płynny montaż), ukazywanie zdarzenia z dwóch perspektyw (pod koniec filmu) oraz bardzo taki słodko-gorzki klimat. Ni ma co ukrywać, że jest słodko (przynajmniej na początku), co najmocniej czuć podczas przyjazdu do Kalifornii (obłędnie wyglądającej). Jednak reżyser nie zapomina przyłożyć i im bliżej końca, tym coraz bardziej dzieją się dramatyczne rzeczy. I to przypomina bardzo mocno, że miłość to nie tylko zauroczenie, pożądanie, ale też słuchanie, szanowanie czyjejś woli, nawet jeśli jest wbrew naszym przekonaniom czy zdrowemu rozsądkowi.

gwiazdy_liverpool2

Choć dla wielu ten film może wydawać się dość przewidywalny i bardzo nudny, to nie oznacza, że „Gwiazdy…” nie angażują. Bo emocje potrafią się wylać w najmniej spodziewanym momencie, by poruszyć (scena, gdy Peter z Glorią grają sami w teatrze scenę z „Romea i Julii” czy kłótnia w Nowym Jorku) bez stosowania emocjonalnego szantażu. Choć mamy do czynienia z opowieścią o gwieździe, reżyser nie skupia się na karierze Grahame, co nie znaczy, że o niej nie wspomina. Te drobiazgi są jednak tylko nadbudową dla postaci.

gwiazdy_liverpool3

Spokojna reżyseria czasem wymyka się pod koniec (bo jest zbyt intensywnie), jednak wszystko trzyma się fantastyczne aktorstwo. Tutaj robotę robi znakomita Annette Bening w roli Grahame. Jest to postać bardzo wyrazista, nadal kipiącą seksapilem dojrzała kobieta, pełną magnetyzmu oraz blasku. Ale jednocześnie jest to bardzo zagubiona, niepogodzona ze śmiercią, przerażona, co daje bardzo silną mieszankę, bez poczucia zgrzytu. Równie mocny jest Jamie Bell, który tylko pozornie wydaje się być w cieniu Bening (czuć chemię między nimi), bo jest bardzo młody, ale ciepły, zaangażowany emocjonalnie facet. I to bez popadania w efekciarstwo. Także drugi plan ze świetną Julie Walters (matka Petera) oraz drobnym epizodem Vanessy Redgrave (matka Glorii) świetnie funkcjonuje.

„Gwiazdy nie umierają w Liverpoolu” jest pozornie melodramatem o związku wielkiej gwiazdy z szaraczkiem (pamiętacie „Mój tydzień z Marilyn”?), ale to nadal poruszająca historia miłosna pełna mocnych, poruszających scen. Gdy trzeba jest delikatny, wręcz kolorowy, by wszystko zgasić mrokiem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zimna wojna

Rok 1949, czyli II wojna światowa niedawno się skończyła, a nikt nowej wojny zaczynać nie chce. Teraz nadchodzi czas budowania stabilizacji oraz triumfu nad kapitalistycznym, zgniłym zachodem, także na polu kulturalnym. Dlatego zostaje powołany Zespół Pieśni i Tańca „Mazurek”, który ma grać muzykę oraz pieśni ludu pracującego z czasów dawnych. Grupą kierują kompozytor oraz pianista Wiktor, odpowiedzialna za taniec Irena Bielecka, a także szofer i reprezentant władzy Kaczmarek. A wśród uczestniczek czegoś na kształt castingu jest zadziorna Zula, która chce się wyrwać stąd. I to ona wpada w oko naszemu pianiście, a resztę możecie sobie dopowiedzieć.

zimna_wojna1

Paweł Pawlikowski stał się reżyserem, który dokonał tego, czego żaden inny polski reżyser nie dokonał – zdobył Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Dlatego każdy jego kolejny film automatycznie będzie miał wysokie oczekiwania. Sam film w założeniu miał być melodramatem, dziejącym się na przestrzeni kilkunastu lat, w których losy naszej niby-pary przeplatają się ze sobą przez wiele części Europy (zachodnie Niemcy, Francja, Jugosławia, Polska), co po części tłumaczy poszatkowaną narrację, gdzie wiele rzeczy istotnych dzieje się poza kadrem. Być może (nie, na pewno) to spowodowało, że nie byłem w stanie uwierzyć w ten romans bez romansu. I nawet nie chodzi o to, że ta miłość jest bardziej deklarowana niż wyczuwalna (chociaż to też jest bardzo poważny błąd), ale zachowania dokonywane pod ich wpływem wydają się kompletnie niezrozumiałe (próba powrotu Tomasza do kraju czy Zula nie decydująca się uciec do Berlina Zachodniego). Ja rozumiem, ze miłość robi z człowieka osobę nie zawsze działającą w sposób racjonalny, ale nawet to mnie nie przekonało. Te rozstania i powroty mają chyba na cel pokazać, że ta miłość wystawiana na próbę przez historię oraz los, który gra wszystkim na nosie.

zimna_wojna2

No właśnie, czy to była miłość? Skoro oboje ze sobą nie potrafią funkcjonować (wydarzenia z Paryża), a Wiktor – bo z jego perspektywy poznajemy całą opowieść – coraz bardziej zaczyna się dusić. Reżyser bardziej stawia tutaj na spojrzenia, gesty, rzadko wypowiadane słowa. Ale chciałoby się więcej wiedzieć, więcej odkryć, lecz Pawlikowski nie daje na to żadnych szans. I to jest dla mnie największy problem – za dużo znaków zapytania. Trudno jednak „Zimnej wojnie” odmówić czegoś w kwestii audio-wizualnej. Piękne zdjęcia Łukasza Żala (nie tylko dlatego, że są czarno-białe) są same w sobie małymi dziełami sztuki – serio, każde ujęcie mogłoby być tapetą na ekranie komputera, zaś muzyka (nie tylko ludowa, ale jazz zaaranżowany przez Marcina Maseckiego) gra naprawdę cudownie. Tylko to wszystko jest tylko i wyłącznie otoczką dla (świadomie) dziurawego scenariusza.

zimna_wojna3

Aktorsko jest, szczerze mówiąc, troszkę nierówno. Film kradnie Borys Szyc w roli cwanego partyjniaka Kaczmarka, ze swoim świętoszkowatym wyrazem twarzy. Choć pojawia się dość rzadko, zapada w pamięć bardzo mocno. Tak samo jak Agata Kulesza (Irena Bielecka), która znika zaskakująco szybko. A jak główna para? Tomasz Kot w roli Wiktora jest bardzo wycofany, tajemniczy, przez co trudno wejść w jego umysł oraz psychikę, ale potrafi zaintrygować. Ale problemem jest dla mnie Joanna Kulig, a dokładnie z jej postacią. Z jednej strony jest bardzo prostą kobietą z dość trudną przeszłością, z drugiej bardzo wyrachowaną cwaniarą, próbującą się wybić. Tylko, że te dwa elementy nie chcą się w żaden sposób ze sobą połączyć, co wywołuje ogromny zgryz. A chemii między tą parą kompletnie nie czuć – jest zimno niczym na Syberii, choć miało być zupełnie inaczej.

Takie filmy jak „Zimna wojna” są bardzo problematyczne w ocenie, wywołuje we mnie bardzo skrajne emocje. Audio-wizualny zachwyt oraz dość pewna ręka przy realizacji nie jest w stanie wywołać emocjonalnego zaangażowania. Ładny jest ten kościół, tylko Bóg jakoś nie chce przyjść.

6/10 

Radosław Ostrowski

Kochankowie roku tygrysa

Filmy o miłości to jedne z najbardziej niewdzięcznych gatunków filmowych (obok komedii). Tutaj wiele zależy od chemii między parą bohaterów oraz tym, jak poprowadzona zostanie ta relacja. Jak sobie w 2005 roku podszedł do tego gatunku Jacek Bromski?

Początek to rok 1913. Do pogranicza rosyjsko-chińskiego dociera dwóch Polaków, ściganych przez carskie wojsko. Podczas przeprawy przez rzekę na granicy, jeden z nich zostaje zastrzelony, a drugi (Wolski) ciężko poraniony trafia na drugą stronę tajgi. Tam zostaje odnaleziony przez myśliwego, który sprowadza go do domu, gdzie mieszka z żoną oraz córką. By nie dopuścić do zbałamucenia dziewczyny, ojciec decyduje się ściąć córce warkocz.

kochankowie_tygrysa1

Jeśli liczycie na wielkie uniesienia, dużą dawkę emocji oraz chwytające za serce sceny pełne romantyzmu, to… poszukajcie sobie innego filmu. Bromski kompletnie olewa tą parę bohaterów, serwując zdjęcia pięknej przyrody, zwierząt oraz rozmów o wielkim świecie. Skąd ta taktyka? Bo nasz ocalony Wolski nie orientuje się, że on to naprawdę ona. O ile na początku, gdy jest jeszcze osłabiony, można to jakoś w miarę zrozumieć, o tyle w dalszej części jest to kompletnie idiotyczne. Owszem, włosy ma krótkie niczym facet, ale piersi niejako wystają z ubrania (w sensie ich kształt jest widoczny). I to kładzie na łeb cały wątek romansowy, który pojawia się dopiero w ostatnim kwadransie, robiona na kolanie, na chybcika. I ja miałbym w to uwierzyć? Jedna krótka scenka, zbliżenie i już mamy wielką miłość? Zupełnie jakby reżyser przypomniał sobie, że kręci melodramat. Panie Bromski, pogratulować refleksu!

kochankowie_tygrysa2

Realizacyjnie trudno się do czegokolwiek przyczepić, bo film wygląda naprawdę solidnie. Zdjęcia Marcina Koszałki potrafią zachwycić (zwłaszcza, gdy filmuje lokalną przyrodę), muzyka w tle jest całkiem ok, zaś scenografia i kostiumy nie wygląda na tandetną taniochę. Co z tego, że całość wygląda całkiem nieźle (przyroda sama się broni), w tle gra nawet przyjemna muzyka, skoro kompletnie nie angażuje? Do tego mamy jeszcze wpleciony wątek współczesny, doklejony bardzo na siłę. I nawet aktorzy, z Michałem Żebrowskim na czele, nie bardzo mają co grać.

„Kochankowie roku tygrysa” to melodramat, który zaprzecza wszelkim regułom tego gatunku. Kompletnie pozbawiony jakichkolwiek emocji, bardziej skupiający się na przyrodzie niż na bohaterach, co mocno szkodzi całości. To miał być melodramat czy dokument dla National Geographic?

2/10

Radosław Ostrowski

Prosta historia o miłości

Mężczyzna. Kobieta. Przypadkowe spotkanie. Trochę kłamstw. Może zdrada. A na koniec parę łez. – taki wydaje się przepis na film o miłości. Problem w tym, że nie zawsze ta koncepcja działa i trzeba dorzucić coś ekstra, by przykuć uwagę, zaintrygować oraz wejść w to. Z tym zadaniem postanowił się zmierzyć Arkadiusz Jakubik w swoim fabularnym debiucie.

„Prosta historia o miłości” tylko z nazwy wydaje się prosta. Punktem wyjścia jest pociąg, ale nie jest to pociąg dwojga ludzi. Siedzi w nim para scenarzystów, kiedyś para nie tylko w pracy. W głowie zaczynają układać fabułę takiej miłosnej historii. I jak w każdej takiej historii musi pojawić się on oraz ona. Oraz pewien pociąg, zaś słowa naszych opowiadaczy zaczyna ożywać przed naszym ekranem. Najpierw w bardzo umownych dekoracjach, niczym z „Dogville”, by już wejść w prawdziwą rzeczywistość. Tylko, że to jest plan filmowy realizowany przez ambitnego reżysera Patryka Bergera, zaś główne role grają Marta i Aleks. Tylko, czy na pewno grają? A może jest coś więcej?

prosta_milosc2

Jakubik bawi się formą, konwencją, przez co może się to wydawać na początku dezorientujące. Innymi słowy jest to „film o filmie w ramach filmu”, bo jeszcze niektórzy bohaterowie (niczym w docu-dramie) wypowiadają się przed nami o pracy nad filmem. Prawie jak „Incepcja”, tylko że nakręcona przez Woody’ego Allena czy Richarda Linklatera. Czemu miłość pojawia się tak nagle, co nas przyciąga do innych ludzi, dlaczego uczucie zaczyna eksplodować i zgasnąć? Pewne dialogi zaczynają się powtarzać, w zupełnie innych scenach oraz kontekście. I nie chodzi o powtarzanie pewnej sceny przy toalecie, bo ciągle coś idzie nie tak, ale pewne dialogi z początku wracają pod koniec, opowiedziane zdarzenia. Życie i fikcja zaczynają iść ze sobą ręka w rękę, zmuszając do ciągłego myślenia, odkrywania kolejnych warstw.

prosta_milosc1

Wizualnie film wygląda jak kino niezależne (stonowana kolorystyka, naturalne światło), ale nie wywołuje to silnego bólu oczu. Również ładnie przygrywa muzyka w takim gitarowym stylu, dodając lekkości. Nie wspominając o łamaniu chronologii, rytmicznemu montażowi oraz dość zaskakującemu finałowi.

Jakubikowi udało się zebrać świetną obsadę, zaś sam reżyser, razem z Agnieszką Matysiak, pełnią rolę scenarzystów. Czuć miedzy nimi silną więź, ale też wiele bólu, pretensji oraz miejscami ciętego humoru. A jak sobie radzi nasza para główna? Bardzo pozytywnie zaskakuje Rafał Maćkowiak (Aleks), zgrabnie lawirując między pewnością siebie, „miękkim” charakterem a pewnym magnetyzmem. Równie znakomita jest Magdalena Popławska, kompletnie skupiając swoją uwagę i balansując między delikatnością, seksapilem, lekkością a strzelaniem fochów, poczuciem „duszności” w związku. Ale film kradnie Bartłomiej Topa jako reżyser – dość trudny w obyciu, z wręcz dyktatorskim stylem pracy. Przeraża, potrafi rozbawić, ale jednocześnie kryje się w nim coś jeszcze.

prosta_milosc3

„Prosta historia o miłości”, podobnie jak „Prosta historia o morderstwie” jest prosta tylko z nazwy, zaś Jakubik bardzo bawi się formą, konwencją, dodając wiele świeżości. Takiej dekonstrukcji relacji damsko-męskich nie widziałem od dawna i już tutaj widać duży talent Jakubika jako reżysera.

7/10 

Radosław Ostrowski