Disturbed – Immortalized

Immortalized

Disturbed to amerykańska kapela heavy metalowa z Chicago, działająca od połowy lat 90. Tworzą ją wokalista David Draiman, basista John Moyer, gitarzysta Dan Donegan oraz perkusista Mike Wengren. Najbardziej znani stali się dzięki coverom „Shout” oraz „Land of Confussion”. Po pięciu latach przerwy panowie wracają z albumem „Immortalized”.

Wsparł ich producent Chhurko (współpraca m.in. z Ozzym Osbournem, Robem Zombie oraz Papa Roach), jednak przy pracach nie uczestniczył Moyer, którego na basie zastąpił Donegan. Na początek dostajemy krótkie intro, czyli „The Eye of the Storm”, będące mieszanką dziwacznych klawiszy, podniosłego riffu, wprowadzając do mocnego uderzenia w utworze tytułowym. Gitara tnie ze zgrabnością koparki, perkusja ma moc, bas ma metaliczny posmak. Podobnie brzmi singlowy, mocny  „The Vengeful One” z łagodnymi wejściami smyków. Dalej też jest ciężko, głośno i ostro – perkusja z gitarą wyczyniają cuda, tylko niespecjalnie zostaje w głowie, bo melodii tutaj dobrej brak. Wyjątkami są jeszcze „Fire It Up” z nieprawdopodobnym riffem, akustyczne „The Sound of Silence” (niestety, w połowie klawisze brzmią nieznośnie patetycznie) oraz zmieniające tempo „Never Wrong”. Ale to troszkę za mało, by nazwać „Immortalized” dobrym.

Mocny i trzymający za twarz wokal Draimana (nadal robi wrażenie) oraz sprawne rzemiosło reszty kapeli to dla mnie nie wystarcza. Jest nieźle, ale stać panów na więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

P.O.D. – The Awakening

The_Awakening

P.O.D. swoją popularność zawdzięcza przebojowi „Youth of the Nation” z płyty „Satellite” wydanej w 2001 roku. Potem gwiazda sławy lekko przygasła i nie był w stanie tego zmienić wydany 3 lata temu album „Murdered Love”. Wsparci przez niezawodnego producenta Howarda Bensona, atakują ponownie. Tym razem udarze pomysł wplecenia przed i po utworze skitów oraz głosów lektora.

Otwierający całość „Am I Alive” zaczyna się zbitką dźwięków oraz głosów z różnych relacji telewizyjnych, a w tle monotonnie gra gitara oraz łagodna perkusja. W okolicach 1:20 gitara i perkusja zaczynają mocniej walić i wchodzi nakładający się wokal Sonny’ego Sandovala, by w zwrotkach uspokoić się (ładna i lekka gitara). Słychać, że to grupa rockowa i nie próbuje bawić się w radiowy pop, jak to było poprzednio, ale nie brakuje potencjału na nowe przeboje (singlowy „This Goes Out to You” czy bardziej orientalny „Rise of NWO” z krzyczanym refrenem). Nawet jeśli pojawiają się spokojniejsze momenty są one bardzo krótkie („Criminal Conversation” z bardziej garażowym refrenem oraz zaciętymi riffami), a „The Awakenings” jest spójnym i stricte rockowym albumem. Nie brakuje wściekłości (mocny początek „Somebody’s Trying to Kill Me” z brudnym basem, łagodzony w zwrotkach czy „Get Down” z dziwacznymi dźwiękami w tle), jazdy na ostro (szybki „Speed Demon”, którego nie powstydziłby się Motorhead oraz „Revolucion” zmieszany z elektroniką oraz… reggae) oraz… jazzowej trąbki (najsłabsze w zestawie „Want It All”).

Końcówka może jest słabsza, jednak wszystko nadrabia finałowy utwór tytułowy. P.O.D. odzyskało wreszcie moc, gra ostro, równo, ale też i bardzo przebojowo. Zdecydowanie lepsza płyta od poprzednika i może ona namieszać.

8/10

Iron Maiden – The Book of Souls

The_Book_of_Souls

Legenda brytyjskiego heavy metalu nie odpuszcza. Mimo choroby nowotworowej frontmana Bruce’a Dickinsona, kapela wraca po 5 latach przerwy, robiąc przymusową przerwę. Wspierani przez doświadczonego producenta Kevina Shirleya oraz klawiszowca i basistę Steve’a Harrisa (współproducent), stworzyli dwupłytowy „The Book of Souls”.

Kompozycje tutaj są długie albo bardzo długie i raczej nie będą grane przez radio. Początek jest kosmiczny – przestrzenne klawisze, skromne perkusjonalia, wokal działający jak echo. Po półtorej minuty „If Eternity Should Fail” dołączają gitary oraz perkusja, nadająca tempo oraz rozmach, brzmiąc niczym galop, a pod koniec dostajemy akustyczną gitarę oraz nakładające się głosy Dickinsona poddane przeróbce. Singlowe „Speed of Light” jest bardzo szybkie, perkusja naparza aż miło (zwłaszcza na koncu), gitary tną ostro i tak mija czas. Spokojniej zaczyna się „The Great Unknown” – od niepokojąco monotonnych dźwięków gitar i basu, do których dołączają się równie mroczne klawisze oraz cykająca perkusja. Wszystko zaczyna gęstnieć  i nasilać się, by uderzyć z siłą ognia oraz długimi riffami, a na koniec następuje wyciszenie. I pojawia się pierwszy kolos – „The Red and the Black”. Akustyczny początek, gdzie słyszymy gitarę udającą hiszpańskie rytmy jest złudzeniem, bo mamy marszową perkusję oraz riffy, dodatkowo jeszcze wspierane przez zaśpiew. Prawie jak szanta, tylko na wzmacniaczach 🙂 I dzieją się tam szalone rzeczy – przyspieszenia, spowolnienia, klawisze, gitary i patos.

Jeszcze dostajemy dwa takie ponad 10-minutowe kolosy. Utwór tytułowy jest ciężkiego kalibru, jadącym powoli niczym walec, gdzie każdy z instrumentów ma swoje chwile (riffy brzmią odrobinę orientalnie), a w połowie wszystko przyspiesza. Krótsze utwory są skondensowaną mocą Ajronów i pazurem, jakiego dawno nie było. Drugi to 18-minutowy (najdłuższy w karierze zespołu) epicki pianistyczno-smyczkowy „Empire of the Clouds”(rewelacja).

Iron Maiden nie idzie na kompromisy i tworzy ostry, dynamiczny album. Można się wystraszyć czasu trwania (półtorej godziny), jednak nie tylko dlatego jest to świetna płyta. Energetyczna, wciągająca i napisana z poczucia frajdy, ale jednocześnie nie pozbawiona ambicji.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Motorhead – Bad Magic

Bad_Magic

Lemmy Klimster, Phil Campbell i Mikky Dee – trzy filary legendarnego zespołu Motorhead, którzy znani są ze swojego bardzo charakterystycznego stylu, ostrego łojenia oraz bluesrockowej rozpierduchy. Z okazji 40-lecia działalności ekipa po dwóch latach przerwy wydała album nr 22 w swojej dyskografii razem ze swoim stałym producentem Cameronem Webbem.

Na „Bad Magic” jest po staremu – i w zasadzie mógłbym na tym skończyć. Innymi słowy – jest moc, słychać, że to robią profesjonaliści i nie czuć, że to stare pierniki. Że się nie patyczkują, to słychać w otwierającym „Victory or Die” oraz „Thunder & Lightning”, czyli jak po raz tysięczny przerobić nieśmiertelne „Ace of Spades”, by zabrzmiało świeżo i oryginalnie. Gitara brzmi zadziornie i z pazurem, sekcja rytmiczna łoi, a rozszarpany głos Lemmy’ego robi swoi idealnie łącząc się z reszta ferajny. Nie brakuje tutaj i cięższego rocka („Fire Storm Hotel”), dynamicznej popisówy perkusji (fantastyczny i lżejszy „Shock Out of Your Lights” w zwrotkach oraz krzykliwym refrenem czy początek „Evil Eye”), zadziornego i – jak na trio – epickiego numeru (mocarny „The Devil”, gdzie gościnnie swoją solówkę gra… Brian May, to niespodzianka czy brudny „Teach Them How to Bleed”) oraz porządnego bluesa (zaskakujący „Till The End”).

Całość jest – jak to u nich – na równym poziomie, pełnym potencjalnych przebojów oraz zawierającym 100% Motorhead w Motorhead. Jednak są tutaj aż dwie niespodzianki – pierwszą jest mroczny „Choking on Your Screams”, gdzie na początku mamy zagrane od tyłu głosy oraz Lemmy’ego… melorecytującego. Drugim jest cover „Sympathy fo the Devil” zespołu Rolling Stones, który troszkę przypomina oryginał (orientalny wstęp perkusyjny), ale jest w stylu Motorhead. Ciekawy bonusik, który uatrakcyjnia ten album.

Innymi słowy, „Bad Magic” to kolejne solidne dzieło Lemmy’ego i spółki, a fani muszą to mieć i katować aż będą znali na pamięć.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lindemann – Skills in Pills

Skills_in_Pills

Till Lindemanna przedstawiać nie trzeba – charyzmatyczny frontman legendarnego (i chyba już nie działającego) zespołu Rammstein. Jednak wokalista zamiast nagrać nowy materiał ze swoją kapelą, zaczął nowy projekt razem z producentem i multiinstrumentalistą Peterem Tagtgrenem. Co nowego daje Lindermann?

Nic, czego byśmy nie znali z Rammsteina, czyli ciężkie i mocne uderzenia gitarowo-perkusyjne zmieszane z elektroniką. I na nieszczęście Till próbuje śpiewać po angielsku, co może wywołać tylko reakcję: o mein Gott. Na szczęście nie zabrakło dobrych melodii jak tytułowy utwór z wplecionym chórem w refrenie czy wpleciony fragment Jana Sebastiana Bacha w „Fat”. Lindemann próbuje zaskoczyć i strzela nastrojową balladę (toporne i nieznośnie patetyczne „Home Sweet Home” czy popowy „Yukon”), a to dodaje odgłosy konia („Cowboy” z paskudną elektroniką) i przez sporą część towarzyszy paskudna elektronika oraz przesterowana i głośna gitara elektryczna. Jeśli ktoś lubi taki dźwiękowy chaos, to odnajdzie się bez problemu. Brakuje tutaj czegoś, co przykułoby moją uwagę na dłużej i byłoby w stanie dorównać z macierzystą formacja Lindemanna, a to błąd niewybaczalny.

Dodatkowo jeszcze teksty na poziomie grafomana i ten nieszczęsny język angielski. I to przez taki istotny drobiazg „Skills in Pills” są kompletnym niewypałem. Unikajcie tej płyty jak ognia, bo będziecie żałować.

4/10

Radosław Ostrowski

Helloween – My God-Given Right

My_GodGiven_Right

Metalowa grupa z Niemiec, którą można po tym, iż na okładkach znajdują się dynie powraca. Nagrywają regularnie i po dwóch latach serwują nowy, piętnasty album grupy. Andi Deris i spółka robią to, co potrafią najlepiej.

A że nie jest to łatwe i przyjemne granie, pokazuje otwierający całość „Heroes”. Perkusja pędzi jak szalona, łagodny wokal Deris staje się mocniejszy, a gitara elektryczna po prostu łoi ostrymi riffami. Nie brakuje podniosłych momentów (początek „Battle’s Won” z wrzaskiem oraz szybką perkusją oraz klawiszami w tle), jazdy na złamanie karku (tytułowy kawałek), ale jak to u Germanów, całość jest chwytliwa i melodyjna. Nawet jeśli pojawiają się chwile spokoju, to są one bardzo krótkie (akustyczny początek „Stay Crazy”). W porównaniu z poprzednimi płytami, ten jest bardziej pogodny i przyswajalny od poprzedniczek, co nie znaczy, że Helloween poszedł w komerchę. Power czuć tu zarówno w największym hiciorze z tej płyty, czyli „Lost in America”, jednak nie zabrakło tutaj mroczniejszego klimatu (ciężki, marszowy „The Swing Of A Fallen World” oraz pokręcony „Cratures in Heaven”, który po minucie przyśpiesza) oraz chwili na wyciszenie (piękna ballada „Like Everobody Else” – wolna, jak na ten zespół i z wplecionymi smyczkami oraz chórami), by zakończyć to w epickim stylu („You, Still of War”). Helloween w najczystszym wydaniu i w wielkiej formie.

Nawet wywołujący spore kontrowersje wokalista Andi Deris wypada tutaj bez zarzutu. Fani powinni wejść w posiadanie wersji deluxe, która zawiera 4 dodatkowe kawałki – równie ostre i szybkie jak cała reszta.

8,5/10

Radosław Ostrowski


 

Frontside – Prawie martwy

Prawie_martwy

Jedna z bardziej znanych w Polsce grup metalowych, po rocznej przerwie wraca. na poprzednim albumie, Frontside odciął się od hardcore’u na rzecz szeroko pojętego metalu. Czy „Prawie martwy” będzie kontynuacją tej drogi?

Wygląda na to, że tak, zwłaszcza, że utwory pochodzą z tej samej sesji nagraniowej, co „Sprawa jest osobista”. Demon (gitarzysta) i spółka troszkę łagodnieją. Nie znaczy to, że nie są ostrzy czy ciężcy, co już słychać w otwierającym całość „Tak to się teraz robi” z ciężkimi ciosami perkusji oraz równie mocnymi riffami gitarowymi. Troszkę spokojniejszy jest „Barykady nadal stoją”, gdzie w zwrotkach słychać… banjo. O dziwo, gitary brzmią melodyjnie, jednak samej kapeli nie brakuje jaj. Jak inaczej nazwać promujący całość „Lubię pić” z wplecionym akordeonem oraz przebojowym refrenem. Nawet te spokojniejsze utwory (ponad 5-minutowy „Serca głos” z bardzo łagodnym wstępem), a prawdziwą petardą jest tytułowy utwór pachnący bluesem z gościnnym udziałem Sebastianem „Astka” Flasza – pierwszego wokalisty zespołu. Grupa tnie ostro i hardrockowo jak tylko się da.

Swoje też robi świetny wokal Marcina Rdesta, który nie boi się growlować, zaś w tekstach grupa opowiada o tak poważnych sprawach jak praca w korporacji, brak pracy, picie czy egoizm. Wszystko to jednak jest opowiedziane z dystansem i przymrużeniem oka. Prawdziwe kopyto.

8/10

Radosław Ostrowski

Nightwish – Endless Forms Most Beautiful

Endless_Forms_Most_Beautiful

Fiński Nightwish od lat wyrobił sobie markę jednego z najlepszych zespołów metalowych, gdzie gitarowa muzyka mieszała się z brzmieniem symfonicznym. Przy ósmym materiale to potwierdza, choć nie obyło się bez zmian w składzie. Chorego perkusistę Jukkę Nevalainena zastąpił Kai Hahto z Winterston, a nową wokalistką została Floor Jansen.

Już otwierający całość „Shudder Before The Beautiful” ma to, za co fani kochają ten zespół – instrumentalne popisy gitary (Emppu Vuorinen) i klawiszowca (Toumas Houpolainen), zmieszane z orkiestra symfoniczną, gdzie brylują dęciaki i smyczki, nadając całości epickiego rozmachu i zmienność tempa kojarzone z rockiem progresywnym. Mocne wejścia gitar i perkusji w typowo power metalowym stylu, działają jak wystrzeliwana petarda. Gdy jednak dodamy do tego smyczki, trąbki i chór w tle, następuje porażenie jak w „Weak Fantasy”, gdzie zwrotki są delikatnie grane na akustycznej gitarze, do której potem dołączają się kolejne instrumenty. Nawet pojawia się też brzmienie „celtyckie” – dudy i flety w spokojnym „Elanie” czy harfa w balladzie „Our Decades in the Sun” (fortepian też robi swoje). I o dziwo, te spokojniejsze utwory sprawdzają się przynajmniej bardzo dobrze jak „My Walden” ze świetnym wstępem obydwu śpiewających panów (obaj w refrenie jeszcze błyszczą). Ale za to najbardziej miażdży kończące całość ponad 20-minutowe „The Greatest Show on Earth” – podzielone na 5 części, gdzie pojawia się narracja samego Richarda Dawkinsa, pioruny, podniosłe smyczki.

Każdy z utworów po prostu rozsadza i miażdży, a nowa wokalistka odnajduje się tutaj dobrze. Nie brakuje tutaj dynamicznych energetyków, power ballad i jest tez jedna instrumentalna kompozycja (pianistyczny „The Eyes Of Sharbat Gula”). Spory rozrzut, ale z klimatem, energią i melodią.

8/10

Radosław Ostrowski

System of a Down – Steps and Hemp

Steps_and_Hemp

Nowy album System of a Down. Brzmi to dziwnie? To jednak jest pewne oszustwo, gdyż pojawiają się bardzo znane utwory, choć w niekoniecznie znanych wersjach.

Początek to wszystkim znane ostre łojenie z dynamiczną grą gitary i sekcji rytmicznej oraz charyzmatycznym wokalem Serja Tankiana oraz Darona Marakiana („Streamline” i „Suite-Pee” czy strasznie szybkie „Cigaro”). Pewna zmiana jest mocno odczuwalna w „Lonely Day”, gdzie muzykom towarzyszy niejaki Criss Angel, który polał całość dubstepowym brzmieniem – i brzmi to dziwnie. Poza tym utworem, Rapowanym „Shame” ze wsparciem Wu-Tang Clanu oraz remiksem „Chop Suey!” (dyskotekowy Counterstrike’a), reszta to są dość znane utwory jak „Old School Hollywood” (też przerobione elektronicznie), „Ego Brain” czy „Innervision”. Bardzo znane utwory. Więc jeśli nie jesteście fanami zespołu, to możecie się śmiało z tym zapoznać, by poznać esencję zespołu. Starzy fani mogą doznać szoku przy niektórych utworach.

Radosław Ostrowski

Tarja – Left in the Dark

TarjaLeftInTheDark

Była wokalistka grupy Nightwish nie zmieniła stylistyki i nadal wiernie się trzyma power metalu, co dowiodła w zeszłym roku nagrywając “Colours In the Dark”. Teraz dostajemy ten sam materiał w formie EP-ki, ale są to inne wersje tych samych utworów.

Najpierw dostajemy mocne „Victim of Ritual” w wersji demo. Mocne, operowe zwrotki z wykorzystaniem klasycznego instrumentarium (trąbki, perkusja marszowa, smyczki, klarnet) plus gitara elektryczna, która wybija się w refrenach, towarzysząc delikatniejszej perkusji. Dalej są dwa utwory koncertowe (akustyczne „500 Letters” z fortepianem i gitarą akustyczną oraz „Until Silence”), wersje demo (pół symfoniczny, pół rockowy „Lucid Dreamer”) oraz wersje symfoniczne (”Neverlight”). Właściwie można powiedzieć, że to album dla fanów Finki, którzy chcieliby porównać ten album z oryginałem. Reszta w zasadzie może sobie odpuścić.

Radosław Ostrowski